Życie jak film. [„Nightmare Cinema”, 2018]

     Infantylnie śmieszna i przeszywająco upiorna, superkrwawa i telewizyjnie zachowawcza. Taka właśnie jest antologia „Nightmare Cinema”, w której Mickey Rourke wciela się w postać podejrzanego Kinooperatora. Na jego sali pokazywane są filmy zadziwiająco osobiste i odzwierciedlone w rzeczywistości: przekonuje się o tym grupa nieszczęśników, na ekranie oglądających właściwie siebie samych. Brzmi to wszyscy bardzo surrealistycznie, choć całość jest mniej wydumana niż na przykład „The Theatre Bizarre” z 2011 roku.

NightmareCinema4

     „Nightmare Cinema” to efekt współpracy pięciu skrajnie różnych reżyserów, między innymi Ryūheia Kitamury i Joe Dantego. Historie średnio przystają do siebie nawzajem, a przeplatający kolejne segmenty wątek Kinooperatora jawi się jako pomysł nierozwinięty, umieszczony w filmie z konieczności (ktoś przecież musi wyświetlać bohaterom ich własne koszmary na dużym ekranie). W anglojęzycznych recenzjach filmu często przewija się zwrot „mixed bag” i myślę, że dużo mówi on tym, czy udało się twórcom skleić tych kilka opowiastek, nadając im zwarty kształt. Dwa segmenty są udane, reszta – nie do końca.

Czytaj dalej Życie jak film. [„Nightmare Cinema”, 2018]

Reklamy

Finding the right home can be murder. [„Wymarzone mieszkanie”, 2010]

     Dawno nie widziałem azjatyckiego horroru, ale o „Wymarzonym mieszkaniu” (aka „Dream Home”) słyszałem wiele dobrego, więc postanowiłem nadrobić zaległości. Film znalazł się na kilku listach najlepszych slasherów ostatnich lat, choć warto zaznaczyć, że kinem typu slash-and-hack jest zaledwie w jednej trzeciej. Pomyślano „Dream Home” jako miks horroru i dramatu społecznego, w którym bohaterka zmaga się z przeciwnościami losu – chorobą ojca, rosnącymi kosztami utrzymania w Hongkongu – i w końcu pęka. A przez „pęka” mam na myśli, że chwyta za ostre narzędzie i zaczyna mordować mieszkańców drogiego apartamentowca – bo nie było ją stać, by w nim zamieszkać. Sheung (Josie Ho) pracuje na dwa etaty, ale coraz wyższe ceny mieszań oddalają ją od marzenia o wprowadzeniu się do prestiżowego lokum z widokiem na miasto. Do tego nie może opłacić operacji swemu tacie, a przyjaciele nie rozumieją jej problemów.

DreamHome2

     Reżyser Ho-Cheung Pang przygląda się dwóm klasom społeczności hongkońskiej: biedniejszej średniej i tej wyższej. Bohaterka z oddaniem walczy o swój własny, wymarzony kąt, zupełnie tracąc kontakt z rzeczywistością. Morduje ludzi dalekich od perfekcji (np. potencjalnych gwałcicieli), ale w gruncie rzeczy niewinnych. Wątek socjologiczny jest w „Dream Home” prowadzony na pierwszym planie, a sceny gore to jedynie urozmaicenie – przynajmniej w teorii, według zamysłu reżysera. W istocie dramat społeczny mniej intryguje – chwilami wręcz nuży – a jatka to najlepsze, co ma Pang w ofercie. Dawno nie zostałem uderzony po oczach tak obrazową, dosadną przemocą. Sheung nie uśmierca swoich ofiar „byle jak”: każde morderstwo jest spektakularne, zaskakujące i wyjątkowo brutalne. To orgia terroru i agresji: chłopak zostaje rozpruty do tego stopnia, że prawie wszystkie jego wnętrzności lądują na podłodze, a ciężarna kobieta zostaje powoli uduszona odkurzaczem i w międzyczasie dochodzi do poronienia. Sceny zabójstw są abstrakcyjne i mało realistyczne, ale przerażają, bo przemoc wydaje się niczym nieuzasadniona. Koniec końców Sheung nie przejmuje mieszkań swych ofiar; zabija je jakby dlatego, że żyje im się lepiej, na wyższym poziomie.

Czytaj dalej Finding the right home can be murder. [„Wymarzone mieszkanie”, 2010]

You don’t read the book, the book reads you. [„Upiorne opowieści po zmroku”, 2019]

     Znaczna część „Upiornych opowieści po zmroku” – nowego horroru wyprodukowanego przez Guillermo del Toro – toczy się w okresie halloweenowym. Z jednej strony żałuję, że film nie nawiedzi kin, gdy na zewnątrz hula dżdżysty, jesienny wiatr, z drugiej zaś rozumiem tę decyzję, bo w sierpniu przed dużym ekranem często zasiadają widzowie młodsi. „Upiorne opowieści…” to adaptacja serii książek, które w latach osiemdziesiątych zapewniły nieprzespane noce niejednemu kilku-, kilkunastolatkowi. W Stanach premiera ekranizacji jest wydarzeniem bez precedensu: powieści Alvina Schwartza stanowią tam dziedzictwo kulturowe i stawiane są na równi z bestsellerami R. L. Stine’a. Film może więc okazać się wielkim sukcesem kasowym. Nie wiem, czy polskim widzom udzieli się ta gorączka – gdybym miał zakładać, powiedziałbym, że nie. „Opowieści” mogą spodobać się dzieciakom jako dobry przykład „gateway horroru” – czyli grozy kontrolowanej, z kategorią „PG-13”. Do nich produkcja jest kierowana przede wszystkim. Starszym odbiorcom zagra zaś w sercu nostalgia za dawną epoką i klasykami spod szyldu Amblina.

ScaryStories4

     Rok 1968, Mill Valley w stanie Pensylwania. Grupa nastolatków, z aspirującą pisarką Stellą (Zoe Colletti) na czele, spędza wspólnie noc halloween. Przyjaciele trafiają do domu Bellowsów, który stoi pusty od dziesięcioleci i uchodzi za nawiedzony. Zapędzeni do piwnicy przez szkolnego prześladowcę, odkrywają księgę pełną opowieści z dreszczykiem – według wierzeń każde słowo spisano ludzką krwią. Stella chowa wolumin do torby i przemyca go do domu. Jeszcze nie wie, że grabież rozzłości martwą właścicielkę książki, która zrobi wszystko, by nie tylko dzieciaki nastraszyć, ale też dać im nauczkę.

Czytaj dalej You don’t read the book, the book reads you. [„Upiorne opowieści po zmroku”, 2019]

Przychodzi feministka do lekarza. [„Godziny odwiedzin”, 1982]

     Już za kilka tygodni swoją premierę w telewizji odnotuje nowy sezon „American Horror Story” – tym razem zatytułowany „1984”, w odwołaniu do złotej ery filmowego slashera. Warto tu jednak zauważyć, że horrorów spod znaku maski i piły łańcuchowej jeszcze więcej niż w ’84 roku powstało dwa lata wcześniej. Był to moment, w którym pod sukces „Halloween” chcieli podpiąć się wszyscy reżyserzy – nawet ci niemający z kinem grozy wiele wspólnego. Za wybitny przykład slashera psychologicznego może posłużyć „Happy Birthday to Me” J. Lee Thompsona, twórcy m. in. „Dział Navarony”. „Urodziny” powstały jako produkcja kanadyjska i uchodzą za najbardziej stylową pozycję w długim filmospisie ekranowych krwawych rzezi. Amerykanie, choć chętnie drwią ze swoich północnych sąsiadów, zapewne sami przyznają, że mają oni dryg do opowiada historii obłąkanych morderców – niech za dowód tej tezy posłużą choćby „Czarne święta” Boba Clarka. Nie dywagując już dłużej, przejdę do sedna: kolejnym kanadyjskim straszakiem, który zasługuje na pełnię uwagi, są „Godziny odwiedzin” (’82), z Michaelem Ironsidem w roli psychopatycznego zabójcy oraz Lee Grant jako damą w opałach.

VisitingHours3

     W zapomnianym dziś horrorze canuxploitation Grant pojawia się jako Deborah Ballin – rezolutna dziennikarka, obrończyni pokrzywdzonych i piewczyni kobiecości. Poznajemy bohaterkę, gdy staje za pożeraną przez media gospodynią domową: kobieta zastrzeliła swego napastliwego męża w akcie samoobrony, ale według prasy sama ściągnęła na siebie kłopoty. Deborah zawsze mówi to, co myśli i nie obawia się konsekwencji – przynajmniej do czasu, gdy atakuje ją włamywacz. Colt Hawker (Ironside) nie jest bowiem zwykłym rabusiem, a maniakalnym szaleńcem-mizoginem: chce zamknąć dziennikarce usta, raz na zawsze. Ballin cudem unika śmierci i trafia do szpitala miejskiego. Hawker zrobi, co tylko w jego mocy, aby niedoszła ofiara nie potrafiła wskazać go stróżom prawa.

Czytaj dalej Przychodzi feministka do lekarza. [„Godziny odwiedzin”, 1982]

Dead. La mort. History. [„Doom Generation – Stracone pokolenie”, 1995]

     Po tym, jak „The Living End” zdobyło nominację do nagrody głównej na festiwalu w Sundance, Gregg Araki stał się jednym z ważniejszych głosów na scenie kina LGBT. Wielu twórców podłączyło się pod nurt New Queer Cinema, choć większość tylko z nim flirtowała. Araki zaś kręcił filmy o gejach i biseksualistach, między innymi dla tychże – do końca lat dziewięćdziesiątych miał na swoim koncie siedem projektów, w których dominowały lub wyróżniały się postaci queerowe. Spośród tych produkcji najwięcej uwagi poświęcono „Doom Generation – Straconemu pokoleniu”, groteskowemu kryminałowi o nastolatkach tyleż zblazowanych, co śmiercionośnych. Film – który oburzył między innymi Rogera Eberta – zapowiadano jako „pierwsze heteroseksualne dokonanie” w karierze Arakiego. Niemniej jest to historia do cna homoerotyczna, obfitująca zresztą w pikantne sceny seksu oraz zbliżenia na obnażone ciała. Araki, typ bardziej niż niepokorny, nie spotulniał wcale, gdy „Living End” obwołano „pedalską «Thelmą i Louise»”. I słusznie: w efekcie powstał film zadziorny, wściekły, emanujący nieokiełznaną energią twórczą. Nie wiem, jakim cudem ukazał się na ekranach polskich kin wkrótce po premierze w Stanach – teoretycznie powinien zostać oprotestowany przez rozmodloną dzicz.

DoomGeneration2

     Przypadek brytyjskiego „Księdza” pokazał, że Polska 1995 roku mentalnie tkwiła jeszcze w średniowieczu: przed salami kinowymi pikietowali uzbrojeni w różańce katolicy, bo w złym filmie powiedziano, że ich duchowy przywódca może „kochać inaczej”. Dwa lata później do dystrybucji wprowadzono „Doom Generation” – obraz o wyraźnie anarchistycznym wydźwięku, w którym dziewczyna ma zostać zgwałcona figurką Matki Bożej Fatimskiej. Film celowo utrzymany jest w złym guście, a religijne profanacje są w jego przypadku zaledwie wisienką na torcie. Araki opowiada o pokoleniu X i jego wędrówce ku zatraceniu. Amy (Rose McGowan), Jordan (James Duval) i Xavier (Johnathon Schaech) przemierzają pustkowia i najpodlejsze dzielnice miast w poszukiwaniu własnej tożsamości. Nie będzie spoilerem, jeśli napiszę, że wcale jej nie znajdują: stają się ofiarami dziwacznych okoliczności, przez własną nieuwagę ściągają na siebie olbrzymie kłopoty – pogoń za własnym „ja” musi poczekać. Bohaterowie mają hedonistyczne cele: chcą pieprzyć się ile wlezie i ćpać bez umiaru. Z czasem nową formą rozrywki staje się też zabijanie, bo ofiary jakby same pchają im się pod nóż. O nastoletnich zabójcach trąbią wszystkie stacje informacyjne, ale młodzi są zbyt obojętni – wobec prawa, wobec siebie samych – by szukać ratunku. Wielkimi krokami nadchodzi sądny dzień.

Czytaj dalej Dead. La mort. History. [„Doom Generation – Stracone pokolenie”, 1995]

Mary idzie na żery. [„Ulice strachu: Krwawa Mary”, 2005]

     Zarówno pierwsze, jak i drugie „Ulice strachu” były meta-horrorami, które najlepiej odczytuje się w ironicznym kluczu. Nie tylko pobrzmiewało w nich echo Cravenowskiego „Krzyku” – w swej intertekstualności były to pozycje równie udane. Drugi z tych filmów pojawił się na ekranach jesienią 2000 roku, debiutując z pozycji pierwszej w amerykańskim box-office’ie. Potem wydarzyła się rzecz niezrozumiała: Sony zawiesiło prace nad kolejnym sequelem na kilka dobrych lat. Trzecie „Ulice strachu” – opatrzone podtytułem „Krwawa Mary” – wprowadzono do dystrybucji ukradkiem, tylko na rynek DVD, jakby był to powód do wstydu. Film znacznie różni się od swoich poprzedników: elementy kina stalk n’slash zamieciono w nim pod dywan, a wyeksponowano wątek nadnaturalny. Próba wskrzeszenia trochę już zapomnianej serii okazała się nieudana. „Krwawa Mary” to bowiem niezdarnie poskładany do kupy potworek, nijak nietrafiony piorunem błyskotliwości.

UrbLegBloodyMary1

     Akcja rozpoczyna się pod koniec lat sześćdziesiątych. Tytułowa Mary to licealistka, która świętuje noc balu maturalnego w towarzystwie przyjaciół. W wyniku nieporozumienia dochodzi do tragicznego wypadku, w którym dziewczyna umiera – a tak przynajmniej wydaje się jej ukochanemu. Nastolatek – szkolny gwiazdor futbolu – umieszcza „zwłoki” Mary w metalowej skrzyni, z której nie ma ucieczki… Historia tej nocy staje się miejską legendą, ale grupa przyjaciółek jest pewna, że ma też swoje drugie dno. Bohaterki postanawiają przywołać ducha Mary przy pomocy specjalnego zaklęcia. Nie wiedzą, że obudzą mściwą zmorę.

Czytaj dalej Mary idzie na żery. [„Ulice strachu: Krwawa Mary”, 2005]

Do you like scary movies?