VHS, czyli DVD

             Za sprawą nieokiełznanej wyobraźni i lotności twórców niezależna antologia grozy „V/H/S/2” stała się oczkiem w głowie fanów horroru, jak również jednym z gatunkowych tytułów ubiegłego roku. Fakt kontynuowania powstałej dwa lata temu serii okazał się na tyle oczywisty, że pierwsze wieści o kręceniu sequela obiegły media już parę miesięcy po premierze ostatniej odsłony. Oczekiwania wobec trzeciego reprezentanta cyklu, opatrzonego podtytułem „Viral”, były wysokie. Jak się okazało, zbyt wysokie.

vhs-viral

     Kevin, młody mieszkaniec Los Angeles, gorliwie poświęca się swojej pasji – amatorskiemu filmowaniu. Z uporem maniaka kameruje wszystko, wokół czego kręci się jego świat, zwłaszcza powaby ukochanej ślicznotki Iris. Jego marzeniem jest nakręcenie viralowego wideo, które zawładnie internetem. Gdy pewnego wieczoru w sąsiedztwie Kevina toczy się szaleńczy pościg policji za przestępcą, bohater bez namysłu chwyta za kamerę i wybiega na ulicę. Niezdrowy zapał lubego bezskutecznie stara się powstrzymać Iris. Dziewczyna zostaje zaciągnięta do furgonetki i uprowadzona. Kevin rusza w pogoń za pojazdem – musi uratować porwaną, a także właściwie wykorzystać szansę na zyskanie popularności w sieci. Gonitwa chłopaka przerywana jest trzema innymi nagraniami rodem z internetowej czeluści. Wszystkie cztery historie składają na projekt „V/H/S: Viral”.

Czytaj dalej VHS, czyli DVD

Reklamy

Krótka piłka: „Babadook”

     „Babadook”, wielki triumfator tegorocznego festiwalu fantastyki i grozy w Austin, bardzo mocno działa na wyobraźnię widza. Już pierwsze kadry dzieła destabilizują poczucie wewnętrznego spokoju, dostając się głęboko pod skórę i prowokując legion dreszczy. Skąpany w szarościach i wszechobecnej martwicy, przeładowany cieniem film rzetelnie buduje strach, budzi atmosferę autentycznego zagrożenia. Tytułowy Babadook wygląda upiornie, lecz nie on przeraża nas najbardziej. Okazuje się, że największe zło tkwi w widmie dnia codziennego: niemocy, bólu, gniewie. Obraz Jennifer Kent, pięknie opowiedziana historia walki z lękiem oraz odnajdywania w sobie ostatków sił, to straszydło o ludzkiej twarzy.

babadook

7

Krótka piłka: „Djinn” w reżyserii Tobe’go Hoopera

     Negatywna passa Tobe’go Hoopera trwa. Najnowszy (po)twór byłego mistrza horroru, arabski straszak „Djinn”, pod względem efektowności niewiele różni się od poprzednich wpadek reżysera – „Kostnicy” czy „Krokodyla zabójcy”. Hooper jest zdolniachą i na przestrzeni lat dowodził temu kilkukrotnie. Nie ma jednak, najwyraźniej, nosa do scenariuszy lub po prostu prześladuje go pech. „Djinn” to opowieść o budynku nawiedzonym przez wrogiego ludziom demona. Opowieść zatracona w natarczywej amerykanizacji, skrzyżowanie „Dziecka Rosemary” z „The Grudge – Klątwą”. Do kultury arabskiej film odnosi się tylko aluzyjnie, o tytułowym duchu niewiele mówiąc i nie roztaczając wokół niego aury grozy. Najciekawszym aspektem fabuły zdają się być nieszablonowi bohaterowie. Salama i Khalid nie posiadają tożsamości narodowej, na Bliski Wschód powracają z Okcydentu, po śmierci dziecka. Ich związek jest niejednoznaczny, bywa szorstki i napięty. Wątek, choć interesujący, nie ma jednak nic wspólnego z horrorem. Kontrowersje wzbudza też finalna scena filmu, metaforycznie piętnująca ewentualność dokonania przez kobietę aborcji.

djinn2013thooper

4

Uwaga, kolizja!

            Sprawiedliwości stało się zadość. Ed Wood naszych czasów, reżyser Declan O’Brien, nie znalazł gościny na planie zdjęciowym „Drogi bez powrotu 6”. Miejmy nadzieję, że spadając z reżyserskiego stołka, wylądował szczęką na glebie i nieprędko przyjdzie mu uśmiechnąć się na myśl o zerowej pracy i łatwej gotówce. Przejdę jednak do sedna, być może rozczarowując niektórych czytelników. „Wrong Turn 6” – najświeższy, przekombinowany reprezentant kultowej serii splatterów – nie jest filmem na tyle dobrym, na ile być powinien.

6-wrong-turn-last-resort

     Fabuła filmu stanowi kalkę scenariusza ubiegłorocznej „Piły mechanicznej 3D”. Akcja toczy się w Hobb Springs, podupadłym kurorcie uzdrowiskowym skrytym głęboko w lasach Wirginii Zachodniej. Obiekt odwiedza Danny, były makler giełdowy, borykający się z problemami emocjonalnymi. Młody mężczyzna dowiedział się właśnie, że jest spadkobiercą tajemniczego przybytku; placówkę traktuje jak miejsce, w którym mógłby rozpocząć nowe życie. Towarzyszący Danny’emu przyjaciele – wśród nich jego dziewczyna Toni – czas spędzony w uzdrowisku planują wykorzystać na dobrą zabawę. Nikt nie zwraca uwagi na podejrzane zachowanie właścicieli Hobb Springs, podających się za krewnych bohatera. Tymczasem ktoś – ktoś bardzo zdefasonowany – ostrzy na mieszczuchów nóż. I siekierę. O, i jeszcze pręży cięciwę łuku. A nawet… rozwija węża pożarniczego (zgadza się…).

Czytaj dalej Uwaga, kolizja!

Nie ma tego złego…

        Gdy kilka miesięcy temu obwieszczono, że siostry Jen i Sylvia Soska reżyserują sequel wyprodukowanego przez WWE Studios slashera „See No Evil”, zakiełkowało we mnie ziarno niepokoju. „Żegnajcie, bliźniaczki”, pomyślałem. „Miło było Was poznać”. Ostatni projekt kanadyjskich sióstr – głośny, nagradzany horror „American Mary”, swym widzom zapewnił głęboki i zaskakujący seans, a dla reżyserek stał się katapultą do sławy. „See No Evil” natomiast był filmem bezwartościowym – niegodnym uwagi, odmóżdżonym rupieciem. Wrodzony sceptycyzm odpłacił mi się z nawiązką. Kontynuacja przeboju kinowego z 2006 roku jest nie tylko lepsza niż prequel, ale też udana w indywidualnym zakresie.

seenoevil2-1

     Niedoszła studentka medycyny Amy (Danielle Harris) spędza noc w prosektorium. W asyście dwóch towarzyszy ma przeprowadzić pośmiertne badania dostarczonych zwłok. Szpital odwiedzają jednak niespodziewani goście. Są nimi przyjaciele Amy, którzy, nie bacząc na nic poza dobrą zabawą, planują urządzić w lecznicy huczną imprezę – obchodzony jest bowiem dzień urodzin dziewczyny. Pomiędzy łykiem alkoholu a pląsem w rytm głośnej muzyki rodzi się pomysł, by zwiedzić spowitą mrokiem klinikę. Radość bohaterów nie trwa długo. W kostnicy dochodzi do ewenementu, a błędnie zdiagnozowany jako denat mężczyzna powstaje na równe nogi. Zmartwychwstałym okazuje się Jacob Goodnight (Glenn „Kane” Jacobs), nieujarzmiony masowy morderca.

Czytaj dalej Nie ma tego złego…

„They tell us madness is culturally relative, I say it’s culturally relevant!”

             Popyt na filmy o żeńskich superbohaterach trwa i udziela się nie tylko w gatunku przygodowego kina akcji. Na fakt ten zwrócili najwyraźniej uwagę twórcy multigatunkowego projektu „The Scribbler”. Czwarty pełny metraż w dorobku Johna Suitsa zaskoczył widzów tegorocznego festiwalu horrorów w Montrealu. By zrozumieć ich zdziwienie, wystarczy spojrzeć na plakat filmu, przypominający krzyżówkę posterów reklamujących „Niesamowitego Spider-Mana 2” i zapomnianego „NightMana”. Czy tę, nota bene, opartą na powieści graficznej historię sci-fi można klasyfikować jako film grozy? Odpowiedź jest prosta. Ekranowa groza nie musi przejawiać się przez twarz opętanego dziecka lub wyrastać z wampirzej krypty. Czasem horror zaczyna się tam, gdzie na rzecz realizmu ujarzmia się fikcję.

the-scribbler-2014

     „The Scribbler” realistyczne przesłania kryje pod peleryną fantastyki naukowej i czarnego humoru. Opowieść o nadnaturalnych efektach psychiatrycznego eksperymentu dopiero w swym epilogu dowodzi, że za pozornie błahą fabułą zamaskowano tu głębsze treści. Scenariusz Dana Schaffera (adaptującego własną powieść) przedstawia nam gamę bohaterów wykazujących ekstremalną nieprzystawalność do szeroko pojętych norm społecznych. Wśród socjopatów, nimfomanek i ekshibicjonistek najbardziej pogubioną postacią okazuje się Suki, cierpiąca z powodu rozdwojenia osobowości. Wykolejona, uciśniona przez bezwarunkowość systemu lecznictwa młoda kobieta żyje jak człowiek gorszej kategorii; rutynę jej dni wyznacza przymusowa, bolesna terapia elektrowstrząsowa, zlecona przez pseudolekarza. To właśnie owa kuracja przewraca codzienność Suki do góry nogami.

Czytaj dalej „They tell us madness is culturally relative, I say it’s culturally relevant!”