Narzędziami masakra bez narzędzi

     Tobe Hooper nie jest wybitnie uzdolnionym twórcą, lecz zasłynął jako reżyser nowatorskiej i legendarnej Teksańskiej masakry piłą mechaniczną  (1974), którą dał widowni nadzieję na powiew świeżości w ówczesnym kinie grozy. W trakcie trwania swojej długiej kariery nie zrealizował już horroru, który byłby chociaż bliski nieskazitelności tego klasycznego slashera. Tworzył filmy nie byle jakie (Lunapark), podobnie jak liche (wszystkie powstałe po roku 1990) i przeceniane (Duch). Krwawa masakra w Hollywood, choć nie ma wiele wspólnego ze znakomitością opowieści o klanie zwyrodnialców z Teksasu, miała przywrócić Hoopera na piedestał filmowego horroru.

     Film rozpoczynają napisy, które nawiązują do Los Angeles jako miasta grzechu i śmierci. „Co roku do Hollywood przybywają tysiące ludzi, część z nich realizuje swoje marzenia, część po prostu znika”. Klasyczne zagranie ze strony starego rutyniarza – budowanie napięcia przez skonfrontowanie widza z quasi-dokumentalną informacją dotyczącą quasi-prawdziwej zbrodni. Przedstawiony fakt rodem z kroniki kryminalnej Miasta Aniołów nie ma jednak nic wspólnego z fabułą. Nie jest to thriller o dążeniu do sławy po trupach czy umieraniu w pogoni za famą, a historia morderstw przy użyciu mało wyszukanych narzędzi budowlanych. Nell i jej partner wprowadzają się do niegdyś luksusowego apartamentowca, który z biegiem lat przemienił się w obskurną ruinę, oferującą wynajem mieszkań za grosze. W budynku dyskretnie grasuje tajemnicy zabójca, o którego istnieniu nikt nie wie. Nie tylko jego działalność, ale też w ogóle ubywanie sąsiadów, przenikliwie dostrzega Nell. Przyglądając się misternej sprawie, wpada na trop mało zajmującej sprawy. Sztampa.

     Ten nieprawdopodobnie schematyczny scenariusz na świat wydali Jace Anderson i Adam Gierasch. Obaj cztery lata przed Krwawą masakrą w Hollywood  raz na zawsze splamili swój wątpliwy honor nieprzystępnie głupim „Krokodylem zabójcą, także w reżyserii Hoopera. Padaka o gadzie-ludożercy, który z łatwością i gracją przemierza ląd ścigając bandę nieatrakcyjnych i irytujących nastoletnich kretynów, powstała w bólach, a oczywistym wnioskiem po jej obejrzeniu był dla widza fakt, że Hooper reżyserował ten projekt ze wstydem, wyraźnie potrzebując jakichkolwiek funduszy. Drugie dziecko duetu nieudolnych scenarzystów i mistrza masakry nie wzbudza takiego zażenowania, choć bynajmniej nie jest w stanie wywołać uczuć zachwytu. 

     „Krwawa masakra w Hollywood sięga do klasyki włoskich wirtuozów – Dario Argento i Lucio Fulciego. Wyraźnie wyczuwalny jest tu giallowski klimat, charakterystyczny dla potężnej części filmografii tych reżyserów. Bohaterki są atrakcyjne i eksponują swoje wdzięki, a miejsce akcji budzi podejrzenie i wzmaga niepokój. Zbrodni dokonuje się krwawo, w odpowiednio bublowaty sposób. Nell szybko podejmuje śledztwo w sprawie zniknięć i zagadkowych zachowań lokatorów bloku. Od tego momentu do Hoopera można kierować zażalenia. Godziwie prowadzone budowanie napięcia nie może zastąpić braku imponujących scen akcji, których scenariusz oferuje niewiele, i które – jeśli już – czerpią raczej z dłużyzn wyjętych rodem z przeciętnych horrorów Argento (pojawiają się skojarzenia z mdłym Inferno).

     O pozycji Tobe’a Hoopera we współczesnym światku filmowym przypominamy sobie nieszczęśliwie, kiedy ostatnich parędziesiąt minut jatki zostaje ostatecznie oszpeconych przez pojawienie się agresora. Mordercą okazuje się tani, humanoidalny przebieraniec, ukrywający się w „zakamarkach” piwnicznej części budynku, tuż za cienką ścianą dzielącą go od miejsca pracy dozorcy. Swoją spelunę bez nawet krzty perwersyjnej satysfakcji przyozdabia resztkami ofiar, które eliminuje mechanicznie i nieprzykładnie. Daleko mu do Leatherface’a.

     To, czym może popisać się filmowa masakra narzędziami, to ładna (i tylko ładna) strona wizualna oraz staranna gra aktorów. Surowe zdjęcia i muzyka ratują całość, podobnie jak obsadzeni w rolach pierwszo- i drugoplanowych odtwórcy, słynni poniekąd ze swojego doświadczenia w filmowym horrorze (ze znakomitą jak zawsze Angelą Bettis na czele).

     Trudno nie odnieść wrażenia, że  Krwawa masakra w Hollywood  uparcie nie wykorzystuje potencjału, jakim operuje. Ilekroć zdaje się, że na przecież nieźle reżyserowaną przez Hoopera sekwencję można by zrzucić prawdziwą bombę w postaci przewrotnej intrygi i dreszczy emocji, nie dochodzi to do skutku, a głodnej wrażeń publice pozostaje obejść się smakiem. Prawdą jest, że podczas trwania blisko półtoragodzinnego filmu nawet wynaturzonemu lokatorowi niezmiernie rzadko zdarzyło się posłużyć tytułowymi narzędziami.

     Recenzja znajduje się także na stronie filmweb.pl, pod niniejszym odnośnikiem. Zapraszam do śledzenia swojego profilu w tym serwisie.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s