Inny znaczy lepszy

        Kiedy wciąż jeszcze mocno odbija nam się czkawką po rebootach „Piątku, trzynastego”, „Koszmaru z ulicy Wiązów” i „Balu maturalnego”, w nasze oczy powierzona zostaje modyfikacja kolejnego nieśmiertelnego filmu grozy. Tym razem mowa o tytule „The Town That Dreaded Sundown”. Sytuacja prezentuje się jednak zgoła inaczej. Po pierwsze, boom na przeróbki klasycznych horrorów zamarł. Po drugie, pierwowzór w reżyserii Charlesa B. Pierce’a, pomimo swego ceremonialnego statusu, był dziełem mdłym i niewartym głębszej uwagi. Po wtóre, co najciekawsze, „Town That Dreaded Sundown” jest remake’iem i sequelem jednocześnie, a jego twórcy abstynencję Hollywoodu względem retuszu kultowych przebojów wykorzystali na opracowanie solidnego, niesztampowego materiału.

thetownthatdreadedsundown1

     Akcja filmu toczy się w Texarkanie, bliźniaczym mieście na granicy stanów Teksas i Arkansas. Świat przedstawiony jest tu miejscem, w którym „The Town That Dreaded Sundown” istnieje już w charakterze kultowego dreszczowca i okazuje się inspiracją do fali morderstw. Tak przynajmniej podejrzewają teksańscy strażnicy oraz szeryf Arkansas, bardzo leniwie podejmujący śledztwo. Innego zdania jest Jami – niedoszła ofiara grasującego zabójcy. Delikatna nastolatka, prowadząca indywidualne dochodzenie, ma własne teorie na temat tożsamości zbrodniarza i nieśmiało dąży do zdemaskowania podejrzanego. Tymczasem miejscowi mieszkańcy drżą ze strachu. Starsi obawiają się nawet, że zbrodni dokonuje szaleniec, który ponad pół wieku temu zabił pięć osób i przepadł bez śladu. Nigdy nierozwikłana sprawa psychopaty, któremu prasa nadała pseudonim „Phantom Killer”, posłużyła w końcu za kanwę scenariusza Charlesa B. Pierce’a…

     Autor skryptu, Roberto Aguirre-Sacasa (ojciec ubiegłorocznej „Carrie”), to bardzo nostalgiczny chłop. Wyraźnie tęskno mu za horrorem drugiej połowy lat 90., jego z lekka naciąganymi historiami i przegiętą soap-operowością. Spisanej przez Latynosa opowiastce bliżej jest, na szczęście, do co lepszych przedstawicieli tego okresu. Scenariusz Aguirre-Sacasy skomponowany został jako podręcznikowy teen slasher, oparty na motywie „whodunit”. Kolokwialne rzecz ujmując, fabuła „The Town That Dreaded Sundown” zaczyna się od trupa i na trupie się kończy, w międzyczasie lejąc krew, zaskakując zwrotami w dochodzeniu oraz skupiając się na emocjach nastoletniej heroiny. Wszystko to prowadzi, oczywiście, do pokrętnego finału. Epilog, którego nie chcę spoilować, jest dość fantazyjny, powiedziałbym nawet, że cudaczny. Przede wszystkim okazuje się jednak niemożliwy do przewidzenia. Wielu widzów scenę wieńczącą obraz uzna za odstającą poziomem od reszty filmu, przekombinowaną oraz karykaturalną. Tymczasem sekwencja jest tylko groteskowa i nad wyraz wymyślna – przedstawiono ją natomiast równie sprawnie jak jej preludium. W wybujałej wyobraźni i poczuciu autoironii nie ma zresztą nic złego.

     „Town That Dreaded Sundown” to film bardzo sprawnie wykonany, urzekający oprawą audiowizualną; odpowiednio krwawy, gdy trzeba, niekiedy stonowany, innym razem wyostrzony. Obraz skąpany jest w jaskrawych czerwieniach nie tylko podczas sekwencji mordów, ale też w momentach poprzedzających rzezie. Surrealne karminy spływają na kadr niczym kurtyna, lecz nie osłaniają wydarzeń, a inicjują je. Nagrodzone w trakcie festiwalu Toronto After Dark zdjęcia autorstwa Michaela Goia bazują na emocjach filmu oraz nastrajają emocje oglądającego. Goi bystro sfotografował też sceny wizji i snów głównej bohaterki. Szczególnie pamiętnym pozostaje tu akt odejścia martwego kochanka Jami w głąb lasu. Swój wabiący wygląd „The Town That Dreaded Sundown” zawdzięcza nie tylko operatowi, ale przede wszystkim utalentowanemu reżyserowi – znanemu z pracy nad kolejnymi sezonami serialu „American Horror Story” Alfonso Gomezowi-Rejonowi.

     Szeregi obsady aktorskiej zasiliło kilka mocnych nazwisk. W wymagającej roli Jami wystąpiła Addison Timlin. Gary Cole („Ring 2”) odegrał postać podkomendanta spod ciemnej gwiazdy, a Veronica Cartwright („Obcy”, „Czarownice z Eastwick”) wcieliła się w babcię bohaterki. Na ekranie towarzyszą im Ed Lauter, Joshua Leonard i Denis O’Hare.

     Właśnie w momencie, gdy świat zdał sobie sprawę, że oryginalny „The Town That Dreaded Sundown” nie zestarzał się z godnością (półtorej roku temu oryginał wydano na dyskach Blu-ray), studia Blumhouse Productions i Orion Pictures opublikowały remake/sequel filmu. Współpraca tych dwóch wytwórni – bieżącego czempiona rynku horroru oraz zmartwychwstałego pioniera sprzed lat – dużo mówi o naturze nowej odsłony znanej historii. Film Gomeza-Rejona oddaje pierwowzorowi szacunek, jest niejako hołdem złożonym klasycznemu (choć nudnemu…) horrorowi, a oczyszczona z kurzu opowieść Charlesa B. Pierce’a zacytowana zostaje w postaci uwspółcześnionego meta-slashera. „Town That Dreaded Sundown” to horror nakręcony według bardzo interesującej definicji, film dumny ze swojej inności.

     Recenzja znajduje się także na stronie filmweb.pl, pod niniejszym odnośnikiem. Zapraszam do śledzenia swojego profilu w tym serwisie.

7

Reklamy

3 myśli nt. „Inny znaczy lepszy”

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s