Sielska czerwień

        Krzyżując „Świt żywych trupów” George’a Romero z którymkolwiek slasherem lat osiemdziesiątych, otrzymamy nieskładne dyrdymały – mogłoby się zdawać. A jednak, dokonując owej kombinacji, reżyser i scenarzysta Scott Spiegel stworzył film nieprzeciętny, a nawet bardzo przebojowy. Co sprawia, że jego „Intruder” to obraz godny polecenia?

intruder89-01

     Rzecz dzieje się w plajtującym markecie, późnym wieczorem. Właściciele sklepu zobligowani są zamknąć interes z powodu narastających problemów finansowych. Zanim ostatecznie oddadzą budynek do rozbiórki, wspólnie z młodymi ekspedientami i magazynierami wiążą koniec z końcem. Gdy jedną z kasjerek, Jennifer (Elizabeth Cox), atakuje nadpobudliwy ukochany – były więzień, pracownicy zmuszeni są nasłać na niego policję. Wkrótce bohaterowie zaczynają padać ofiarą brutalnych mordów. Noc jest młoda. I będzie krwawa.

intruder89-02

Czytaj dalej Sielska czerwień

Reklamy

Portret seryjnego człowieka

           Niezależny film grozy – sposób na przekazanie pewnej głębi, wyższej wartości artystycznej w gatunku, który uznawany bywa przecież za łopatologiczny, czy może epatowanie wydumaną, napuszoną estymą? Nawet, jeśli nie każdy offowy horror urasta do rangi gromkiego komentarza społecznego na miarę „Nocy żywych trupów” lub kunsztownej poezji gore („Martwe zło”, „Teksańska masakra piłą mechaniczną”), historia zna przecież ogrom niskobudżetowych filmów, które pchnęły kino grozy na międzynarodowe festiwale i ściągnęły na siebie deszcz prestiżowych laurów. „Henry – Portret seryjnego mordercy” zaparł dech w piersi niejednego krytyka.

     Obraz Johna McNaughtona to podróż po umyśle zaburzonego młodego mężczyzny. Bohater od razu zostaje ujawniony jako tytułowy zabójca. Akty bezwzględnych i często szokujących morderstw w jego wykonaniu wypełniają niecałe półtorej godziny trwania filmu. Ale psychopata nie jest potworem. Choć beznamiętny i rozgorączkowany żądzą krwi, Henry jest człowiekiem. Podłe człowieczeństwo, jego chore miłostki i chęć wyrwania się z wiru socjopatycznych nawyków to główny temat filmu.

Czytaj dalej Portret seryjnego człowieka

Nadzieja zasypia ostatnia

          Hollywoodzkie wytwórnie filmowe są bezduszne i konsumpcjonistyczne, a na drodze do podniesienia profitu uciekną się do najbardziej niehonorowych manewrów. Boleśnie przekonał się o tym pochodzący z New Jersey ambitny reżyser, Hal Masonberg, który w roku 2006 wydał swój debiutancki film pełnometrażowy. Niedola, jaką zgotowano horrorowi „The Plague”, jest co najmniej przygnębiająca.

     W 1983 roku świat obiega bezwzględna plaga. Wszelkie dzieci poniżej dziewiątego roku życia zapadają w śpiączkę. Przez najbliższą dekadę każdy poczęty potomek rodzi się w stanie katatonii. Gdy po dziesięciu latach młodzi budzą się i wstają z łóżek, nikt nie jest szczęśliwy. Ofiary podejrzanej epidemii kierowane są przez jeden tylko cel – chcą zabić wszystkich dorosłych.

Czytaj dalej Nadzieja zasypia ostatnia

Strach się bać

     Przeniesienie do świata filmu magii prozy Stephena Kinga to wymagający wyczyn i każdy fan horroru wie, że dotychczas tym czarem swoje dzieła natchnęli nieliczni reżyserzy. Mick Garris, choć nie jest ani De Palmą, ani tym bardziej Kubrickiem, często stawia czoła mistrzowi literackiej grozy. Po „Lunatykach” czy telewizyjnej „Autostradzie strachu” rozczarował widzów raz jeszcze, w 2004 roku adaptując „Jazdę na kuli”.

     Film opowiada dokładnie tę historię, co powieść Kinga pod tym samym tytułem. Poznajemy Alana (Jonathan Jackson), studenta Uniwersytetu Maine, artystę i outsidera, niezdrowo zaprzątniętego życiem pozagrobowym i myślami suicydalnymi. Chłopak dowiaduje się, że jego samotna matka trafiła do szpitala po wylewie. Do oddalonej o kilkadziesiąt mil lecznicy bohater usiłuje dostać się autostopem. Po drodze poznaje pomocnych kierowców – ludzi intrygujących, ekscentrycznych, a czasem i podejrzanych…

Czytaj dalej Strach się bać

Portugalski ambaras

     O filmie, który przeraża, jest posępny i mocny, a nie jest horrorem, i tak warto napisać na blogu tematycznym. Tym razem nie o Smileyu czy Teddy’m: dramat „O Fantasma”.

U João Pedro Rodriguesa jak zwykle – z ekranu przelewają się potoki udziwnionej sztuki, której nikt nie zrozumie. Tym anarchistycznym wnioskiem mogę zbrzydzić do siebie niejednego odbiorcę tekstu, ale wychodzę z założenia, że kino nie zawsze trzeba pojmować. Czasem wystarczy je czuć.

Sérgio, choć młody, przystojny i bez trudu rozkochujący w sobie dziewczęta, nie toczy łatwego życia. Jest samotny, zagubiony, nieszczęśliwy. Z pozoru niewinne spotkanie całkowicie przeinacza jego rzeczywistość. Nie tylko jego. Chłopak popada w chorą obsesję na punkcie atrakcyjnego motocyklisty. Jego rozchybotana świadomość ulega stopniowej degeneracji, a on sam nabiera prawdziwie zwierzęcego instynktu.

Czytaj dalej Portugalski ambaras

Last weeks on earth. Do „Salem” coraz bliżej

     Na „The Lords of Salem” czekamy już długo, ale kolejne donosy na temat projektu potwierdzają, że warto być cierpliwym. Przed czterema dniami światło dziennie ujrzał drugi już zwiastun filmu. Jest finezyjny, intensywny i straszny do potęgi. Zapowiada się, że film sygnowany nazwiskami Bruce’a Davidsona, Kena Foree i Sida Haiga będzie małym arcydziełem.

     Muszę przyznać, że w ciągu ostatnich lat oszalałem na punkcie Roba Zombie. „Dom tysiąca trupów” i jego sequel to hołdujące ukłony w kierunku kina exploitation, które – jako jedna z nielicznych osób – przyjąłem z miłością i podziwem. Nowe odsłony serii Michaela Myersa to klasyczne „Halloween” na miarę dzisiejszych czasów – czasów kina komercyjnego. Są brawurowe i nie uciekają od etykiety „torture-pornowego” trendu, lecz nie brak im ambicji, suspensu i grozy. Jako adept i rozwijający się młody filmowiec Zombie pokazał się ze strony zapędzonego pasjonata horroru, aspirującego do tytułu prawdziwego wizjonera. Ale dosyć o błysku tego ekscentrycznego artysty.

Czytaj dalej Last weeks on earth. Do „Salem” coraz bliżej