Kalifornijska masakra wielką agrafką. [„Killer Workout”, 1987]

         Niunie w stringach zaciągniętych prawie pod same uszy poruszają się w rytm synthpopowych kawałków, prężąc przy tym symetryczne, wyrzeźbione ciała. Od doskonalenia sylwetek nie odciągnie ich nic: ani seksualnie wygłodniali pakerzy topiący spojrzenia w ich poodsłanianych dekoltach, ani nawet grasujący na siłowni maniak, wybijający klientów przy użyciu… agrafki. Tak, „Killer Workout” to gratka dla miłośników filmowego kiczu. Kiczu na sterydach.

kw4

     Panienki w kusym spandeksie z pewnością ucieszą męskie oko. Jeśli zaś preferuje ono inne widoki, zadowolić powinny je sceny z udziałem kulturystów i sztangistów w obcisłych podkoszulkach. Gorgiasz mawiał, że doznania wzrokowe kształtują duszę. „Killer Workout” (czy też „Aerobi-cide”) nie powstał jednak, by zaspokoić pragnienia widza o zapędach filozoficznych. To ociekający erotyzmem slasher, w którym gibkie bohaterki wiją się na podłodze przy aerobach, a umięśnieni bohaterowie toną we własnym pocie przerzucając żelastwo.

Czytaj dalej Kalifornijska masakra wielką agrafką. [„Killer Workout”, 1987]

„We’re all on the same endless highway”. [„Southbound”, 2015]

          „Żale i wyrzuty sumienia. Pokuta i rekompensata. Takie już jest to nasze życie, prawda?” Tymi słowami wita nas Larry Fessenden jako tajemniczy radiowy DJ, jeden z bohaterów antologii grozy „Southbound”. Potem każe nam pocałować przeszłość na pożegnanie, zamknąć drzwi samochodu i palić gumę jak diabli. W aucie towarzystwa dotrzymuje nam blisko tuzin barwnych i nie mniej zagadkowych postaci – protagonistów kolejnych segmentów składających się na rozczłonkowaną historię. Tylko czy „protagoniści” to adekwatne słowo?

southbound2

     Na „Southbound” złożyło się w sumie pięć kilkunasto-, kilkudziesięcio minutowych opowieści. Nie są one w pełni od siebie wyodrębnione, większość z nich z każdą inną łączy choćby najmniejszy szczegół. Szukanie odpowiedzi, o jaki detal chodzi, leży już w interesie widza – i na tym polega cała zabawa.

Czytaj dalej „We’re all on the same endless highway”. [„Southbound”, 2015]

Twój film jest abominacją! [„Skowyt 2: Twoja siostra jest wilkołakiem”, 1985]

            Anno Domini 1985 nie zaznaczył się w kartach filmowego horroru jako rok nadzwyczaj szczęśliwy. W kinach obok takich hitów jak „Postrach nocy” gościło badziewie: „Ghoulies”, „Wzgórza mają oczy II”. „Skowyt 2: Twoja siostra jest wilkołakiem”, wydany cichaczem przez upadłe dziś studio Hemdale, budzi z kolei pogardę jako projekt artystycznie wybebeszony, choć jego status podręcznikowego filmu typu „so bad it’s good” zdołał na przestrzeni lat zjednać wielu. Christopher Lee przepraszał za swój występ w sequelu i – przy całym szacunku dla mistrza, który w latach 80. zwyczajnie się wykoleił – trudno mu się dziwić.

Stirba1

     Nadchodzą dziesięciotysięczne urodziny Stirby (Sybil Danning) – możnej i piersiastej wilkołaczycy o biseksualnych zapędach. Z tej okazji do jej zamczyska w Transylwanii przybywają likantropy z całego świata, wśród nich erotycznie wygłodniała Mariana (Marsha Hunt). Nimfomanka gościła na pogrzebie tragicznie zmarłej dziennikarki Karen White, gdzie wzbudziła zainteresowanie brata nieboszczki, Bena (Reb Brown). Od innego tajemniczego intruza (Lee) Ben dowiaduje się, że jego siostra padła ofiarą potwornej klątwy. Obaj ruszają do Rumunii, by pomścić śmierć Karen i nie dopuścić do bestialskiego świętowania obchodów Festiwalu Księżyca. W wyprawie towarzyszy im słodka, czcza blondyneczka (Annie McEnroe).

Czytaj dalej Twój film jest abominacją! [„Skowyt 2: Twoja siostra jest wilkołakiem”, 1985]

Love hurts. [„Walentynki”, 2001]

        Zbliża się święto zakochanych. Maniak w cherubinowej masce poluje na grupę zaprzyjaźnionych piękności. Kate jest cnotliwa i czysta jak łza. Dorothy – zagubiona, niepewna siebie. Paige – absolutne przeciwieństwo koleżanek – to wyrachowana seksbomba. Lily wie, jak czarować dowcipem, a Shelley przyćmiewa resztę intelektem. Kobiety obawiają się o swoje życie: każda z nich otrzymuje walentynkowe kartki z pogróżkami. Gdy jedna z panien pada ofiarą straszliwego mordu, do akcji wkracza nieulękły detektyw. Jego śledztwo otwiera bohaterkom oczy. Odpowiedzialny za całe zamieszanie może być Jeremy Melton – niegdysiejszy szkolny oferma, boleśnie upokorzony podczas organizowanej z okazji walentynek potańcówki.

Valentine2001 1

     W „Walentynkach”, inaczej niż innych okołomilenijnych slasherach pokroju „Krzyku”, zabrakło miejsca na ironię i autoreferencję. Jamie Blanks („Ulice strachu”) nakręcił horror wolny od okowów postscreamowej konwencji: nie ma w nim miejsca na rzucanie nazwiskami ikon kina grozy, przygasła jest także szydera z gatunkowej prostoduszności. Zamiast chichrać się z własnej pracy Blanks stawia na budowanie sugestywnego klimatu. „Walentynki” mogą wydać się niektórym widzom dziełem infantylnym i operującym najprostszymi schematami. Nie powinny jednak zbudować takiego wizerunku w oczach fanów horroru, a to do nich projekt jest skierowany.

Czytaj dalej Love hurts. [„Walentynki”, 2001]

Wrzenie wewnętrzne. [„Cabin Fever”, 2016]

          Ujęcie z lotu ptaka: srebrny samochód płynie otoczoną lasami drogą, niesiony falami zimnej, pompatycznej muzyki. Obecni w nim pasażerowie w najśmielszych snach nie przypuszczaliby, z jakim horrendum przyjdzie im się zmierzyć. Nie da się ukryć: „Cabin Fever” Travisa Zariwny’ego rozpoczyna się jak „Lśnienie”. Kubrickowską ręką wykonany jednak nie jest; przeciwnie – niekiedy razi niedbalstwem i brakiem reżyserskiego wyczucia. Choć odświeżonej wersji „Śmiertelnej gorączki” Eliego Rotha daleko do dobrego kina, nie należy z góry spisywać jej na straty. Standardowo remake horroru skazano na najgorsze cięgi tylko dlatego, że jest remakiem horroru. Czy krytyk filmowy nie powinien przejawiać większej otwartości umysłu?

CabinFever1

     Piątka studentów przybywa do wynajętego leśnego domku. Chcą palić zioło i gzić się po kątach, nie chcą zaprzątać sobie głów codziennymi sprawunkami. Nie odstrasza ich od realizacji tego planu nic: ani gryzące dzieci upiornych, wsiowych sklepikarzy, ani brak zasięgu sieci telefonicznej, ani nawet wściekły, mięsożerny wirus, skrywany za pozorną idyllą śródleśnej głuszy… Fabularnie remake „Cabin Fever” nader przypomina oryginał Rotha: w scenariuszu filmu nie dokonano niemal żadnych zmian. Jest więc pod względem innowacji i kreatywności film Zariwny’ego cienki jak barszczyk – w znacznej mierze. Udało się jednak twórcom wkraść w łaski widza za pośrednictwem gromkiego soundtracku oraz przyciągających zdjęć. „Śmiertelna gorączka” Rotha sprawiała wrażenie na wpół amatorskiego projektu DIY. Remake wykonano konstruktywniej: muzyka jest ostra, industrialna, a kadry zaskakująco panoramiczne. W niezależnym horrorze znalazło się miejsce na pewną dozę awangardy, umiejętnie potęgowaną zwłaszcza przez zmyślną ścieżkę dźwiękową. Podkład muzyczny jest najsilniejszym elementem „Cabin Fever”. Skrzypcom i anielskim ansamblom towarzyszy permanentny, psychodeliczny stukot i łomot. Eksperymentalna, krnąbrna muzyka Kevina Riepla („Contracted”) tylko epizodycznie sprawia wrażenie niedopasowanej do akcji.

Czytaj dalej Wrzenie wewnętrzne. [„Cabin Fever”, 2016]

Hrabia sfatygowany. [„Drakula 3D”, 2012]

         Włochy były swego czasu sercem europejskiego kina, a w gatunku filmu grozy – jego wizytówką. Rozmiłowani w horrorze maniacy na nowe produkcje Mario Bavy czy Lucio Fulciego wyczekiwali z wypiekami na twarzy. Emocje większe niż wymienieni artyści wzbudzał już tylko Dario Argento, twórca tak kultowych pozycji jak „Suspiria” czy „Głęboka czerwień”. W najpłodniejszym dla siebie okresie kinematografia włoska płodziła po czterysta filmów rocznie. Sam ojciec chrzestny giallo, jak zwykło się określać Argento, tylko w 1971 wydał dwa pełne metraże. Dziś tytułów made in Italy powstaje w ciągu roku kilkunastokrotnie mniej, a reżyserzy jak Lamberto Bava i Luigi Cozzi lamentują, że ciężko jest Włochom kręcić horrory. W przypadku Argento – którego ostatni film, „Drakula 3D”, będzie obiektem niniejszej recenzji – sytuacja się komplikuje. Włochowi, owszem, tworzy się niełatwo, bo na realizację jego projektów przeznacza się od ponad dekady przysłowiowe grosze. Druga strona medalu jest taka, że Argento – niegdyś gatunkowy tytan, obecnie reżyser sfatygowany – marnotrawi nawet najniższe budżety.

dracula3d

     Historię Drakuli zna każdy. Wschodnioeuropejskiego arystokratę odwiedza Jonathan Harker, młody notariusz, narzeczony pięknej Miny. Hrabia, będący wampirem i postrachem okolicznej wioski, postanawia zdobyć dziewczynę, jako że przypomina mu zmarłą wieki temu żonę. Argento, obstając przy klasycznym szkielecie fabularnym, nadaje opowieści inny niż można by się spodziewać ton. Jego filmu nie porównamy do horrorów ze stajni Hammera. Bliżej mu do „Krwi dla Draculi”, wyprodukowanego przez Andy’ego Warhola pastiszu kina wampirycznego, który ociekał tandetą i seksem, a jednocześnie zachwycał wysublimowaną formą. Bliżej, lecz nie całkiem blisko. „Drakuli 3D” brakuje warholowskiego, kiczowato-artystycznego kroju. W filmie roi się od golizny i przemocy, całość jednak jarmarcznie wykrzyczano, nie nadając jej jarmarcznej poezji. Patową sytuację ratuje poniekąd obsadzony w roli tytułowej Thomas Kretschmann, którego kuriozalna, wymruczana kreacja – mimo że drętwawa – może być uznana za najmocniejszy punkt projektu. Kretschmann, kiedy tylko kusząco nie pomrukuje, niezbyt pokaźny czas ekranowy spędza na objawianiu grymasów, sugerujących osiąganie mikroorgazmów. Dla takiego krwiopijcy warto zostawić uchylone okno.

Czytaj dalej Hrabia sfatygowany. [„Drakula 3D”, 2012]