„Hail, Hail, Virgin high, drop your pants – it’s fuck or die!”

     W tytułowym miasteczku Cherry Falls (tytuł oryginalny filmu, głupawo przetłumaczony na  Krew niewinnych) działa seryjny morderca. Ofiarami psychopaty padają lokalni nastolatkowie, niewspółżyjący seksualnie. Wśród młodzieży trwoga jest namacalna. By uchronić się przed makabryczną i sardoniczną śmiercią, licealiści organizują imprezę z orgietką, obwołaną jako „Pop Your Cherry Ball”. Tymczasem niezależna ekscentryczka, córka szeryfa Jody Marken, podejmuje się próby racjonalnego wyjaśnienia, kim jest zabójca oraz co nim kieruje.

     Sequele potrafią być lepsze niż oryginał, remake’i lub crossovery wzbudzać większe zainteresowanie niż swoje pierwowzory. Aktor może wybić się popularnością lub uznaniem ponad reżysera, zgodnie z powiedzeniem „uczeń przerósł mistrza”. Wreszcie różnego rodzaju wariacje są w stanie ciekawić bardziej niż prototypy. Dlaczego więc „Krew niewinnych, bardzo dobry slasher spod ręki Geoffreya Wrighta, nigdy nie dostał szansy na zostanie popkulturowym fenomenem na miarę starszego tylko o cztery lata KrzykuWesa Cravena?

     Podobieństw pomiędzy tymi dwoma tytułami jest co niemiara. Oba przynależą do podgatunku teen-slasherów, młodzieżowych horrorów spod znaku maski i piły łańcuchowej, na które boom przypadł w drugiej połowie lat 90. To właśnie za sprawą ogólnego sukcesu, jaki spotkał Krzyk, na ekranach kin bez przerwy gościły dreszczowce dla nastolatków, z odpowiednio soap-operowymi wątkami oraz niezbyt wyrafinowanym elementem zaskoczenia, zdobiącym lub szpecącym finałowe minuty filmu. Koszmar minionego lataoraz Ulice strachu to dwa najważniejsze przykłady post-screamowego szaleństwa.

     Fabularnie Krew niewinnychbalansuje na granicy poważnego slashera i parodii. Balansuje z gracją, wyzbywając się wszelkich niepożądanych pomyłek, które chociażby z aktualniejszego Domu w głębi lasu uczyniły filmowego potworka. Nie uświadczymy tu przerostu formy nad treścią – i nie tylko dlatego, że jest ona bardzo skąpa, jak na slasher przystało; przede wszystkim scenariusz Kena Seldena zawiera ograniczone, śladowe ilości ironii i czarnego humoru. Co za dużo to niezdrowo.

     Dzięki powściągliwości Seldena widownia otrzymuje tradycyjny teen-slasher, tyleż budzący swego rodzaju grozę, co niewydumany, choć na pewno w warstwie fabularnej urozmaicony ciekawymi zabiegami. Dokładnie jak w Krzyku, granica dzieląca tu strach od śmiechu jest wąska, a reżyser i tak potrafi odseparować u widza oba te stany. Akcja nabiera komediowego tonu tylko wówczas, gdy nie zaburza napięcia i terroru, przez co bardzo szybko zdajemy sobie sprawę, że przeprawimy się przez horror z krwi i kości, urozmaicony elementem humorystycznym, a nie czarną komedię. Nabieramy do Wrighta zaufania.

      Krew niewinnych to przede wszystkim slasher stojący na wysokim poziomie rozrywkowym. Ciekawa fabuła, możliwie bardziej absorbujące załamanie zasad, które przez lata wpajali fanom filmowego slashera różni twórcy (morderca uśmierca dziewice zamiast promiskuitycznych panien), ścielący się gęsto i spektakularnie wśród bohaterów trup – wszystko to notorycznie omijane jest w recenzjach przez pamflecistów, błędnie szufladkujących obraz Wrighta jako nieoryginalne skrzyżowanie American Pie i wspomnianego już kilkukrotnie Krzyku. Aktorzy świetnie odnajdują się na planie filmu. Brittany Murphy przykładnie kreuje postać archetypowej final girl. Jej Jody jest budzącą sympatię buntowniczką, „gotką z sąsiedztwa”, która dojrzałością i bystrością umysłu przewyższa nie tylko rówieśników. Jest to bohaterka pełna wdzięku, ale też siły – siły istoty ludzkiej, nie nadczłowieka (Neve Campbell jako Sidney Prescott). Murphy wciela się w Jody z rewelacyjnym skutkiem, a rola aktorki pozostaje pamiętna do dziś.

     Jeśli nie potrafiliście docenić intrygi napędzającej Ulice strachu  Jamie’go Blanksa – bardzo dobrego filmu, cierpiącego z powodu tych samych zarzutów, które stawia się omawianemu projektowi, odpuście sobie seans Krwi niewinnych. Wszystkim innym, a więc nie tylko fanom Voorheesa, Kruegera czy Myersa, polecam Cherry Falls z czystym sumieniem. To horrorowy majstersztyk, przykład obrazu niedocenionego. „Class dismissed”.

     Recenzja znajduje się także na stronie filmweb.pl, pod niniejszym odnośnikiem. Zapraszam do śledzenia swojego profilu w tym serwisie.

Advertisements

2 myśli nt. „„Hail, Hail, Virgin high, drop your pants – it’s fuck or die!””

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s