Sacrum nie-profanum. Na nowo, bez herezji.

     Jeśli Norwedzy mają żyłkę do odkrywania pozaziemskich bytów (i ostentacyjnego opijania swoich sukcesów), Holendrzy posiadają zadatki na zdolnych reżyserów-debiutantów. Jesienią 2011 roku Matthijs van Heijningen Jr., blisko pięćdziesięcioletni filmowiec znad Amstel, wydał swój prymarny film fabularny. Jego „The Thing” zaskoczył wielu.

     Obraz Heijningena służy za prequel klasycznego przerażacza Johna Carpentera „Coś”. Wydarzenia przedstawione w filmie rozgrywają się na kilka dni przed akcją horroru z Kurtem Russellem. Antarktyda. Załoga naukowa z Norwegii odkrywa skutą w lodzie formę życia. Łącząc siły z konkurencyjną ekipą Amerykanów, postanawiają przyjrzeć się nieznanemu organizmowi i wnikliwie go zbadać. Paleontolog Kate Lloyd (Mary Elizabeth Winstead) od początku węszy kłopoty. Pech chce, że jej przeczucia się sprawdzają, a zagadkowa istota okazuje się śmiercionośnym kosmitą.

     Heijningen i scenarzysta Eric Heisserer dopieścili swój projekt starannie. Nowa odsłona „Coś” charakteryzuje się precyzyjną dbałością o szczegóły. Do perfekcji wymuskano chociażby scenografię, która do złudzenia przypomina obszar zdarzeń ze starszej o trzy dekady adaptacji powieści Johna W. Campbella Jr. Postaci z prequela również nawiązują do bohaterów klasyku, a nieliczne stanowią nawet odwzorowanie uprzednich. Z tego powodu można traktować „The Thing ’11” jako prequel i swobodny remake jednocześnie.

     Debiutancka fabuła obcego szerszej publice Holendra umiejętnie odświeża historię, która w wydaniu z 1982 roku cierpi dziś poniekąd na archaiczność. Wizja Amsterdamczyka zaspokaja potrzeby fanów wartkiej akcji, jak i miłośników suspensu; „The Thing” to groza i sensacja w jednym.

     Niestety, choć film pełen jest napięcia i niepokojącej aury, nie są one spowodowane typowymi dla horroru Carpentera poczuciem izolacji i paranoją, szerzącymi się wśród bohaterów. Matthijs van Heijningen nie podołał odtworzeniu tych czynników z wzorowego „Coś”. Jeszcze mniej optymistycznie jawi się główna antagonistka prequela. Przykładnie i porządnie odtworzona przez Mary Elizabeth Winstead pani paleontolog jest postacią nieautentyczną. Chcąc być Ellen Ripley i MacReady’m, przestaje być Kate Lloyd. Najgorsza i jakby wyodrębniona poza ogólną kondycję całego projektu jest natomiast scena testu na infekcję. Kate całkowicie na poważnie sprawdza stan plomb zębowych współtowarzyszy, chcąc wskazać odstępcę (bezplombowy = zakażony!). Absurd.

     Podsumowując, choć film nie jest odarty z klimatu – przeciwnie, stwarza atmosferę grozy – wiemy, że scenarzyście udało się jedynie wślizgnąć w płaszcz glorii „The Thing” Johna Carpentera, niczym Obcemu, wślizgującemu się pod skórę swych ofiar. Carpenterowski klasyk, niewolny zresztą od własnych błędów, dla horroru science-fiction pozostanie jednak sacrum. Prequel nie naruszył jego świętości, za to dobrze wywiązał się z odrestaurowania – nie przekalkowania – fundamentów kina grozy. Ktokolwiek powie, że odnawianie owych podwalin jest bezczeszczeniem pracy wspaniałych filmowców, powinien najpierw zapoznać się z wizjami twórców takich jak Heijningen, a potem wyrażać opinie.

     Recenzja znajduje się także na stronie filmweb.pl, pod niniejszym odnośnikiem. Zapraszam do śledzenia swojego profilu w tym serwisie.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s