Opowieści z krypty: kiedy dobrzy reżyserzy tworzą przeciętny film

     Wisielczy humor najsłynniejszej telewizyjnej makabreski powraca. Ernest R. Dickerson i Gilbert Adler po raz kolejny dostarczają odpowiednią dawkę żartu i strachu – kinowej tym razem widowni. Jest jowialnie, przebojowo i odprężająco. Tylko czy to wszystko wystarczy, by mówić o „Władcy demonów” jako o dobrym horrorze?

     Frank Brayker (William Sadler) ucieka przed ścigającym go, ekstrawaganckim mężczyzną w kowbojskim kapeluszu (Billy Zane). Trafia do moteliku na obrzeżach Stanów Zjednoczonych. Obecni w przydrożnej noclegowni goście i pracownicy nie zdają sobie sprawy, że przyjmując pod dach przybysza ściągają na siebie śmiertelne niebezpieczeństwo. Bohaterów czeka długa i pełna upiornych niespodzianek noc.

     Odpowiedź na wieńczące pierwszy akapit pytanie jest prosta: zdecydowanie nie. Sprawę należy postawić jasno – „Władca demonów” nie jest najlepszym filmem grozy i na nominację do nagrody Saturna w takiej też kategorii nie zasłużył. To moja główna obiekcja wobec pełnometrażowej odsłony „Opowieści z krypty” – dzieła mocno średniego.

     Duetowi reżyserskiemu udało się przywrócić klimat serialu w jego filmowym spin-offie. W pierwszej sekwencji podziwiamy „uroki” strasznego zamczyska, w piwnicy którego znajduje się spowita pajęczyną tytułowa krypta. Niedługo potem pojawia się i prawdziwa ikona w postaci Crypt Keepera. Dawno przegniły i dowcipny trup charakterystycznym głosem Johna Kassira zaprasza nas na seans reżyserowanego przez siebie filmu – „Demon Knight” właśnie. „Frights, camera, action!”. Okazyjnie film potrafi być ujmująco zabawny – i nikogo nie powinno tu dziwić, że uśmiech na twarzy prowokuje właśnie Crypt Keeper za pomocą swoich słownych gierek. Poza żartami umarlaka, humor opiera się na kreacji czarującego Billy’ego Zane’a.

     Specyfika „Opowieści z krypty” zostaje w filmie oddana, podobnie jak – niestety – atmosfera lat dziewięćdziesiątych. Ustalmy, że lata 90. były najgorszą możliwą dekadą filmową (bo w końcu czy powstał w tym czasie jakiś naprawdę dobry obraz?). Wszystko, czego dostarczyły nam lepsze lub gorsze dzieła tego okresu, znajdziemy we „Władcy demonów”. Od karczemnych efektów specjalnych mogą rozboleć oczy.

     Pierwszych kilkanaście minut „Władcy demonów” podtrzymuje pozytywne wrażenie, jakie swoim pojawieniem się na ekranie wzbudził bohater Johna Kassira. Wprowadzenie wątków religijno-demonicznych i masy piekielnych inaczej straszydeł rujnuje to wrażenie. Film zostaje obdarty z nastroju horrorowej sielanki, a mimo rozlewu krwi upodabnia się do „grzeczniejszych” telewizyjnych antologii grozy – „Opowieści niesamowitych” chociażby.

     Nie jest to najlepszy horror, ale często właśnie takie są najprzyjemniejsze w oglądaniu. Kilka niepodważalnych walorów filmu cieszy, co nie zmienia faktu, że „Demon Knight” to nadal horror bezmyślny i prosty. Dickerson i Adler uprzędli niezłe kino rozrywkowe, choć znając ich dorobek, wiemy, że stać ich na więcej. Szablonowy średniak.

     Recenzja znajduje się także na stronie filmweb.pl, pod niniejszym odnośnikiem. Zapraszam do śledzenia swojego profilu w tym serwisie.

Advertisements

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s