Zła strona kina: filmy Bruno Matteiego, które warto znać

              Osiemdziesiąt cztery lata kończyłby wczoraj Bruno Mattei, gdyby nie jego nagła śmierć w maju 2007 roku. Wielu z Was z pewnością zada sobie fundamentalne pytanie: kim, do cholery, był Bruno Mattei? Był, uwierzcie lub nie, pokładem olbrzymich zdolności i kunsztu, utalentowanym jednak nie w tworzeniu dobrego lub choćby niezłego kina, a kina obmierźle syfiatego. Do historii przeszedł jako jeden z najgorszych reżyserów świata, włoski Ed Wood. W tytule, jakim go napiętnowano, jest sporo krzywdy, zwłaszcza biorąc pod uwagę działalność takich współczesnych „mistrzów”, jak Uwe „F*ck you all” Boll. Niemniej filmografia Matteiego nie pozostawia złudzeń: z grona pięćdziesięciu czterech produkcji reżyserowanych lub współreżyserowanych przez Włocha prawie każda uzyskała miażdżące opinie krytyków, a co druga określana bywa w pojedynczych (często przesadzonych) recenzjach najgorszym filmem wszech czasów.

bm

    By upamiętnić postać Matteiego, postanowiłem opracować krótki przegląd jego najbardziej „przystępnych” tworów. Wymienione poniżej tytuły, choć mierne technicznie i pozbawione walorów artystycznych, po dziś dzień zwracają uwagę co bardziej liberalnych fanów kina i stanowią o sławie, jaką na przestrzeni dekad zdobył włoski Ed Wood. Mattei potrafił bawić się filmem i my też powinniśmy!

Czytaj dalej Zła strona kina: filmy Bruno Matteiego, które warto znać

Without faces we are free

         Brudny, zezwierzęciały i niepoprawny politycznie – taki właśnie jest „Headless” autorstwa Arthura Culliphera, offowy, psychologiczny slasher, feelingiem zbliżony do produkcji Roba Zombie. Sam Cullipher nie posiada, niestety, tak olbrzymiego talentu artystycznego jak Zombie – nie na chwilę obecną, nie jako reżyser.

headlessSCR

     „Headless” to spin-off dramatycznego horroru „Found”, jednego z moich ulubionych filmów ubiegłego roku. Cullipher stworzył na rzecz „Found” wspaniałe, hiperrealistyczne efekty specjalne, a wkrótce potem, zainspirowany pracą na planie, postanowił samodzielnie wyreżyserować film grozy. Jego debiut fabularny kontynuuje wątek jednej z taśm video, którą przeglądają bohaterowie „Found”; jest jej pełną wersją, domniemanie zaginionym slasherem z 1978 roku, a więc przedstawieniem fikcji w fikcji. Ten meta-zabieg cieszy się wśród filmowców niewielką popularnością, jako że wiarygodne odwzorowanie reliktu przeszłości to nie lada wyczyn – tak pod kątem technicznym, jak i duchowym. O ile fryzury, kostiumy noszone przez aktorów i im podobne ogniwa prezentują się nad wyraz dobrze, o tyle ogólna stylówa „Headless” popada momentami w skrajność – film bywa przesadnie upodabniany na old-schoolowy, przez co zdarza mu się przypominać karykaturę.

Czytaj dalej Without faces we are free

Krótka piłka: „Szczury: Noc grozy!”

         W filmografii Bruno Matteiego tytuł „Szczury: Noc grozy!” wyróżnia się na trzech płaszczyznach: jest ulubioną pozycją wśród fanów reżysera, jego najbardziej rozrywkowym filmem, a zarazem jednym z najbardziej bublowatych pod kątem technicznym. Przy okazji wydania „Szczurów” na rynku DVD Mattei przyznał, że chciałby nakręcić swoje filmy na nowo, jako że kuleją estetycznie. Niniejsza pozycja jest doskonałym tego obrazem – obrazem nędzy i rozpaczy. „Noc grozy!” wygląda tak, jak jej tytuł sugeruje: tandetnie i ultratanio. O ile na fakt kręcenia filmu w ruinach po scenografii innego obrazu można przymknąć oko, o tyle widok ewidentnie plastikowych, statycznych gryzoni „gnających” na taśmie transportującej to już szczyt wszystkiego. Bywa jednak jeszcze gorzej: przedstawione sytuacje pozbawione są znamion sensu i prowokują do zasłaniania twarzy w zażenowaniu, aktorzy nadekspresyjnie wygłaszają tępe jak pień kwestie, a angielski dubbing dobija całość niczym gwóźdź do trumny. Właśnie tym projektem, piętnastym w swojej karierze (na dobre rozpoczętej, nota bene, siedem lat przed wydaniem „Szczurów”), Mattei udowodnił, że zasługuje na miano włoskiego Eda Wooda. Jego reżyseria jest tak bardzo wypruta z profesjonalizmu, że fakt umiłowania „Nocy grozy!” przez rzesze nie dziwi w najmniejszym stopniu. „Szczury” to jeden z najszlachetniejszych filmów typu „so bad it’s good”.

rats!

4

Dude-tastic!

           „Film, który za chwilę obejrzycie, zaginął niemal bezpowrotnie. Wszelkie jego kopie zostały uznane za zakazane i zniszczone na mocy poleceń głowy państwa, Ronalda Reagana”. Takimi słowami rozpoczyna się „Dude Bro Party Massacre III”. Nie sposób przeoczyć w tym kuriozalnym prologu dosadnego nawiązania do paradokumentalnej koncepcji „Teksańskiej masakry piłą mechaniczną”, a także uszczypliwej krytyki rządów 40. prezydenta Stanów Zjednoczonych. Film nie jest jednak wymagający intelektualnie. Jego wstęp bardzo wyraźnie podpowiada, z jakim projektem będziemy mieli do czynienia: „DBPM3”, bardziej komedia niż horror, za zadanie obiera sobie kpinę z lubianych w latach 80. slasherów, raz po raz drwiąc też z jankeskiej kultury i mentalności. „Ale to już było”, parskniecie być może znudzeni. Spieszę Wam odpowiedzieć, że „Dude Bro…” aż do ostatnich minut pozostaje absolutnie niewzruszony w swym komediowym blichtrze, „Zombeavers”, przykładowo, zjadając na śniadanie.

dudebroshower

     Jakim cudem zdematerializowany lata temu, mikrobudżetowy horror odmaterializował się niespodzianie w lipcu 2015 roku? Odpowiedź jest tyleż prosta, co niedorzeczna. „Dude Bro Party Massacre III”, wyklęty i zgładzony przez zapienionych Republikanów, zachował się na jednej, jedynej taśmie VHS, zgranej późną nocą pod koniec lat 80. z lokalnej telewizji miasta Minneapolis. Film przepadłby bez śladu, a jego istnienie uznawano by za legendę, gdyby nie dobre serce szczęśliwego posiadacza archaicznego nagrania, który postanowił podzielić się nim ze światem. Teraz kultowy sequel wraca do użytku, by miłośnicy obskurnych slasherów nie posiadali się z radości. Takie bujdy sprzedają nam przynajmniej twórcy filmu.

Czytaj dalej Dude-tastic!

The body count continues

              Horrorów takich jak „Piątek, trzynastego IV: Ostatni rozdział” nie widuje się dziś prawie w ogóle – produkcja Josepha Zito to relikt czasów przyjaźniejszych bohaterom pokroju Jasona Voorheesa. Wielka to szkoda. O swojej miłości do filmów z lat 80. pisałem już wielokrotnie. „The Final Chapter” może posłużyć tak za czołowego reprezentanta tego okresu, jak i sztandarową odsłonę serii „Friday the 13th”. Dziewięćdziesięciominutowy slasher ma w ofercie wszystko, za co uwielbiamy kino czasów Johna Carpentera czy Wesa Cravena, od wybornych efektów gore zaczynając, a na podskakującej grzywce Crispina Glovera kończąc.

fridaythe13thIV-jimbo

     Po starciu z tyleż rozpieszczoną, co i waleczną Chris Higgins, Jason trafia do szpitala okręgowego w Wessex. Uznany zostaje za martwego, lecz co rusz subtelnie przejawia oznaki życia – czego nie zauważa personel kliniki. Psychopata wydostaje się z kostnicy, z zimną krwią zabija lekarza i pielęgniarkę, a następnie wyrusza w kierunku Crystal Lake. Z maczetą Voorheesa przyjdzie spotkać się grupie ośmiu nastoletnich urlopowiczów oraz mieszkającej na skraju lasu rodzinie Jarvisów.

Czytaj dalej The body count continues

Do you like scary TV shows? – recenzja 1. odcinka „Scream: The TV Series”

              Trzy lata – dokładnie tyle kazał nam na siebie czekać „Scream: The TV Series”, będący serialową adaptacją popularnej serii horrorów, zapoczątkowanej w 1996 roku przez Wesa Cravena. O planach realizacji telewizyjnego projektu informowano regularnie od czerwca 2012, raz po raz wyznaczając mu daty premiery i następnie je zmieniając. W efekcie cierpliwość zainteresowanych została przetestowana do granic możliwości. W drugim kwartale bieżącego roku, co ciekawe, niespodziewanie ruszyła promocja telewizyjnego „Krzyku”. „Scream” zadebiutował na ekranach nagle, lecz niekoniecznie po diable.

scream-tv00

     Pierwszy odcinek serialu, „Red Roses”, rozpoczyna się sceną, w której rozpieszczona Nina Patterson wraca do domu z randki. Szykując się do kąpieli w wypasionym basenie, tańczy, podśpiewuje i rozmawia z przesłodzonym psiakiem, którego z łatwością zmieściłaby w torebce. Swawole kończą się, kiedy nastolatka odkrywa, że jest obserwowana. Podejrzewając, że padła ofiarą wygłupów ze strony ukochanego, zanurza się w jacuzzi, zupełnie ignorując coraz bardziej niepokojące SMS-y, w międzyczasie zalewające jej telefon. Nina zaczyna przypuszczać, że coś może być nie tak, gdy w jacuzzi pojawia się znienacka zdekapitowana głowa jej chłopaka. Na ratowanie życia jest już, niestety, za późno. Dziewczę zostaje zabite: tak przez swoją głupotę, jak i przez zamaskowanego maniaka w długim, czarnym płaszczu. Wieść o śmierci najpopularniejszej szkolnej lafiryndy szybko obija się o uszy głównych bohaterów, wśród których znajduje się Emma Duval, niepozorna panna, zdradzana przez swojego lubego. Licealiści proszeni są o zachowanie szczególnej ostrożności – morderca Niny wciąż jest bowiem na wolności. Z innymi problemami boryka się dawna przyjaciółka Emmy, Audrey Jenson. Dziewczyna została wyoutowana jako lesbijka na łamach popularnego serwisu internetowego i usiłuje odnaleźć się w niewygodnej sytuacji. Okazją do odreagowania stresu może okazać się wieczorna impreza, organizowana „ku pamięci” Niny…

Czytaj dalej Do you like scary TV shows? – recenzja 1. odcinka „Scream: The TV Series”