Kalifornijska masakra wielką agrafką. [„Killer Workout”, 1987]

         Niunie w stringach zaciągniętych prawie pod same uszy poruszają się w rytm synthpopowych kawałków, prężąc przy tym symetryczne, wyrzeźbione ciała. Od doskonalenia sylwetek nie odciągnie ich nic: ani seksualnie wygłodniali pakerzy topiący spojrzenia w ich poodsłanianych dekoltach, ani nawet grasujący na siłowni maniak, wybijający klientów przy użyciu… agrafki. Tak, „Killer Workout” to gratka dla miłośników filmowego kiczu. Kiczu na sterydach.

kw4

     Panienki w kusym spandeksie z pewnością ucieszą męskie oko. Jeśli zaś preferuje ono inne widoki, zadowolić powinny je sceny z udziałem kulturystów i sztangistów w obcisłych podkoszulkach. Gorgiasz mawiał, że doznania wzrokowe kształtują duszę. „Killer Workout” (czy też „Aerobi-cide”) nie powstał jednak, by zaspokoić pragnienia widza o zapędach filozoficznych. To ociekający erotyzmem slasher, w którym gibkie bohaterki wiją się na podłodze przy aerobach, a umięśnieni bohaterowie toną we własnym pocie przerzucając żelastwo.

     Postaci nieugięcie wracają na siłownię nawet wówczas, gdy ta spływa krwią entej ofiary tajemniczego mordercy. Takiego zaangażowania można im pozazdrościć! David A. Prior (kultowy „Żywy cel”) wiedział, jak trafić do widza – tego zakochanego we wspomnianym kiczu, oczywiście. Gdy już oddani codziennym treningom protagoniści odstawiają hantle, otwierają usta i hipnotyzują głupotą. Napisane przez reżysera dialogi czarują nonsensem. „Nie rwij mi kobiety!”, wykrzykuje jeden narwany drągal do drugiego, ledwie go zauważywszy. Chuck (Ted Prior), faktycznie, przystawiał się do ukochanej Jimmy’ego (Fritz Matthews); zazdrośnik nijak jednak nie mógł tego widzieć. W innej scenie ponętna kocica zaprasza półnagiego dryblasa na przejażdżkę kabrioletem, w domyśle mającą zakończyć się dzikim seksem. Mężczyzna przystaje na jej propozycję. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby ów osiłek nie przystąpił pięć minut temu do pierwszego dnia w nowej pracy.

kw3

     Gdyby mielizny sytuacji ekranowych przeliczyć na kilogramy, uzbierałoby się ich tyle, że w spalaniu scenariuszowego sadła nie pomogłyby najskrupulatniej opracowane plany treningowe. Widowni nie doszukującej się w horrorze o tytule „Aero-bójstwo” logiki i polotu nie powinien ten fakt zrażać. Odbiorcę ciut bardziej konserwatywnego w swoim podejściu do kina (nawet tego niezobowiązującego) ucieszy gorący soundtrack oraz pokaźny body count. U stóp zabójcy pada tuzin trupów, niekiedy tylko szlachtowanych poza kadrem kamery. Na ścieżce dźwiękowej znalazły się natomiast zapomniane electropopowe szlagiery od Donny De Lory czy Roberta Michaelsa. „Only you tonight! Come play with me inside the fire…” Nogi same zrywają się do tańca!

     Kto by pomyślał, że tani slasher, nakręcony u schyłku ery VHS, by zarobić kilka dolarów, po latach stagnacji wydany zostanie na odpicowanym dysku Blu-ray. „Killer Workout” to film, który najlepiej podsumować nadając mu fanowski, mash-upowy tytuł: „Flashdance the 13th”. „Klasa” sama w sobie.

kw1

     Recenzja znajduje się także na stronie filmweb.pl, pod niniejszym odnośnikiem. Zapraszam do śledzenia swojego profilu w tym serwisie.

05

Advertisements

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s