Gość w dom, trup w sąsiedztwie

          Adam Wingard powoli zyskuje miano nowego mistrza kina – kina gatunkowego, jak i filmu w ogóle. Żadna z jego ostatnich fabuł nie była rozczarowaniem. „Naprawdę straszna śmierć” niepokoiła i hipnotyzowała melancholią świata przedstawionego. „You’re Next” dowiódł, że fani Jasona Voorheesa i Michaela Myersa nie potrzebują blockbusterowego efekciarstwa na miarę „Domu w głębi lasu”, a inteligentnej prostoty. Z kolei segmenty Wingarda będące częścią dwóch pierwszych odsłon trylogii „V/H/S” przyniosły mu uznanie wśród krytyków oraz fanów horroru. Najnowszy obraz amerykańskiego reżysera, niekonwencjonalny thriller „The Guest”, to już swego rodzaju małe arcydzieło.

guestmovie2014

     „The Guest” lub – jeśli ktoś woli – „Gość” rusza z kopyta wraz z Danem Stevensem, odtwórcą tytułowej roli Davida. Po przybyciu do mieściny na obrzeżach kraju, David odwiedza dom przeciętnej jankeskiej rodziny. Petersonowie – rodzice oraz dwójka nastoletnich dzieci – stracili niedawno syna i brata, który zginął podczas wojny w Afganistanie. David służył z nim w armii i był jego bliskim przyjacielem. Umierającemu druhowi obiecał, że zatroszczy się o jego rodzinę oraz przekaże jej członkom, jak bardzo byli bliscy sercu żołnierza. Przybysz zamieszkuje z Perersonami, zdobywa ich zaufanie i staje się bratnią duszą każdego z domowników. Oddany i przyjacielski mężczyzna skrywa jednak mroczną tajemnicę. Wkrótce okolicą wstrząsa seria zabójstw.

     Najświeższy film Adama Wingarda, gorąco przyjęty podczas tegorocznych festiwali w Sundance i Toronto, w okamgnieniu został okrzyknięty jako znakomitość, ponieważ jest dziełem, któremu niewiele można zarzucić. Znajdą się, oczywiście, nobliwi rzeczoznawcy, kręcący nosem na przejaskrawioną estetykę czy naciągany scenariusz filmu. Nazywamy takich nudziarzami.

     „Gość” w bardzo interesujący sposób związany został z poprzednimi filmami reżysera. David, podobnie jak bohaterowie horrorów „Naprawdę straszna śmierć” i „Następny jesteś ty”, jest postacią dźwigającą ze sobą niewygodny sekret, zręcznie zakamuflowany przed światem. Wingard zadał sobie mnóstwo trudu, szczegóły tożsamości Davida trzymając w tajemnicy aż do ostatnich minut filmu. W jego wysiłku, a naszej niepewności leży cała zabawa. „Gość” jest tym typem dreszczowca, który napięcie buduje na kanwie niedopowiedzeń i przypuszczeń, raz po raz puszczając do widza oko i uszczypliwie pokazując mu jęzor. Przy boku Davida i jego zagadki Wingard taszczy więc na swych barkach odpowiedzialność za widownię, która cierpliwie czekając na popisowy epilog, nie wybaczyłaby mu pomyłki. Drogi Nowego Meksyku bywają wyboiste, przez co obciążonemu własną ambicją reżyserowi spokojnie mogłaby powinąć się noga. Tak się jednak nie dzieje.

     Jednym z większych atutów filmu okazuje się występ Dana Stevensa, znanego dotąd przede wszystkim z roli Matthew Crawleya w dramacie kostiumowym ITV „Downton Abbey”. Kreacja aktora sprawdza się na dwóch płaszczyznach. Stevens jest modelowym przybyszem znikąd, charyzmatycznym nieznajomym, który wślizguje się w senne życie Petersonów i na zawsze je odmienia. Od pierwszych minut filmu wiemy, że z Davidem jest coś nie tak; z czasem, ku własnemu przerażeniu, dowiadujemy się, co dokładnie. Nawet wówczas, widząc w Davidzie cząstkę antagonisty, widz nie jest w stanie odwrócić się do niego plecami i życzyć mu klęski. Dan Stevens wykazuje szersze zrozumienie granej przez siebie postaci. W pewnym momencie zdajemy sobie sprawę, że przybysz znikąd to Terminator w ludzkiej skórze, nieludzki twardziel. Klasyk z Arnoldem Schwarzeneggerem jako gwałtownym androidem posłużył Wingardowi za źródło inspiracji. Stevens, wiedząc o tym fakcie lub nie, choreografią ciała, mimiką twarzy oraz grą oczu złożył Arniemu osobliwy hołd.

     Bodźców, które wpłynęły na reżyserię Adama Wingarda, jest więcej, a końcowy efekt pracy młodego twórcy daje obraz prawdziwej mozaice – w najbardziej oryginalnym, nieprzewidywalnym i satysfakcjonującym tego słowa znaczeniu. „The Guest” jest obrazem w stu procentach kreatywnym, nawet jeśli znaczny jego procent to rezultat zabawy reżysera z kinem. Film głośno pobrzmiewa stylem Johna Carpentera z czasów „Księcia ciemności” czy „Oni żyją”, jest niemniej groteskowy niż niedoceniony „Red State” Kevina Smitha, czerpie także z „Drive’a” i oryginalnego „Ojczyma”. Śmiały wynalazek Wingarda to most postawiony pomiędzy uroczym kiczem lat 80. i nieco mniej barwnym rokiem 2014; film, w którym zarówno ogarnięty nostalgią, jak i mocno stąpający po ziemi odbiorca znajdzie coś w sam raz dla siebie.

     Długa jest lista dalszych zalet „Gościa”. Czarno-komediowy ton filmu tonuje agresję krwawych sekwencji. Montaż dźwięku i obrazu w wykonaniu samego Adama Wingarda ambicją dorównuje jego reżyserii. Orzeźwiająca ścieżka dźwiękowa obfituje w najlepsze filmowe nuty mijającego roku. Wreszcie szałowa scena końcowa, tocząca się w szkolnym labiryncie… Nie, musicie zobaczyć to na własne oczy!

     Retro thriller, mądry film akcji, kolorowy slasher. „The Guest” to nie tylko małe arcydzieło, ale również twór kultowy w fazie raczkowania. Film jest zgrabny, naturalny, energiczny i energetyzujący. Epicki. Lub jak powiedziano by latach 80. – odjazdowy.

     Recenzja znajduje się także na stronie filmweb.pl, pod niniejszym odnośnikiem. Zapraszam do śledzenia swojego profilu w tym serwisie.

8

Advertisements

5 myśli nt. „Gość w dom, trup w sąsiedztwie”

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s