Czekając na powód do uśmiechu

     Gdyby tak wymazać podjęte decyzje, chwile szpecące przeszłość… Aktorom filmu „Smiley” z pewnością zbierze się jeszcze na tego typu wynurzenia. Zrealizowany za przysłowiowe grosze koszmarek Michaela Gallaghera zasłużył na mnogość obelg, z którymi się spotkał, choć nie jest to spowodowane jego absolutną beznadzieją.

     Jako kino grozy drugiego sortu film można strawić. „Smiley” natchniony jest duchem klasycznego teen slashera, lecz do klasyki gatunku nigdy nie wejdzie. Główną bohaterkę filmu Ashley (Caitlin Gerard w ni to ziębiącej, ni grzejącej roli) poznajemy na pierwszym roku studiów filozoficznych. Po śmierci matki dziewczyna rozpoczyna samodzielne życie i osiedla się gdzieś w Kalifornii. Wraz z ekstrawertyczną współlokatorką (wkurzająca jak mało kto Melanie Papalia) Ashley wpada na trop tytułowego Smileya – mordercy o wyszytym na twarzy, krwawiącym uśmiechu, może upiorze, może humanoidzie czyhającym na swoje ofiary w internecie. Smiley pojawia się znikąd, a jego wizyta przywołana może być tylko na jednym z tyleż popularnych, co budzących grozę wideoczatów. Dla zabawy dziewczęta testują prawdziwość miejskiej legendy podczas internetowej pogawędki z kolegą. Chłopak pada ofiarą Smileya na oczach zszokowanych studentek. Sielskie życie młodych kobiet zamienia się w koszmar.

     Grzechem jest, że film odświeżający konwencje niestosowane w kinie od lat („Smiley” manewruje motywami z klasyków horroru), poza pożyczonymi od krewnych pomysłami nie oferuje nadto dużo. Gallaghera zainspirował mroczny umysł Clive’a Barkera, a do przesady zajęła go finałowa sekwencja „Krzyku”. Jednak uniwersalność legendy „Candymana” nie bierze góry nad zdrowym rozsądkiem młodego twórcy, a Wesowi Cravenowi filmowiec jest już winien co najmniej przeprosiny – finisz „Smileya” to nieuczciwe przywłaszczenie gotowego konceptu. Nieotwarte i zakryte strzępami wyobraźni plagiaty nie są w Hollywood nowością, za to łatwiej przymknąć na nie oko, kiedy złodziejaszek dostarcza widzowi coś poza nadmierną „inspiracją”. Omawiany slasher nie korzysta z tego przywileju.

     Bo w gruncie rzeczy, poza horrorowym folklorem z lat dziewięćdziesiątych, ciężko doszukiwać się w „Smileyu” czegokolwiek. Film ten z miejsca stał się przegrany, ponieważ wszelkie próby odnowienia podgatunku slashera – reliktu kinematografii odległych lat – wzbudzają współcześnie szydercze emocje. Oczywiście, ze strony dzisiejszych krytyków jest to zachowanie jeszcze bardziej niesprawiedliwe i nieprofesjonalne niż zwyczaj „wielkiego” Rogera Eberta do instynktownego pomiatania kinem grozy klasy „B” trzydzieści lat wstecz. Ale i z obiektywnego punktu widzenia, w pełni uczciwej recenzji, nie można nazwać „Smileya” udanym obrazem. W czasach, gdy porządny horror trafia na światło dzienne niemal odświętnie, tym bardziej nie warto cieszyć się barachłem. Kilka skutecznych „jump scenes” i garść efektownych zabiegów technicznych nie równoważy pomyłek reżyserskich: obsady z YouTube’a, niezgrabnej estetyki, odtwórczości. „Smiley” jest przeciętny we własnej przeciętności. Młodzieńca Gallaghera zapraszam na kursy rozwijające sztukę filmową, a jego debiutancką fabułę umieszczam na dolnej półce regału obejrzanych przez siebie horrorów.

     Recenzja znajduje się także na stronie filmweb.pl, pod niniejszym odnośnikiem. Zapraszam do śledzenia swojego profilu w tym serwisie.

Advertisements

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s