Są dni warte zapomnienia…

     Hordy zombie z typową dla siebie niezgrabnością i otępieniem przemierzają już wszelkie zakątki świata. Glob zdaje się należeć do nich, lecz grupy ocalałych ludzi nadal ukrywają się, gdzie tylko mogą. Naukowcy i członkowie wojsk, chroniąc się w przebudowanej kopalni na Florydzie, próbują znaleźć metodę na powstrzymanie inwazji nieumarłych. W tym celu eksperymentują także na schwytanych żywych trupach. Czy można uniknąć całkowitego spustoszenia?

     Po nocy przychodzi poranek, po poranku – dzień. Niezłomne prawo chronologii. W świecie filmu jest już trudniej. Rewelacyjna „Noc żywych trupów” pociągnęła za sobą wprawdzie popisową kontynuację w postaci Świtu żywych trupów”, jednak już drugi jej sequel okazał się niemiłą niespodzianką. Winą na pewno nie obarczymy za to zawsze świetnego i rzetelnego George’a A. Romero.

     Maestro kina grozy spisał się przy realizacji Dnia żywych trupów równie dobrze, jak podczas kręcenia dwóch wcześniejszych elementów kultowej sagi. Napięcie buduje umiejętnie, pozostając wiernym przemycaniu lęku i klaustrofobii w każde możliwe ujęcie – na prawidłach tych oparł niepowtarzalną aurę horrorów z 1968 i ’78 roku. Od pierwszej, wyśmienicie podnoszącej pracę serca sceny filmu możemy poczuć niepokój towarzyszący bohaterom, reżyseria Romero jest w końcu bardzo dbała i sprawna… Tylko co z tego…

     Obraz filmowy to jednak nie sama reżyseria. Day of the Dead jest projektem powstałym na podstawie niewygodnego scenariusza, z tuzinem źle zakreślonych postaci, nieprzykładnie odtworzonych przez mizernych aktorów. Kłopotliwość scenariusza polega na jego chybionym koncepcie. Analizowanie przypadłości ówczesnego świata, poruszanie problemu komunikacji międzyludzkiej na przykładzie kontaktu człowieka z zombie – tych wynurzeń nie powinien podejmować się Romero. Chciał przedstawić ambitną i tragiczną na swój sposób historię zamiast, zwyczajnie, zajmującego horroru.

     Aktorsko film wypada miernie, ale i wcielać nie bardzo jest się w kogo. Główny antagonista to zlepek schematów despotyzmu i łajdactwa z wielu innych popularnych produkcji doby lat 80. (aż dziw, że w kierunku filmowego drania ani razu nie padło charakterystyczne, kąśliwe „you bastard!”). Żeńska bohaterka ma głównie za zadanie biegać z rozpiętą bluzką, w rękach trzymając karabin…

     Akcja rozkręca się opornie, przez co sporadycznie, choć im bliżej finału filmu, tym coraz częściej, mamy ochotę zakończyć niezadowalający seans. Sprawy nie ułatwiają efekty specjalne w wydaniu znakomitego Toma Saviniego, które cieszą poziomem wykonania, lecz goszczą na ekranie zbyt rzadko.

     Koniec końców Day of the Dead to rozczarowujący sequel – brak mu głębi Nocy… i klasy Świtu żywych trupów. Mimo to George Romero wyznał przed paroma laty, że trzeci film o atakach nieumarłych pozostaje jego ulubioną częścią oryginalnej trupiej trylogii. Stary szaleniec…

     Recenzja znajduje się także na stronie filmweb.pl, pod niniejszym odnośnikiem. Zapraszam do śledzenia swojego profilu w tym serwisie.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s