Armageddon w Amityville

     Troma, The Asylum czy Nu Image to mierne wytwórnie produkujące mierne filmy. Chwała im za to; przecież „Toxic Avenger” czy „AVH: Alien vs Hunter” (wielka nadzieja zestawienia IMDb Bottom 100) to kawał tragicznego, ale i przerażająco rozrywkowego kina. Inaczej sprawa ma się z Platinum Dunes. Kalifornijska spółka produkcyjna forsowana nazwiskiem Michaela Baya słynie z realizacji wątpliwej jakości obrazów, głównie remake’ów klasycznych horrorów. Lepiej byłoby, gdyby wszystkie produkcje firmy stały konsekwentnie na tym samym, niskim poziomie. A jednak w 2003 Marcus Nispel wyreżyserował nową odsłonę „Teksańskiej masakry piłą mechaniczną”, która pokazała się z bardzo dobrej strony. Od tej pory z Platinum Dunes mogą wiązać się pewne oczekiwania…

     W dwa lata po Nispelu kolejny debiutujący reżyser odświeżył inną sprawdzoną konwencję. Andrew Douglas pogrzebał jednak honor wytwórni Baya. O ile „Teksańska masakra…” przedstawiła znaną historię w innym świetle, pompując w odnowioną serię Leatherface’a tyle rześkości, ile się dało, o tyle początkujący brytyjski reżyser wyczerpany przez lata pogardy cykl ostatecznie pogrążył. „Amityville 2: Przeżyjmy to po raz dziesiąty” w końcu nie powstało.

     Opowiastka Douglasa po brzegi nadęta jest kliszami z wielu horrorów o nawiedzonych domach i od najprostszych chwytów, po które chętnie sięgają mało wzięci twórcy, pęka w szwach. Lutzowie – Kathy, jej świeżo poślubiony mąż George i troje dzieci kobiety z pierwszego małżeństwa – przenoszą się do okazałej, starej posiadłości, którą udaje im się wykupić za okazyjną cenę. Nie martwi ich ani makabryczna historia zbiorowego morderstwa popełnionego w domu, ani podejrzane zachowanie dzieciaków – następstwo szybkiej przeprowadzki. Duchy nie są zadowolone z towarzystwa śmiertelnych i zaczynają dawać o sobie znać.

Amityville” ogląda się lekko, ale ospale. Stonowanie ujęcia zakamarków nawiedzonego domu to mydlenie oczu, bowiem do interakcji między Lutzami a duchami nie dochodzi prawie nigdy, kiedy jest ku temu okazja. Bardzo rzadko mamy okazję zobaczyć zmarłych, a nawet kiedy do tego dochodzi, przez akcję przewijają się te same, szare postaci. Film zawiera kilka trzymających w silnym napięciu scen, które potrafią nastraszyć. Zagrożenie w jednej z nich nie opiera się nawet na sytuacji paranormalnej. Douglas dokucza widzom strasznie.

     Choć koszty produkcji filmu dobijały dwudziestu milionów dolarów, budżet nie znalazł zastosowania w warstwie estetycznej. Technicznie „Amityville” sprawuje się kiepsko, wykonany tandetnie i bez wyrazu. Widzimy, że drętwa ekipa realizacyjna starała się włożyć w swoją pracę uczucie, lecz nie przyniosło to oczekiwanych rezultatów. Zdjęcia i oświetlenie, choć niewyszukane, trzymają tu najlepszy możliwy poziom – poziom najwyżej niezły. Bardzo zawodzi Steve Jablonsky, którego nazwisko jako jedyne budzi szczery respekt. Ścieżka dźwiękowa w wydaniu utalentowanego kompozytora nie brzmi jak jego standardowe dokonania. Po projekcji filmu nie wierzyłem, że to on odpowiadał za stronę muzyczną „Amityville”. Na wysokości powierzonego zadania nie stanęli również montażyści projektu. Dużo cięć, mało sensu – oto podsumowanie ich wysiłkowej roboty. Roger Barton i Christian Wagner stworzyli dziewięćdziesięciominutowy, nieudany teledysk.

     Członkowie obsady zasłużyli na pochwałę. Melissa George kreuje postać zatroskanej matki, prawdziwej bohaterki, dzielnie stawiającej czoła upiornemu domostwu. Siedmioletnia Chloë Grace Moretz straszy bardziej niż zjawa jej zamordowanej rówieśniczki. Jest też Ryan Reynolds – w swej roli bardzo stanowczy, szaleńczy i przez to pociągający – i jego wyrzeźbione ciało (uff!).

     Od powstania pierwszej adaptacji „The Amityville Horror” minęło sporo lat, a już prawdziwe lata świetlne dzielą klasyczny horror Stuarta Rosenberga od remake’u. Widać to szczególnie na przykładzie scen wnikliwie nawiązujących do motywów, z których słynie oryginalne dzieło (święcenia wykonywane przez ojca Callawaya). Nowe „Amityville” to już inna liga niż post-„Egzorcystyczny” klasyk. To „Transformers” wśród horrorów, obraz efektowny i widowiskowy, jednak bijący po oczach niewłaściwymi dla atmosferycznego filmu grozy efektami specjalnymi. Nie najgorsza możliwa ekranizacja historii domu przy 112 Ocean Avenue, po prostu Andrew Douglasa wizja zatracona.

     Aha, i jeszcze jedno. Tortury i eksperymenty na Indianach w domu Lutzów? Naprawdę…?

     Recenzja znajduje się także na stronie filmweb.pl, pod niniejszym odnośnikiem. Zapraszam do śledzenia swojego profilu w tym serwisie.

Reklamy

Jedna myśl nt. „Armageddon w Amityville”

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s