Every step you take…

          Jay (Maika Monroe) jest typową nastolatką. Ma proste potrzeby: chce spotykać się z przyjaciółmi, ukończyć college, niekiedy potrzymać ukochanego chłopaka za dłoń. Jej senne, uporządkowane życie zamienia się w koszmar, gdy na horyzoncie pojawia się Hugh – zalotnik, z którym dziewczyna zaczyna się spotykać, skrywający straszliwą tajemnicę. Miłosna ekstaza, finał udanej randki, przynosi niepożądane konsekwencje. Bohaterka zaczyna być prześladowana przez upiorne indywidua – osoby, których nie dostrzega nikt poza nią samą. Coś chodzi za Jay; coś, co nie spocznie póki nie spełni swych przerażających celów.

ifollowspool-alt

     „It Follows”, w Polsce wydany pod tytułem „Coś za mną chodzi”, oparty został na powracającym śnie reżysera i scenarzysty Davida Roberta Mitchella. Był on w nim terroryzowany przez posępnego gnębiciela, podążającego za swoją ofiarą krok w krok. Nasuwające się skojarzenia z cravenowskim „Koszmarem z ulicy Wiązów” są tu jak najbardziej słuszne. Prześladowcy zagrażający Jay istnieją, lecz wcale ich nie widać – nie zauważają ich przynajmniej otaczający bohaterkę oddani przyjaciele. W ten sposób dziewczyna toczy nieustanną walkę z wykierowanym tylko na nią, podskórnym złem, będącym wynikiem jej błędnie podjętych decyzji (w myśl zasady: seks zabija). Poczucie bezradności i atmosfera jak z najgorszego koszmaru bardzo zbliżają przedstawioną opowieść do horrorów o Freddy’m Kruegerze, jednak okrzyknąć film Mitchella „Koszmarem z ulicy Wiązów” lat współczesnych to powiedzieć o nim bardzo niewiele.

     Druga fabuła w filmografii Davida Roberta Mitchella natchniona została wieloma kierunkami kina grozy. W „Coś za mną chodzi” znalazło się miejsce dla przyprawiającej o dreszcze elegancji, wyjętej jakby z „Halloween” Carpentera, gorączkowej paranoi rodem ze „Wstrętu” czy strachu przed najbliższym środowiskiem, znanego z oryginalnej „Inwazji porywaczy ciał”. Mądrości takich twórców jak Roman Polański czy Don Siegel pozostają jednak tylko spadkiem kulturalnym, jaki odziedziczył Mitchell – „It Follows” jest duchowym i stylistycznym spadkobiercą wymienionych tytułów, w pełni świeżym i oryginalnym. Abstrahując od inspiracji, jakie tchnęły reżysera, nosi cechy dzieła metaforycznego, o olbrzymim potencjale koncepcyjnym. Czym jest męcząca Jay istota, tytułowe „coś”? Otwarte zakończenie filmu przekreśla szansę jednoznacznej odpowiedzi na to pytanie, ponieważ Mitchell nie chciał na nie odpowiadać. „It Follows” pomyślany został jako horror wieloznaczny, aluzyjny. Fabuła filmu nie wydaje się być w pełni zdefiniowania, ma być kluczem do indywidualnej interpretacji ukazanej historii. Świadomość utraty niewinności, lęk przed dorosłością, budzące się poczucie śmiertelności – wszystko to może być rozumiane jako potworny skutek nastoletniego seksu, a także składowa tej mądrej opowieści. Na marginesie warto dodać, że reżyser nie potępia seksualnych żądz wśród nieletnich, a umiejętnie bawi się klasyczną horrorową problematyką.

     Znakomicie „Coś za mną chodzi” sprawdza się także na poziomie audiowizualnym, będąc jednym z najlepiej zaaranżowanych projektów dzisiejszego kina niezależnego. Sfilmowany według dwóch definicji – statycznie lub eksperymentalnie – „It Follows” charakteryzuje się tyleż tradycyjnymi, co i prowokacyjnymi zdjęciami. Wyzwania, jakie narzucił sobie operator, choć karkołomne, w pełni się powiodły: powolne, stacjonarne prowadzenie kamery lub nawet jej bezruch wyzwalają najbardziej żywe emocje (patrz: sceny z udziałem zbliżających się istot), a momenty jak ten, w którym kamera przywiązana jest wraz z Jay do wózka inwalidzkiego, wprowadzają odrobinę potrzebnego zamętu. Jeszcze bardziej niż zdjęcia imponuje ścieżka dźwiękowa autorstwa Richa Vreelanda (pseud. Disasterpeace). Muzyka jest osobnym bohaterem filmu, niemniej w całą historię zaangażowanym. Towarzyszy bohaterom w ucieczkach, wzbudza dreszcze i euforię, pomimo oszczędnej, momentami minimalistycznej produkcji – podobnie zresztą jak ogół „It Follows”. Warte komentarza są również filmowe rekwizyty i lokacje. Te drugie obrazują dramatyczną sytuację ekonomiczną Detroit, w którym osadzono akcję fabuły, i bardzo dobrze współgrają z ciężkim w odbiorze tonem filmu. Zgromadzone na planie rekwizyty – przestarzałe telewizory i inne obiekty z dawnych lat – to już wyraz tęsknoty reżysera za kinematografią lat 70. i 80.

     Dzięki twórcom tak ambitnym jak David Robert Mitchell filmowy horror bez problemu może być uznawany za środek wyrazu artystycznego. „Coś za mną chodzi” ma w sobie więcej klasy niż niejeden odmienny gatunkowo obraz z tak zwanej „wyższej półki”. Błyskotliwy przekaz osobliwej historii, zapierająca dech w piersi kompozycja oraz wielki talent ekipy realizacyjnej – zwłaszcza reżysera – odpowiadają na pytanie, co nakłoniło jurorów ubiegłorocznego Festiwalu Filmowego w Cannes do przyznania projektowi nagrody Critics’ Week.

itfollowscar

itfollowsmonroe

     Recenzja znajduje się także na stronie filmweb.pl, pod niniejszym odnośnikiem. Zapraszam do śledzenia swojego profilu w tym serwisie.

8

Advertisements

3 myśli nt. „Every step you take…”

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s