Portret seryjnego człowieka

           Niezależny film grozy – sposób na przekazanie pewnej głębi, wyższej wartości artystycznej w gatunku, który uznawany bywa przecież za łopatologiczny, czy może epatowanie wydumaną, napuszoną estymą? Nawet, jeśli nie każdy offowy horror urasta do rangi gromkiego komentarza społecznego na miarę „Nocy żywych trupów” lub kunsztownej poezji gore („Martwe zło”, „Teksańska masakra piłą mechaniczną”), historia zna przecież ogrom niskobudżetowych filmów, które pchnęły kino grozy na międzynarodowe festiwale i ściągnęły na siebie deszcz prestiżowych laurów. „Henry – Portret seryjnego mordercy” zaparł dech w piersi niejednego krytyka.

     Obraz Johna McNaughtona to podróż po umyśle zaburzonego młodego mężczyzny. Bohater od razu zostaje ujawniony jako tytułowy zabójca. Akty bezwzględnych i często szokujących morderstw w jego wykonaniu wypełniają niecałe półtorej godziny trwania filmu. Ale psychopata nie jest potworem. Choć beznamiętny i rozgorączkowany żądzą krwi, Henry jest człowiekiem. Podłe człowieczeństwo, jego chore miłostki i chęć wyrwania się z wiru socjopatycznych nawyków to główny temat filmu.

     „Portret seryjnego mordercy” przypomina młodsze o ponad dziesięć lat dzieło Mary Harron „American Psycho”. Oba filmy reprezentują art house pełną gębą, jednak warto pamiętać, że to „Henry” definiował kino artystyczne wśród horrorów. Ponadto McNaughtona dzień z kalendarza psychopatycznego zabójcy ogląda się przyjemniej, bo i Henry jest postacią wyraźniej zarysowaną. To pełen sprzeczności, intrygujący brutal, szaleniec (nomen omen) z krwi i kości – a nie pławiący się we własnej próżności picuś Christiana Bale’a.

     Bale, choć zdolny, nie stworzył tak historycznej kreacji jak Michael Rooker. Rola Rookera to jeden z najlepszych horrorowych występów aktorskich, jakie dane było mi poznać. Gra przystojnego odtwórcy tytułowej postaci jest pełna niespodzianek i zagadek. Wyzwaniem intelektualnym jest rozszyfrowanie myśli, zamiaru czy emocji Henry’ego. Tracy Arnold, filmowa Becky, z powodzeniem wcieliła się w naiwną, ale też kochającą i skłonną do wyrzeczeń dziewczynę, uciekającą przed demonami przeszłości. Ważna dla projektu McNaughtona jest muzyka. Ścieżkę dźwiękową zdobią syntezatorowe i elektroniczne brzmienia. Melodie atakują widzów prawie tak jak bohaterów. Gwałtowne i mocne, niemal dzikie, doskonale chwytają ton sceny, w której zostają użyte.

     „Henry” jest nie tylko brawurowy, lecz także odpowiednio zwięzły. Niedługa historia działalności prawdziwego zabójcy (Henry’ego Lee Lucasa) posiada jednak na tyle obszerną kolekcję mrożących krew w żyłach scen mordów, że spokojnie można rozpatrywać film Johna McNaughtona w kategorii niepokojącego. A trup wcale nie ściele się tu gęsto! Nie samymi slasherami żyły lata osiemdziesiąte. „Portret seryjnego mordercy” to film, jakiego potrzebowało kino grozy.

     Recenzja znajduje się także na stronie filmweb.pl, pod niniejszym odnośnikiem. Zapraszam do śledzenia swojego profilu w tym serwisie.

Advertisements

5 myśli nt. „Portret seryjnego człowieka”

  1. Interesujące. Zaintrygowała mnie ta recenzja i z pewnością sięgnę po ten film… Zwłaszcza, że ostatnio poszukuję nieco inspiracji w tym temacie – mordercy to dobry temat, także w poezji. 😉

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s