Ale to już było…

     Kiedy film rozpoczynają przydługie ujęcia ogromnych leśnych obszarów, istnieją spore szanse, że oglądamy obraz z nurtu „backwoods horror” – opowieść grozy (choć to często zbyt duże słowo), rozgrywającą się w lesistych ostępach, z dala od cywilizacji. Trzy dekady temu powstawały ambitniejsze pozycje z tego rozkwitającego wówczas podgatunku, dziś slasher w głuszy najczęściej oznacza kino najniższych lotów. Żałuję, że majestatyczne kadry prowincji australijskiej Wiktorii, którymi zainicjował swój film Jamie Blanks, nie wznieciły we mnie takich przewidywań w ciągu pierwszych minut Przed burzą.

     Bohaterami filmu są europejscy yuppies, zwiedzający Australię według bardzo dziwnego przewodnika turystycznego. Wziętego adwokata i subtelną artystkę poznajemy, gdy wybierają się w podróż niewielką łódką. Zaskoczeni przez morską burzę, dryfują aż na odludną wyspę, gdzie są świadkami pobicia i potencjalnego zabójstwa. W poszukiwaniu pomocy, z trudem udaje im się odnaleźć zapuszczone gospodarstwo, w którym nie spotykają jednak mieszkańców. Ci jednak, niestety, spotykają po pewnym czasie intruzów.

Czytaj dalej Ale to już było…

Reklamy

The Man Behind the Mask, czyli początki Jasona popkulturowego

     Niewiele osób, które miało przyjemność lub nieprzyjemność zetknięcia się z serią „Friday the 13th”, wie, że początkowo planowano ograniczyć ją zaledwie do jednego tytułu. Geneza historii o krwawych morderstwach popełnianych nad zacisznym jeziorem miała być jednocześnie jej finałem. Serię postanowiono wszak kontynuować, a wśród dwunastu, jak na chwilę obecną, epizodów jasno świeci zaledwie kilka z nich. Piątek, trzynastego III” można uznać jednym z nich, główny antybohater otrzymuje w nim bowiem swój znamienny znak firmowy.

     Znak ten to nic innego, jak maska hokejowa, która przez dziesięć kolejnych części cyklu slasherów bardzo rzadko zdołała opuścić szpetną twarz swojego nabywcy.

Czytaj dalej The Man Behind the Mask, czyli początki Jasona popkulturowego

Są dni warte zapomnienia…

     Hordy zombie z typową dla siebie niezgrabnością i otępieniem przemierzają już wszelkie zakątki świata. Glob zdaje się należeć do nich, lecz grupy ocalałych ludzi nadal ukrywają się, gdzie tylko mogą. Naukowcy i członkowie wojsk, chroniąc się w przebudowanej kopalni na Florydzie, próbują znaleźć metodę na powstrzymanie inwazji nieumarłych. W tym celu eksperymentują także na schwytanych żywych trupach. Czy można uniknąć całkowitego spustoszenia?

     Po nocy przychodzi poranek, po poranku – dzień. Niezłomne prawo chronologii. W świecie filmu jest już trudniej. Rewelacyjna „Noc żywych trupów” pociągnęła za sobą wprawdzie popisową kontynuację w postaci Świtu żywych trupów”, jednak już drugi jej sequel okazał się niemiłą niespodzianką. Winą na pewno nie obarczymy za to zawsze świetnego i rzetelnego George’a A. Romero.

Czytaj dalej Są dni warte zapomnienia…

„Slumber Party Massacre”, czyli slasher na wesoło

     Maniak z narzędziem budowlanym składa nieoczekiwaną wizytę bandzie rozwydrzonych nastolatków, chlejących tani alkohol, ćpających co się da i zabawiających się ze sobą po kątach. Co może z tego spotkania wyniknąć?

     Więcej retorycznych pytań nie zadam i z góry pozwolę sobie zauważyć, z jak generycznym horrorem mamy do czynienia; nie mniej rodzajowym niż którakolwiek z odsłon  Piątku, trzynastego. Typowość nie przekłada się tutaj jednak na banał – Slumber Party Massacre wznosi się ponad przeciętny poziom setek slasherów z lat 80., a standardowość dziełka Amy Holden Jones znacznie wpływa na jego sztandarowość. Choć niewybredny fabularnie, film śmiało może być wliczany w wąski poczet najlepszych straszaków spod znaku maski i piły łańcuchowej (w tym wypadku wiertarki).

Czytaj dalej „Slumber Party Massacre”, czyli slasher na wesoło

Narzędziami masakra bez narzędzi

     Tobe Hooper nie jest wybitnie uzdolnionym twórcą, lecz zasłynął jako reżyser nowatorskiej i legendarnej Teksańskiej masakry piłą mechaniczną  (1974), którą dał widowni nadzieję na powiew świeżości w ówczesnym kinie grozy. W trakcie trwania swojej długiej kariery nie zrealizował już horroru, który byłby chociaż bliski nieskazitelności tego klasycznego slashera. Tworzył filmy nie byle jakie (Lunapark), podobnie jak liche (wszystkie powstałe po roku 1990) i przeceniane (Duch). Krwawa masakra w Hollywood, choć nie ma wiele wspólnego ze znakomitością opowieści o klanie zwyrodnialców z Teksasu, miała przywrócić Hoopera na piedestał filmowego horroru.

     Film rozpoczynają napisy, które nawiązują do Los Angeles jako miasta grzechu i śmierci. „Co roku do Hollywood przybywają tysiące ludzi, część z nich realizuje swoje marzenia, część po prostu znika”. Klasyczne zagranie ze strony starego rutyniarza – budowanie napięcia przez skonfrontowanie widza z quasi-dokumentalną informacją dotyczącą quasi-prawdziwej zbrodni. Przedstawiony fakt rodem z kroniki kryminalnej Miasta Aniołów nie ma jednak nic wspólnego z fabułą. Nie jest to thriller o dążeniu do sławy po trupach czy umieraniu w pogoni za famą, a historia morderstw przy użyciu mało wyszukanych narzędzi budowlanych. Nell i jej partner wprowadzają się do niegdyś luksusowego apartamentowca, który z biegiem lat przemienił się w obskurną ruinę, oferującą wynajem mieszkań za grosze. W budynku dyskretnie grasuje tajemnicy zabójca, o którego istnieniu nikt nie wie. Nie tylko jego działalność, ale też w ogóle ubywanie sąsiadów, przenikliwie dostrzega Nell. Przyglądając się misternej sprawie, wpada na trop mało zajmującej sprawy. Sztampa.

Czytaj dalej Narzędziami masakra bez narzędzi

„Hail, Hail, Virgin high, drop your pants – it’s fuck or die!”

     W tytułowym miasteczku Cherry Falls (tytuł oryginalny filmu, głupawo przetłumaczony na  Krew niewinnych) działa seryjny morderca. Ofiarami psychopaty padają lokalni nastolatkowie, niewspółżyjący seksualnie. Wśród młodzieży trwoga jest namacalna. By uchronić się przed makabryczną i sardoniczną śmiercią, licealiści organizują imprezę z orgietką, obwołaną jako „Pop Your Cherry Ball”. Tymczasem niezależna ekscentryczka, córka szeryfa Jody Marken, podejmuje się próby racjonalnego wyjaśnienia, kim jest zabójca oraz co nim kieruje.

     Sequele potrafią być lepsze niż oryginał, remake’i lub crossovery wzbudzać większe zainteresowanie niż swoje pierwowzory. Aktor może wybić się popularnością lub uznaniem ponad reżysera, zgodnie z powiedzeniem „uczeń przerósł mistrza”. Wreszcie różnego rodzaju wariacje są w stanie ciekawić bardziej niż prototypy. Dlaczego więc „Krew niewinnych, bardzo dobry slasher spod ręki Geoffreya Wrighta, nigdy nie dostał szansy na zostanie popkulturowym fenomenem na miarę starszego tylko o cztery lata KrzykuWesa Cravena?

Czytaj dalej „Hail, Hail, Virgin high, drop your pants – it’s fuck or die!”