Cujo na dopalaczach

     „Rasa” w reżyserii debiutanta, Nicholasa Mastandrei, nie zmieni standardów kina o atakach krwiożerczych zwierząt. Film, choć nijak wyznacza wzorce i trendy, nie zasługuje też na awersję w horrorowym światku. W swoim gatunku strawny, obraz stanowi pożyteczny „zabijacz nudy”, dzieło ni to powalające, ni to uciążliwe.

     Warto zabić czas przy pomocy „The Breed” z jednego konkretnego powodu: poza dziewięćdziesięcioma minutami pozbędziemy się także napięcia. Z okazji wiosennych wakacji wraz z piątką studentów przybywamy na odizolowaną wysepkę, by bawić się, hulać i świętować. Co robimy potem? Bawimy się! Zmutowane genetycznie psy na nasz widok toczą z pysków pianę, udaje im się nawet nas pogryźć i zarazić sugerowaną przez mądrzejszego z bohaterów wścieklizną. Bawimy się dalej! A kiedy jedna z koleżanek zaczyna przejawiać zwierzęce odruchy – sami wiecie – idziemy popływać! „Rasa” to najbardziej wyluzowany film dekady, projekt, który w naturalny sposób relaksuje i koi stres.

     Prawdziwie wakacyjna aura dzieła Mastandrei, w kwietniu pozwalająca poczuć lipcową bryzę, definiuje „Rasę” jako film tak zły, że aż dobry. „The Breed” wykazuje kiepski poziom poprzez parametry produkcyjno-scenariuszowe, reżyserię czy nonsens, jakim wypełniono go po brzegi. Dobry – czy też nie najgorszy – horror jest z powodu swojej radosnej przyziemności, chilloutujących atrybutów i ogólnej zabawności.

     Bolączką filmu jest to, że rozczarowują w nim psy. Nie należą do żadnej konkretnej rasy i wbrew zapewnieniom postaci, nie reprezentują sobą jakiejkolwiek mutacji. Starannie wytresowane, charyzmatyczne czworonogi biegają zwyczajnie po wyspie i bardziej niż straszą – są słodkie. Od czasu pamiętnego „Cujo”, adaptującego prozę Stephena Kinga, dawno nie gościł na ekranach kin psi horror. Licząc, że „The Breed” zjeży włos na głowie, można się przeliczyć.

     Na koniec ciekawostka. Ten mało profesjonalny film wykonawczo wyprodukował Wes Craven. Chciałbym wierzyć, że dla twórcy „Koszmaru z ulicy Wiązów” przyjdą jeszcze lepsze dni. W końcu „Rasa” to obraz, w którym lepiej od ludzkiej obsady wypadają zwierzaki. Dobrze zresztą, że w filmie Nicholasa Mastandrei za bohaterów służą psiaki, bo horroru o kotach bym nie zdzierżył. Polecam „Rasę” widzom spragnionym filmowego odsapnięcia i lubującym się w kinie przeciętnych lotów.

                    Recenzja znajduje się także na stronie filmweb.pl, pod niniejszym odnośnikiem. Zapraszam do śledzenia swojego profilu w tym serwisie.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s