Cheesy fun

          Tysiąc pięćset sto dziewięćset. Dokładnie tyle slasherów zrodził rok 1981, często podawany za oficjalny początek boomu na horrory spod znaku maski i piły łańcuchowej. Premierę odnotowało wówczas szerokie spektrum filmów znamienitych, niezłych lub też okropnych, wśród nich „Piątek, trzynastego II”, „Happy Birthday to Me”, „Hell Night” czy – Boże, uchroń – „Final Exam”. Tytuł „Graduation Day”, którego dotyczyć będzie niniejsza recenzja, renomą plasuje się pomiędzy perłami Steve’a Minera i J. Lee Thompsona a pierwszym lepszym barachłem.

graduationdayhand

     Nawet przy najszczerszych chęciach nie da się uznać „Końca szkoły” za dzieło kompleksowo udane. Film Herba Freeda („Subterfuge” z Mattem McColmem, „Haunts”) bywa zarówno kompetentnie wykonany, jak i zupełnie niewydarzony. Ta twórcza sinusoida – efekt konfrontacji zróżnicowanych dyspozycji i temperamentów współrealizatorów – nie pozwala przybrać wobec „Graduation Day” szczególnie ciepłych uczuć.

     Jak na ironię, cnót i przymiotów znajdziemy w filmie zadziwiająco sporo – znacznie więcej niż w wielu innych wyprodukowanych przez Tromę horrorach razem wziętych. Wytrzeszczajcie oczy i sprzeciwiajcie się do woli, ja tymczasem głośno otrąbię, iż najważniejszą z zalet „Końca szkoły” jest sprawny montaż autorstwa Martina Jaya Sadoffa. Późniejszy nadzorca efektów trójwymiarowych w drugim sequelu „Piątku, trzynastego” do historii kina klasy „B” przeszedł za sprawą dwóch scen: tej otwierającej film oraz późniejszej, prezentującej zdolności gimnastyczne jednej z bohaterek. Scena inauguracyjna, kręcona i montowana w stylistyce świadomego kiczu, gromadzi wszelkie elementy niezbędne horrorowi lat 80. do życia: krzykliwą muzykę, przejaskrawione barwy, skąpo odziane, młode ciała i ekstremalne zbliżenia kamery – chociażby na półnagich aktorów. Dużym sukcesem manewrów operatorsko-muzycznych (którymi „Graduation Day” jest przeładowany) okazuje się również wyraźnie inspirowana „Balem maturalnym” sekwencja pląsów licealnej młodzieży na wrotkach, kuriozalnie przeplatana z ucieczką Linnei Quigley przed mordercą. Prawdziwymi gwiazdami tej sceny są członkowie nowofalowego zespołu Felony, którzy w pięć lat po premierze filmu Freeda dali się poznać jako wykonawcy przebojowego kawałka „(I’m No) Animal”. Skoczny utwór znalazł się na ścieżce dźwiękowej do „Piątku, trzynastego VI” i uchodzi za hit wśród fanów slasherów.

     Gdyby nie wpadki castingowe lub luki w i tak miernie spisanym scenariuszu, „Koniec szkoły” wybroniłby się swoimi walorami i stałby ramię w ramię przy powszechnie lubianych pozycjach, jak „Slumber Party Massacre” czy „Zabójca Rosemary”. Niestety, nie dorównuje im rangą. Choreografia pojedynku między Patch Mackenzie i E. Danny’m Murphy’m jest tak głupia, że przyprawia o ból zębów, a sam Murphy sprawia wrażenie aktora zmagającego się z motorycznym zespołem Tourette’a. Werbalną odmianę tej przypadłości wywołuje zresztą sam film Herba Freeda – zbyt przeciętny, by nazwać go udanym, i zbyt udany, by nazwać go przyjemnie bublowatym.

graduationdaydarkness

     Recenzja znajduje się także na stronie filmweb.pl, pod niniejszym odnośnikiem. Zapraszam do śledzenia swojego profilu w tym serwisie.

5

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s