Keczupowe lata osiemdziesiąte

     Muszę przyznać, że z dużym dystansem podchodziłem do tego tytułu – kultowego w pewnych kręgach, zresztą cieszącego się popularnością zasłużenie, lecz nadal naiwnego i oferującego znacznie mniej niż chciałoby się oczekiwać. Podobnie jak znakomita większość filmów grozy doby lat 80. ubiegłego stulecia, „Noc demonów” to dzieło oryginalne inaczej, przepojone kliszami i rutyną. Jednak – a niech mnie – błaha historia w wydaniu niezbyt wziętego twórcy Kevina Tenneya okazuje się mieć na tyle silny potencjał, że i obok jej niedostatków przechodzi się obojętnie.

     „Noc demonów” to film afabularny. Bynajmniej nie pozbawiony akcji jak ambitniejsze dokonania Bruno Dumonta czy Jamesa Benninga, jednak wyraźnie nie stawiający na swojej treści akcentu. W tym uznanym horrorze, stawianym często za kwintesencję kina grozy sprzed ponad dwóch dekad, dyskusyjna linia fabularna stanowi pretekst do wrzucenia widza prosto w wir uproszczeń, nonsensu i kołtunerii, z których zbudowany jest cały projekt. Rzec, że „Night of the Demons” dotyczy grupki młodych, uwięzionych na chybionym przyjęciu rozgrywającym się w nawiedzonym domu, to wypowiedzieć się na temat fabuły wyczerpująco. Demony w niestarannej charakteryzacji, trzydziestoletni licealiści i radosny absurd wypełniają intrygę przez blisko półtorej godziny.

     Wszystko to cieszy zainteresowanych, bo przywodzi oczywiste skojarzenia z bardziej sukcesywnym czarno-komediowym horrorem – „Powrotem żywych trupów”, również słynącym dziś jako ikona kina popcornowego. W obu wymienionych straszakach swój pokaźny biust eksponowała etatowa „scream queen” Linnea Quigley; w omawianym projekcie z widowiskowym notabene s(k)utkiem. O ile Quigley ma żyłkę do ekshibicjonistycznego prezentowania własnych wdzięków, mniej atrakcyjna część obsady talentem się nie popisuje. W „Nocy demonów” spotkać się można z najgorszym możliwym aktorstwem. Prym w rażeniu indolencją przed kamerą wiodą odtwórczynie najbardziej przodujących ról, Cathy Podewell i Amelia „Mimi” Kinkade. Jednak czym są zdolności członków obsady dla horroru bez aspiracji? Figą z makiem.

Ostatnie trzydzieści minut filmu nie zaskakuje, męczy, przez co sceny w nich zawarte nie utrzymują poziomu pierwszej godziny. Choć mierne zakończenie to nielichy zarzut, tak wiele elementów projektu Tenneya sprawia horrendalną radość, że „Noc demonów” nie raz wychodzi z bagna w postaci dziur logicznościowych obronną ręką. Gotycko-dyskotekowy taniec i striptiz upiornej bohaterki w świetle reflektorów, niespodziewane i odrażające zastosowanie szminki i silikonowych piersi czy sekwencje rozlewu nad wyraz sztucznej krwi to tylko niektóre z pięknie kiczowatych smaczków, jakie stawia przed widownią ta dziewięćdziesięciominutowa bajka.

Po wielokroć można wracać do tego mało demonicznego obrazu, oddającego lekkość, z jaką powstawało kino rozrywkowe przed niemal trzydziestoma laty. „Night of the Demons” to bardzo przyzwoity film, nieraz pogrążony przez głupi scenariusz. W zasadzie największym jego mankamentem pozostanie na długo zrealizowany w 2009 roku, bolesny remake

     Recenzja znajduje się także na stronie filmweb.pl, pod niniejszym odnośnikiem. Zapraszam do śledzenia swojego profilu w tym serwisie.

Reklamy

4 myśli nt. „Keczupowe lata osiemdziesiąte”

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s