Diabeł tkwi w precyzji

     Jeżeli surrealizm rzeczywiście jest sposobem całkowitego odkrycia ducha, „The Lords of Salem” to najbardziej uduchowiony film ostatnich lat. Inspirujący, przepojony wzniosłymi motywacjami, a przy tym wyzwalający szlachetne uczucia, nowy projekt Roba Zombie prowadzi widza na sam wierch góry artystycznych doznań. Meg Foster pracę na planie filmu przyrównała do wędrówki przez nieznane. Ruszmy więc w podróż po labiryncie.

     Podobnie jak w przypadku większości dzieł Zombie, fabuła „Lords of Salem” jest zdawkowa i drugorzędna. Heidi, DJ-ka rockowej stacji radiowej, odbiera pilną przesyłkę, zawierającą nagranie muzyczne, zarejestrowane na płycie winylowej. Utwór, choć brzmi ponuro i podejrzanie, sprawdza się wśród słuchaczy radiofonii. Heidi za sprawą hipnotyzującej melodii zaczyna doznawać wizji z udziałem siedemnastowiecznych wiedźm i satanistycznych obrzędów. Samozwańczy Lordowie, wykonawcy nietypowego przeboju, zapowiadają swoją wizytę na wielkim koncercie w miejscowym teatrze. Salemskie kobiety, zwłaszcza Heidi, czeka spotkanie z Królem.

     Historia, zgoła różna od tych przedstawianych przez współczesnych twórców grozy, akcentuje nadrealistyczną wymowę dzieła. W etapie tworzenia scenariusza filmu, jak i późniejszej produkcji, natchnieniem dla Zombie’go była ekstrawagancja Davida Lyncha i Dario Argento, wraz z takimi ich szlagierami jak „Eraserhead” czy „Suspiria”. Po raz kolejny Zombie nakręcił horror z miłości do kina i stworzył film tak daleki mainstreamowi, że zwiastuny powinny proklamować go jako najbardziej niekomercyjne doświadczenie roku.

     „Lords of Salem” jest spoiwem łączącym art house z grindhouse’m. Do trendu grindhouse’owego Zombie tęgo odnosił się we wcześniejszych swych produkcjach. Tym razem, ograniczając techniki reżyserskie typowe dla twórców midnight movies, skupił się na aksamitnej finezji filmu. Wraz z Heidi wracamy do różowych lat siedemdziesiątych, kiedy w sztuce horroru ważna była zarówno treść, jak i jej sugestywne przekazanie. Wychodząc z założenia, że dziesiąta muza niewiele różni się od malarstwa, Zombie nasycił „Salem” intensywną barwą oraz iście dadaistyczną formą. Obecne kanony kina grozy nie tylko autora nie obowiązują, ale i są mu obce. „Lords of Salem” to pomnik postawiony satanistycznym obrazom sprzed czterech dekad, hołdujący pozycje z tego nurtu oraz ich tradycyjny koncept; horror uwodzący klasycznym obłędem.

     Obraz stanowi wysokiej klasy tworzywo artystyczne, ponieważ w swej kunsztowności dopracowany został do perfekcji. Zombie przypomniał, że jest zdolnym muzykiem, współpracując przy kapitalnej ścieżce dźwiękowej. Raz jeszcze udowodnił także swój reżyserski talent, wyborny soundtrack zestawiając z eksperymentalnym montażem, olśniewającymi scenografią i kostiumami oraz zdumiewającymi zdjęciami, które na przekór skromnemu budżetowi zapierają dech w piersi. Jako doświadczenie audiowizualne „Lords of Salem” to rozrywka pierwszorzędna, co podkreśla finalna sekwencja abstrakcyjnych wizji i złowieszczych koszmarów. Osobiście uważam, że końcowych dwadzieścia minut filmu to jedno z większych osiągnięć dokonanych w gatunku horroru.

     Odtwórcy przodujących ról zasłużyli dzięki swym występom na owacje. Wspomniana Meg Foster jest bezwzględnie zła i upiorna, a trzy siostry – Dee Wallace, Patricia Quinn i Judy Geeson – nawiedzone we własnej pogodności. Sheri Moon Zombie, filmowa Heidi, robi, co może, by rzemiosłem dorównać ekranowym towarzyszkom i bynajmniej nie zawodzi.

     Piąty aktorski film Roba Zombie jest też kusząco tajemniczy i posępny. Reżyser nie zdradza swoich intencji wobec projektu, trzyma w niepewności oraz skupieniu – rozwiązań fabularnych, z jakich korzysta, nie sposób przewidzieć, zwłaszcza, że są egzotycznie niekonwencjonalne. Przede wszystkim Zombie trzyma widownię za gardła. Gęsta aura niepokoju, zagrożenia krążącego wokół, nie daje chwili na oddech. „Lords of Salem” ogląda się jednym tchem, czy się tego chce, czy nie. Film nie przeraża w literalnym znaczeniu, lecz działa na zmysły i percepcję, ożywa w nas samych, wypełniając każdy centymetr ciała. Jednym słowem: pochłania. Zombie zasieje w tobie diabelskie ziarno. Nie uwolnisz się od Lordów aż do ostatniej minuty obrazu.

     Kulminacyjne ujęcie, w którym grana przez Sheri Moon Zombie bohaterka w akompaniamencie ósmej sekwencji mozartowskiego requiem wkracza do wystawnej, pełnej przepychu sali operowej (notabene najlepsza scena w i tak zwycięskim filmie!), porównać można z emocjami towarzyszącymi podczas seansu. Skoro „The Lords of Salem” to filmowy labirynt, nie możemy przewidzieć, gdzie nas zabierze. Przeczuwamy za to, że jest to miejsce nieziemskie. Przed projekcją horroru spod ręki twórcy regularnie pomiatanego przez krytykę, ciężko nastawiać się na zaskoczenie. Jednak „Salem” napawa bryzą świeżości i satysfakcji. Wizja wiecznie niedocenionego Roba Zombie jest piękna i błyskotliwa, a siła jej wyrazu zakręci łzę w oku każdego prawdziwego fana kina grozy. Parafrazując Patricię Quinn, „niekiedy rodzą się filmy specjalne”. Dzieło elitarne.

01

02

03

04

05

08

10

09

11

13

12

14

     Recenzja znajduje się także na stronie filmweb.pl, pod niniejszym odnośnikiem. Zapraszam do śledzenia swojego profilu w tym serwisie.

8

Advertisements

6 myśli nt. „Diabeł tkwi w precyzji”

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s