Filmowe podsumowanie 2015 roku: Rozgrzewka

            Końcowo roczne podsumowania i bilansy czas zacząć! Rozliczając się z filmami goszczącymi w kinach lub sklepach VOD w ciągu ostatnich dwunastu miesięcy, nie sposób nie zauważyć, że Anno Domini 2015 nad wyraz bogaty okazał się w pozycje reprezentujące szeroko pojętą fantastykę. Pomiędzy horrorami i produkcjami science-fiction (ostra promocja „Przebudzenia mocy” niejednemu kinomanowi zaszła z pewnością za skórę) uwagę zwracają filmy okołogatunkowe: rozkochany w VHS-ach „Turbo Kid”, diabelsko inteligenty „Faults” czy wreszcie szybki, wściekły i obłędny „Mad Max: Na drodze gniewu”. Niniejszy ranking kompletuje jednak listę tytułów będących stricte horrorami lub dreszczowcami. Pod ich kątem mijający rok okazał się zdumiewający.

2015

     O ile fakt górowania offu nad mainstreamem stał się w przypadku kina gatunkowego normą, o tyle liczba produkcji niezależnych mocno imponuje. Filmy Blumhouse Productions czy IFC Midnight wydawano z nadzwyczajną regularnością – ku uciesze wielu. Ciężko było trafić na tydzień bez premierowo prezentowanego horroru, nieważne jak niskobudżetowym projektem by nie był. W ten sposób 2015 stał się poniekąd rokiem kina grozy, zresztą bardzo zróżnicowanego. Hybrydy horroru i komedii, egzystencjalne dramaty z nutą grozy w tle, a nawet westerny o tematyce nadprzyrodzonej – wszystkiego tego mieli okazję doświadczać spragnieni wrażeń kinomani.

     Gatunkowy przegląd podzieliłem na trzy części, grupując filmy według poziomu wykonania. Nim przejdę do rankingów najlepszych i najgorszych tytułów roku, całość rozpocznę swoistą rozgrzewką – zestawieniem horrorów nijak plasujących się po żadnej z wymienionych stron, niezłych lub oscylujących na granicy przeciętności.

„Paranormal Activity: Inny wymiar”

PA-TheGhostDimension

     „Ghost Dimension”, choć nie został właściwie osadzony w wymiarze duchów, nadal jest bardziej rzeczową odsłoną serii „Paranormal Activity” niż części czwarta i „The Marked Ones”. Gregory Plotkin, montażysta związany z sagą od jej początków, próbował nakręcić horror inny niż pozycje go poprzedzające. W ten sposób Toby – demon straszący nas od blisko pięciu lat – stał się figurą niemal namacalną, a podjęte w prequelach, pogmatwane wątki znalazły swoje mniej lub bardziej satysfakcjonujące rozwiązanie. Szóstemu filmowi z paranormalnej serii przydałaby się w prawdzie diametralna zmiana metod straszenia (ileż można bać się własnego cienia?), to, co otrzymaliśmy od studia Blumhouse, powinno jednak zadowolić stałych fanów: finał „Innego wymiaru”, nawet zdradzony w połowie seansu, daje powody do krzyku.

„Unfriended”

Unfriended

     Opowieść o cybernawiedzeniu, w całości nakręcona za pomocą laptopów. „Unfriended” to film zbyt często oparty na manewrze kopiuj-wklej. Pod nowoczesną, cieszącą oko powłoką nie kryją się tu pokłady większej ambicji, ani nawet oryginalności. O przestępstwach komputerowych znacznie bardziej intrygująco prawił Zachary Donohue w swej offowej perełce „The Den” (#1 ubiegłorocznego zestawienia najlepszych horrorów). Internetową opowieścią ku przestrodze o większej sile rażenia okazał się z kolei niewiele starszy thriller „Megan is Missing”. Film Levana Gabriadze’a ma więcej do pokazania niż do powiedzenia, jest ciekawostką techniczną.

„Taśmy Watykanu”

VaticanTapes

     Z jednej strony – standardowy horror o opętaniu. Z drugiej – film oparty na dość nieszablonowym scenariuszu, chociażby w finale przywalający solidnym twistem. W „Taśmach Watykanu” sztampa i zaskoczenie przeplatają się ze sobą bujnie ku niezadowoleniu widza, który nijak nie wie, jak ustosunkować się do seansu. Wady niezdyscyplinowanego filmu złożyłyby się na długawą listę, warto jednak skupić się na pozytywnych stronach „Taśm…”. Najbardziej imponują estetyka obrazu, a także ścieżka dźwiękowa: prowadzona przez Gerardo Mateo Madrazo kamera czaruje eterycznością, a muzyka Josepha Bishary odwołuje się do klasyków kina egzorcystycznego. Ciekawymi okazują się także zarys osobowości głównej bohaterki (która w niczym nie przypomina stereotypowej ofiary demonicznych natarć) oraz nihilistyczne, złowieszcze zakończenie.

„Maggie”

Maggie

     „Maggie” odpowiada na pytanie, co by było, gdyby Terrence Malick wyreżyserował film o zombie. Zdjęcia Lukasa Ettlina w każdym niemal calu wypełnione są typowymi artystycznymi doktrynami twórcy „Drzewa życia”: zdominowane przez przenikliwy naturalizm, kręcone były głównie w malowniczych, eterycznych plenerach. Odniesień do Malicka można znaleźć więcej. Zupełnie jak żołnierze w „Cienkiej czerwonej linii”, Vogelowie muszą zmierzyć się ze światem, którego nie są w stanie kontrolować, ani nawet zrozumieć. Art-house’owa estetyka zdjęć Ettlina stanowi doskonałe tło dla głębokich rozważań nad wartością życia, a melancholijna tematyka filmu prowokuje do kontemplacji zarówno nad problemem eutanazji, jak i nad nieuleczalnymi chorobami, dziesiątkującymi ludzkość każdego roku. Niestety, „Maggie” nie urasta do rangi dziewięćdziesięciominutowej, celuloidowej medytacji – kilkadziesiąt pierwszych minut projektu bardziej niż aktywność umysłową wzbudza… ziew. Wstęp i pierwsza faza rozwinięcia filmu wynudzą nawet najbardziej cierpliwego kinomana: reżyser Henry Hobson narzuca „Maggie” ślamazarne tempo i stara się je skryć pod atrapami imponujących, panoramicznych ujęć.

„Poltergeist”/„Sinister 2”

Polterg-Sinist2

     Żaden z tych filmów nie jest choć w połowie tak mizerny, jak większość opinii sugeruje. Gil Kenan i Ciaran Foy nakręcili horrory w najlepszym wypadku przyzwoite, za to władające pewnymi niezaprzeczalnymi atutami, którymi pretensjonalni krytycy w znacznej mierze wzgardzili. W przypadku remake’u „Poltergeista” są to bez wątpienia imponujące efekty specjalne – nie tak czarująco old-schoolowe, jak u Tobiego Hoopera, za to przyprawiające o ciarki na plecach. „Sinister 2” najwięcej w oczach widza zyskuje dzięki sympatycznym bohaterom, do których łatwo się odnieść (patrz: postaci grane przez Shannyn Sossamon i Jamesa Ransone’a). Agresywna muzyka autorstwa duetu tomandandy napędza natomiast dynamizm sequelu – który grozę i suspens podmienił po części na akcję i efekciarstwo.

„Sweet Home”

Sweethome

     Da się zauważyć, że „Sweet Home” to horror wyprodukowany przez twórców kultowego „REC”. Film jest energiczny, potrafi trzymać (choć nie zawsze utrzymywać) w napięciu, cieszy oko solidnym gore oraz klaustrofobicznym miejscem akcji. Gdyby nie uczynił ze swojej centralnej bohaterki niewyobrażalnie tępej dzidy, można byłoby nazwać go bardzo udanym home invasion movie. Ciekawostka: „Sweet Home” to efekt kolaboracji Hiszpanów i Polaków, zrealizowany przy współpracy ze studiem Film Produkcja.

„Contracted: Phase II”

ContractedPhaseII

     „Contracted” Erica Englanda rozkręcał się powoli, budując napięcie i karmiąc widza tajemnicą. Był filmem wspaniale niedopowiedzianym, opartym na wrażliwości reżysera, akcentującym swoją socjologiczną problematykę – opowiadał w końcu o samonienawiści, samotności, rozpadzie ciała, ale i osobowości. „Phase II” jest antonimem stopniowego budowania nastroju grozy, a jego bohaterowie cierpią wyłącznie z powodu rozterek cielesnych. To film absolutnie inny niż jego prequel, chaotyczny i efekciarski; jest dzieckiem niekończących się błędów scenopisarskich. Znajdą się, oczywiście, i zalety reżyserowanego przez Josha Forbesa projektu: główny motyw muzyczny przyprawia o dreszcze, imponują efekty charakteryzatorskie Mayery Abeity oraz design sceny otwierającej film. Dwie kanie to jednak nie grzybobranie, a „Contracted: Phase II” nie zasługuje na opinię udanego horroru.

„Widzę, widzę”

WidzeWidze

     Zwiastun „Widzę, widzę”, jak u wielu zainteresowanych, zasiał we mnie ziarno niepokoju. Sam seans przyniósł niejako rozczarowanie. Wykonany artystyczną ręką film imponuje wprawdzie mocnym, nieprzewidywalnym finałem, lecz po drodze razi też niepotrzebnym i przerysowanym okrucieństwem. Europejskie kino grozy ma się dobrze, co nie zmienia faktu, że „Widzę, widzę” daleko choćby do „Wilkołaczych snów”.

„Porto dos Mortos” aka „Beyond the Grave”

PortoDosMortos

     Nieczęsto słyszy się o kryminalnym zombie horrorze z Brazylii. Gdy nadarzyła się okazja do obejrzenia tak unikatowej pozycji, skorzystałem z niej. „Beyond the Grave” (a właściwie „Porto dos Mortos”) swoją premierę miał już w 2010 roku i od tego momentu zaprezentowany został na… osiemdziesięciu festiwalach filmowych dookoła świata, między innymi w Sundance. Projekt przykuwa uwagę oryginalną fabułą – osadzony w czasach postapokalipsy, snuje historię mściwego oficera policyjnego, walczącego wprawdzie ze złem, lecz nie do końca reprezentującego sobą dobro. Pomimo uszczerbków w scenariuszu (tempo akcji nuży, a nagromadzenie wątków i bohaterów prowadzi donikąd), „Beyond the Grave” pozwala upajać się atrakcyjnymi dla oczu, ambitnymi zdjęciami oraz przyjemnie nihilistycznym posmakiem przedstawionej opowieści. Niestety, puenty czy głębszego przesłania nie ma się co w filmie Davi de Oliveiry Pinheiro doszukiwać.

„The Drownsman”

TheDrownsman

     „The Drownsman” to film, który irytuje – bynajmniej nie powolną akcją, bo ta jest całkiem wartka, ani nawet zdolnościami członków obsady, którzy spisują się tak dobrze, jak tylko w tego typu produkcji spisać się mogą. Film Chada Archibalda denerwuje, bo mógłby dać z siebie więcej. Niskobudżetowy slasher, przez niektórych skojarzony z kinem grozy złotych lat 80., nie wykorzystuje w pełni potencjału swojego scenariusza, choć Archibald umiejętnie operuje innymi ogniwami składającymi się na ogół projektu – dowodzi między innymi, że ma oko do efektów wizualnych.

„Headless”

HEadless

     „Headless” Arthura Culliphera – spin-off ubiegłorocznego „Found” – cechuje się ciężkim i uderzającym klimatem, bardzo przypominając brutalne tytuły sprzed lat: „Ostatni dom po lewej”, „Pluję na twój grób”. Wagę horroru podkreśla przede wszystkim industrialna muzyka, obijająca się o uszy niczym ciosy, świetnie współgrająca z ponurą atmosferą i szaloną nieprzewidywalnością kolejnych sekwencji scenariusza. Ta nieobliczalność swoje apogeum osiąga zwłaszcza w finale filmu, w którym głównej bohaterce przychodzi odnaleźć się pośród upiornych dźwięków organów, przy wyłożonym ściętymi głowami, uroczystym stole. Przyprawiający o gęsią skórkę surrealizm objawia się także w miarę rozwoju akcji: w kadrze kamery nieśmiało goszczą między innymi szkaradne drzewa dające plony gałek ocznych oraz kobieta-manekin bez twarzy. „Headless” jest godnym uwagi debiutem reżyserskim, choć brakuje mu głębi i inteligencji „Found” – to krwawy, sadystyczny shocker.

„Stung”

Stung

     Zmutowane osy atakują przyjęcie, a użądleni imprezowicze przeistaczają się w krwiożercze insekty. Ani to zabawne, ani – tym bardziej – budzące grozę. Przeraża za to wiara, że film z tak płaskim scenariuszem mógł wypalić – nawet jako creature feature. Szkoda Lance’a Henriksena, Matta O’Leary’ego i ich zmarnowanego zacięcia komediowego. Dzięki nim „Stung” trzyma pion. Ledwo…

„Lost After Dark”

Lostafterdark

     „Lost After Dark” – pomyślany jako throwback slasher – hołduje wszystkiemu temu, za co krytycy nienawidzą kina spod znaku maski i piły łańcuchowej, z niedopracowanymi postaciami i generalną pasywnością scenariusza na czele. Wiadomo jednak, że każda potwora znajdzie sobie amatora. Nie inaczej sytuacja wygląda w przypadku filmu Iana Kessnera. Pomimo poważnych uszczerbków merytorycznych (jak kompletne zmarnowanie potencjału ekranowego mordercy), obraz trafił do konkretnych grup odbiorczych, a niektóre z nich oczarował swą prostotą. Wynika to w dużej mierze z faktu niskiego popytu na slashery we współczesnym kinie, lecz nie tylko. Nawet nie będąc dziełem kompleksowo udanym, „Lost After Dark” potrafi widza zainteresować, a niekiedy go rozbawić i nim wstrząsnąć. Sceny jak ta, w której jeden z bohaterów ginie ręcznie „nawiercony” na metalowy świder, dowodzą wybujałej (i spaczonej) fantazji reżysera.

„I Survived a Zombie Holocaust”

ISurvivedAZH

     Nazwanie „I Survived a Zombie Holocaust” odpowiedzią na wczesne filmy Petera Jacksona to z jednej strony pójście na łatwiznę, z drugiej natomiast – oczywista konieczność. Obie produkcje powstały w odległej Nowej Zelandii, skąpane zostały w morzu czerwonej posoki i wykazują wysokie stężenie komicznością. Analogie pomiędzy obrazem Guya Pigdena a „Martwicą mózgu” nabierają rozpędu, gdy w kadrze pojawia się kozioł ofiarny, Wesley Pennington. Grana przez Harleya Neville’a niedołęga to wykapany, jacksonowski Lionel Cosgrove. Neville wie, jak wywołać salwy śmiechu samą chociażby mimiką twarzy, potrafi też zjednać sobie widzów (związkowi Wesleya i Susan nie da się nie kibicować!). Mimo to da się zauważyć, że „I Survived…” jest pierwszym pełnym metrażem w karierze Pigdena. Młodemu reżyserowi zabrakło odwagi, by wznieść swój projekt ponad poziom niewyszukanych żartów o gejach czy kobietach-kierowcach, brakło mu też budżetu, którym mógłby podciągnąć efektowność przyciągającej oko, krzykliwej całości.

„Some Kind of Hate”

SomeKindOfhate

     Kilka mocnych, bijących po mordzie scen, piaszczyste, brudne zdjęcia, socjologiczna problematyka. Przeciętna gra aktorów, scenariusz bez przekazu, pełen niedopracowanych postaci, z finałem wskazującym na brak wyraźnego protagonisty.

„Projekt Lazarus”

TheLazarusEffect

     Solidne kreacje aktorskie oraz klimatyczna gra świateł i cieni postawione zostają naprzeciw nudnych postaci i pozbawionego osobowości całokształtu projektu. Horror Davida Gelba wzbudza bardzo mieszane uczucia, a fakt, że sztab utalentowanych młodych filmowców nie potrafił wykrzesać z niego więcej, działa na jego niekorzyść.

„Something Wicked”

SomethingWicked

     Lekomanka, zachwiany student literatury angielskiej, gliniarz-zboczeniec, stalker. To tylko niektórzy z bohaterów filmu Darina Scotta „Something Wicked”. Jakiś potwór nadchodzi, by przewrócić życie protagonistów do góry nogami. A może już od dawna jest pośród nich? Osobliwe postaci służą za aktorów dziwowiska nawiązującego do utworów Williama Szekspira. Nawiązującego bardzo luźno i fragmentarycznie – na całe szczęście. Horror szekspirowski, choć nosi olbrzymi potencjał, nigdy właściwie nie ukuł swojego terminu. Gdyby któryś ambitny reżyser chciał mu dać początek, nie powinien być twórcą straszaka klasy „B”. Pod względem odniesień do twórczości Szekspira „Something Wicked” najbliższy jest chyba „Makbetowi”, który niejednokrotnie bywa zresztą wspominany przez uczestników fabuły. Nadmieniony wcześniej potwór to tak naprawdę jedna z głównych postaci, upadła moralnie i psychicznie. Scott nakręcił horror o niebezpiecznych żądzach, który choć szybko popada w niepamięć, przy pierwszym seansie intryguje i zapewnia odpowiednią dawkę rozrywki. Pod garścią błędów i ubytków kryją się tu zawiązki solidnego scenopisarstwa.

„Hayride 2”

Hayride2

     „Hayride 2” w reżyserii Terrona R. Parsonsa, kompletnie przegapiony przez fanów horroru, jest filmem nie tyle nie wartym uwagi, co nie potrafiącym sobie na uwagę zapracować. Parsons wie co nieco o kinie grozy, jak i o filmotwórstwie w ogóle. Jego sequel rozpoczyna się solidnie, momentami pięknie kadrując miejsce wydarzeń. Osadzając akcję w chłodnym, niewyremontowanym szpitalu, reżyser nawiązuje do klasyki gatunku. Następnie umiejętnie buduje napięcie i niepokoi scenami ucieczek ofiar przed mordercą. Jest upiornie, ale i odpowiednio krwawo. Czar pryska wraz z opuszczeniem przez kamerę lecznicy. Zbyt wiele czasu poświęcono niepotrzebnym flashbackom z prequelu, a kolejne wydarzenia dociągnięto do mety w ślamazarnym tempie. Pomimo obiecującego startu i kompetencji reżysera, „Hayride 2” okazał się horrorem przegadanym i przydługim.

„Crazy Bitches”

CrazyBitches

     Jane Clark, reżyserka i scenarzystka, wie, w jaki sposób pisać o kobietach, a w jaki nie. Żadna z jej bohaterek nie jest traktowana z pogardą, choć wszystkie, od pierwszych minut filmu, noszą etykietę suki. Kobiece boje ukazane zostają w „Crazy Bitches” pół żartem, pół serio, bo i sam projekt zaplanowany został jako tyleż zabawny, co poważny. Koniec końców „Crazy Bitches” formuje się w dwie osobne materie. Jest żeńskim, ulepszonym odpowiednikiem „Kissing Darkness”, slashera komediowego w reżyserii Jamesa Townsenda. Okazuje się też opowieścią o chorej przyjaźni, której emfatyczne przesłanie – próżność jest jak rak – niezbyt dobrze pasuje do ogólnego tonu filmu.

„Deathgasm”

Deathgasm

     Niedaleki krewny „Metalowej zemsty”, „Deathgasm”, zadowoli tylko mało wymagającą publikę. Film sprawdza się w swojej slapstickowej formule, oferuje też mnóstwo krwawej jatki. Imponują jednak wyłącznie praktyczne efekty gore, a te przeplatają się dość często z efektami komputerowymi. Scenariuszowi Jasona Leia Howdena brakuje niekiedy magnetyzmu, przez co film sporadycznie przynudza. „Deathgasm” to niezły midnight movie, wiemy jednak, że w dziedzinie komediowego splattera Nową Zelandię stać na znacznie więcej.

„Burying the Ex”

BuryingTheEx

     Flirt z popkulturą, zwłaszcza klasycznym kinem grozy, z trudem rekompensuje liczne wady filmu: błądzenie Joe Dantego między gatunkami, mizoginizm, bezbarwny scenariusz z egoistycznymi bohaterami na czele.

„Infini”

Infini

     „Infini” Shane’a Abbessa to absolutnie nieciekawa wizja przyszłości. Bardziej niż na zaintrygowaniu widza akcją skupiono się na dopieszczeniu strony audiowizualnej filmu, który koniec końców niemal w ogóle nie angażuje – nawet w co bardziej dynamicznych scenach. Wątpliwości budzą też nadmierne inspiracje reżysera. Jego film to miszmasz „Ukrytego wymiaru” i „Ostatnich dni na Marsie”.

     Inne warte odnotowania tytuły: „Knock Knock”, „Naznaczony: rozdział 3”„Klaun”, „Anioł śmierci”, „All Hallows’ Eve 2”, „Gravy”, „Bound to Vengeance”, „Demonic”, „Tajemnica Instytutu Atticus”.

Advertisements

9 myśli nt. „Filmowe podsumowanie 2015 roku: Rozgrzewka”

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s