Dom tysiąca rewelacji

            Czas pędzi jak oszalały. Równo dekadę temu amerykańskiemu reżyserowi i muzykowi metalowemu Robowi Zombie dane było zadebiutować w przemyśle filmowym. Debiutancki produkt przyszłej ikony kina grozy, „House of 1000 Corpses”, podzielił odbiorców na dwa obozy, a Zombie chwalony był za biegłość w tworzeniu jednostkowego, wyzywającego i obłąkanego klimatu, choć zarazem krytykowany za obcesowe natchnienie duchem kina exploitation. Oglądając „Dom…” z perspektywy dziesięciu lat, dostrzeżemy, że jest to film torujący Zombie’mu drogę do dalszej kariery, podobny do kolejnych dzieł kontrowersyjnego reżysera. Co najistotniejsze – to nieodparcie dobry horror, pełen zalet i rewelacji.

     Halloween. Podróżujący po obrzeżach Teksasu studenci zapoznają się z „wiejskimi legendami”, licząc na dreszcz emocji. W muzeum niejakiego Kapitana Spauldinga zainspirowani zostają historią sadystycznego mordercy, Doktora Satana. Przypowieść dotycząca szaleńca okazuje się bardziej niż prawdziwa, gdy młodzi zawierają znajomość z ekstrawagancką rodziną Firefly’ów – mieszkających w okolicy kanibalów, polujących na naiwnych wędrowców.

Czytaj dalej Dom tysiąca rewelacji

Sacrum nie-profanum. Na nowo, bez herezji.

     Jeśli Norwedzy mają żyłkę do odkrywania pozaziemskich bytów (i ostentacyjnego opijania swoich sukcesów), Holendrzy posiadają zadatki na zdolnych reżyserów-debiutantów. Jesienią 2011 roku Matthijs van Heijningen Jr., blisko pięćdziesięcioletni filmowiec znad Amstel, wydał swój prymarny film fabularny. Jego „The Thing” zaskoczył wielu.

     Obraz Heijningena służy za prequel klasycznego przerażacza Johna Carpentera „Coś”. Wydarzenia przedstawione w filmie rozgrywają się na kilka dni przed akcją horroru z Kurtem Russellem. Antarktyda. Załoga naukowa z Norwegii odkrywa skutą w lodzie formę życia. Łącząc siły z konkurencyjną ekipą Amerykanów, postanawiają przyjrzeć się nieznanemu organizmowi i wnikliwie go zbadać. Paleontolog Kate Lloyd (Mary Elizabeth Winstead) od początku węszy kłopoty. Pech chce, że jej przeczucia się sprawdzają, a zagadkowa istota okazuje się śmiercionośnym kosmitą.

Czytaj dalej Sacrum nie-profanum. Na nowo, bez herezji.

„Przyjdź do nas, Szatanie, jesteśmy, ku*wa, gotowi!”

     Do premiery „The Lords of Salem”, filmu Roba Zombie, którego pierwsze trailery wprost zapierały dech w piersi, pozostało osiem dni. Wtedy przynajmniej obraz zyska limitowaną dystrybucję na terenie USA. Nie łatwo będzie zobaczyć horror w Polsce. Serwisy filmowe, choć udostępniają zwiastuny i fotosy, nie udzieliły dotąd informacji o ewentualnym wydaniu „Lordów” w naszym kraju. Zaczynam wierzyć, że powtórzy się katastrofa sprzed trzech lat, a nowy film Zombie, tak jak pamiętny „Halloween 2”, trafi nad Wisłą do obiegu DVD w rok po światowej premierze. Brytyjski dystrybutor Momentum Pictures publikuje dyski z „Lords of Salem” 29 kwietnia. Czy pozostaje nam import? Premiera najokazalej zapowiadającego się horroru roku przypada na 19 kwietnia…

los

Cujo na dopalaczach

     „Rasa” w reżyserii debiutanta, Nicholasa Mastandrei, nie zmieni standardów kina o atakach krwiożerczych zwierząt. Film, choć nijak wyznacza wzorce i trendy, nie zasługuje też na awersję w horrorowym światku. W swoim gatunku strawny, obraz stanowi pożyteczny „zabijacz nudy”, dzieło ni to powalające, ni to uciążliwe.

     Warto zabić czas przy pomocy „The Breed” z jednego konkretnego powodu: poza dziewięćdziesięcioma minutami pozbędziemy się także napięcia. Z okazji wiosennych wakacji wraz z piątką studentów przybywamy na odizolowaną wysepkę, by bawić się, hulać i świętować. Co robimy potem? Bawimy się! Zmutowane genetycznie psy na nasz widok toczą z pysków pianę, udaje im się nawet nas pogryźć i zarazić sugerowaną przez mądrzejszego z bohaterów wścieklizną. Bawimy się dalej! A kiedy jedna z koleżanek zaczyna przejawiać zwierzęce odruchy – sami wiecie – idziemy popływać! „Rasa” to najbardziej wyluzowany film dekady, projekt, który w naturalny sposób relaksuje i koi stres.

Czytaj dalej Cujo na dopalaczach

Nie ma Cronenberga nad Cronenberga

          Najpierw entuzjazmowałem się szykowanym do wydania filmem Cronenberga. Moja ekscytacja wzrosła, gdy publikę zaskoczono, że projekt firmowany jest imieniem Brandona – syna słynnego, choć mało wziętego ostatnimi laty Davida. Aż do momentu projekcji, niewzruszony, przeświadczony byłem o nadchodzącym geniuszu młodego Cronenberga. „Antiviral” po trosze zawiódł moje oczekiwania. Czy zdolność kreacji nie jest zapisana w DNA?

     Wiele wskazuje na to, że jest. Inwencji twórczej, mimo wszystko, nie brak Brandonowi. Jego debiutancki film to przynajmniej w jednej drugiej dzieło skrojone na miarę wczesnych obrazów Davida Cronenberga. Jednocześnie przepaść między ojcem a synem jest okazała.

Czytaj dalej Nie ma Cronenberga nad Cronenberga