Dostawca marazmu

     Victor Salva nie jest reżyserem ani zdolnym, ani sukcesywnym, jednak jego nazwisko wzbudza spore kontrowersje. Ciężko jest bowiem przejść obojętnie obok podstarzałego, obleśnego twórcy filmowego, lata temu wiązanego ściśle ze sprawą gwałtu na mocno młodocianym aktorze zaangażowanym w produkcję jego obrazu (sromotnego, zawdzięczającego swoją niesławę tylko głośnemu incydentowi „Domu klownów”). Tym ciężej, jeśli – zachęceni prestiżem, jaki niosą ze sobą tytuły z dylogii  Smakosz” – powierzymy swój czas na zapoznanie się z kunsztem reżysera i bezwzględnie się zawiedziemy.

     „Roznosiciel” jest filmem rozczarowującym. Temat wyjściowy obiecuje dużo. Główną bohaterkę poznajemy właśnie kiedy wprowadza się do sporej posiadłości umiejscowionej na typowo amerykańskich przedmieściach, zamieszkanych przez klasę średnią. Osadzenie akcji thrillera w suburbii przywodzi na myśl pozytywne skojarzenia. W peryferyjnych dzielnicach miast rozgrywały się kluczowe dreszczowce, z pamiętnym „Halloween” Johna Carpentera na czele. To tyle w kwestii pozytywnych stron filmu…

     Sonny Blake (w tej roli królowa horroru klasy B Rose McGowan), terapeutka prowadząca na antenie radiowej wieczorną linię wsparcia, boryka się z problemami codzienności, na które składa się zestaw największych klisz: wychowana w rodzinie zmagającej się z problemem alkoholizmu, ze znojem utrzymuje wewnętrzną stabilność, odebraną niegdyś przez nieodpowiedzialnych domowników, zwalcza trudy niedostatków finansowych, a na dodatek oczywiście po raz wtóry przymierza się do zejścia ze swoim bezpłciowym partnerem (Sonny Marinelli), nie zauważając przy tym uczuć przyjaciółki-lesbijki (znacznie bardziej wyrazista i jedyna budząca sympatię postać kreowana przez Lauren Vélez). Cieszymy się w zasadzie, gdy generyczna do bólu pani doktor pada ofiarą tytułowego roznosiciela gazet (wyśmienity w każdym calu swojego beztalencia Daniel Ross Owens) z upodobaniem zastraszającego dzielnicę, w której rozwozi prasę, licząc, że w jej przyziemne, szare życie filmowe wkroczą prawdziwe emocje. Ani emocji, ani akcji, ani nawet krzty napięcia nie otrzymujemy przez dziewięćdziesiąt minut.

     Nie da się oprzeć wrażeniu, że Victor Salva, i tak regularnie pomiatany przez złą prasę,  Roznosicielem wyrządził sobie jeszcze większą krzywdę. Choć budżet filmu nie był duży i jest to zauważalne zbyt często, fabuła miała do zaoferowania sporo. Napisany na kolanie scenariusz i niestaranna reżyseria pogrążyły opowieść o psychopatycznym chłopcu z sąsiedztwa. Nieznany szerszej publice Owens nie radzi sobie z rolą, choć umieszczenie jego bohatera na ekranie i tak kończy się fiaskiem. Derek Barber, bo takie imię nosi tytułowy roznosiciel, nie jest niepokojącym szaleńcem, nie mógłby ujść za klasycznego thrillerowego antybohatera, tak naprawdę sam nie wie, jaki ma być. Nie budzi strachu czy chociaż zainteresowania, podobnie jak cały obraz, co nie tylko w kwestii gatunku, ale niepisanych praw kinematografii generalnie – jest niewybaczalnym wykroczeniem. Muzyka w  Roznosicielu  brzmi bardzo sztampowo, przy czym mam tu na myśli, że przypomina, na jak tani film została skomponowana. Nie inaczej w przypadku zdjęć, prędko uzmysławiamy sobie, że ich autorem bynajmniej nie jest Vittorio Storaro. Victor Salva nie udźwignął ciężaru, który sam ułożył na swoich osłabionych barkach. Jest to tym żałośniejsze, że ciężar nie wydaje się być duży.

     Wykonanie efektywnego inaczej, mdłego (nie)dreszczowca jest potwarzą dla Salvy – od paru dekad babrającego się w gatunku. Prawdziwy powód do wstydu ma jednak widz, który pod koniec seansu może dojść do śmiałej konkluzji, iż obejrzał projekt z góry skazany na porażkę w końcu ani podupadający (sięgający dna?) reżyserzyna, ani wąska grupka marnych aktorów nie są w stanie zapewnić godziwej rozrywki. Liczyłem na nią po cichu, zachęcony niezłym pomysłem na film, a na pewno postacią antagonisty, w której zgromadzona była lwia część potencjału  Roznosiciela. Są jednak i przydatne strony tego doświadczenia: Roznosiciel  wyostrzył, zdaje się, moją czujność na filmową padakę. Z produkcjami Salvy już prawdopodobnie w ogóle nie będę chciał mieć do czynienia, natomiast na dziełach jeszcze przed seansem wzbudzających wątpliwość z góry postawię krzyżyk i odmówię sobie ich konsumpcji. Dziękuję wielce, mistrzu”  Salva.

     Recenzja znajduje się także na stronie filmweb.pl, pod niniejszym odnośnikiem. Zapraszam do śledzenia swojego profilu w tym serwisie.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s