Krótka piłka: „The Neighbor” [2016]

     Kiedy portale filmowe po raz pierwszy zaczęły zapowiadać nowy projekt Marcusa Dunstana, „The Neighbor”, uznałem, że reżyser raz jeszcze próbuje skapitalizować sukces swoich poprzednich prac. „Kolekcjoner” i jego prequel wyewoluowały w końcu na podwalinach nienakręconych kontynuacji serii „Piła”, która sama w sobie dała Dunstanowi sławę. Zalążek fabuły aż nadto świadczy tu o komitywie sąsiedzko-kolekcjonerskiej: oto Josh Stewart, jako mężny, choć moralnie ambiwalentny bohater, dowiaduje się, że w piwnicy mieszkającego naprzeciw dziwaka przetrzymywani i zabijani są niewinni ludzie. Brzmi znajomo, prawda? Jednak, gdy zestawimy ze sobą dwie pozycje – „The Collector” oraz „The Neighbor” – próbę sił przejdzie pierwszy z tytułów. Film o morderczym sąsiedzie, choć trwa mniej niż półtorej godziny, potrzebuje niemal czterdziestu minut, by na dobre się rozkręcić. Nim to następuje, wyróżniają go miałkość i anemia scenariusza. Potem z marazmu wyciągać ma widzów niemrawy Stewart, którego całym planem na ratunek uciemiężonych jest krycie się przed zagrożeniem. W ostatnich minutach w „The Neighbor” wpojona zostaje pewna dawka suspensu i nęcąco skrojonej akcji, lecz ogół projektu ciężko ocenić pozytywnie. Nie pomagają w tym ani atrakcyjne zdjęcia i sugestywne oświetlenie planu, ani mniej lub bardziej oczywiste odniesienia do lepszych filmów reżysera.

theneighbor2016

4 i pol

Found footage 3.0. [„Blair Witch”, 2016]

     Gdy James Donahue trafia w sieci na klip rzekomo kręcony w niesławnych lasach opodal Burkittsville, jest w szoku. Dałby sobie uciąć rękę, że na ułamek sekundy pojawia się w nim jego siostra Heather, która dwadzieścia lat temu przepadła bez śladu. Heather wyruszyła w okolice Burkittsville, chcąc zrealizować dokument o legendarnej wiedźmie. Dopięła swego, lecz szokujące, odnalezione w niejasnych okolicznościach nagranie ma – zdaniem wielu – stanowić spojrzenie na ostatnie momenty jej życia. James nie daje wiary tym spekulacjom. Zbiera ekipę bliskich przyjaciół i podąża do Maryland. Ukochana chłopaka, Lisa, widzi w tej wyprawie punkt wyjścia dla własnego filmu dokumentalnego. Mroczne lasy, w których na przestrzeni dekad dochodziło do zaginięć i rytualnych mordów, przyprawiają bohaterów o zimny dreszcz. Jak się okazuje, nie bez powodu.

blairwitch3

     Kiedy w 1999 roku „The Blair Witch Project” wchodził na ekrany kin, stanowiło to wydarzenie bez precedensu. Horrorowi niezależnemu, kosztującemu sześćdziesiąt tysięcy marnych dolców zapewniono wtedy kampanię reklamową, która zapisała się w kartach historii kinematografii. Skromny projekt found footage miał przedstawiać historię autentyczną, grający w nim „aktorzy” mieli być od dawna martwi. Widzowie kupili tę bajkę, a film zainkasował w sumie ćwierć miliarda dolarów; Eduardo Sánchez i Daniel Myrick wiedzieli, jak pociągać za marketingowe sznurki. Wyreżyserowany przez Adama Wingarda „Blair Witch” – bodaj najgorętsza premiera trwającego roku – także zagościł w kinach w atmosferze sporego zaskoczenia. Nikt nie spodziewał się, że drugi sequel kultowego horroru (pierwszego nie warto wspominać…) kiedykolwiek ujrzy światło dzienne. Zwłaszcza, że studio Lionsgate do ostatnich chwil obstawało przy promocji nie „Blair Witch”, a „The Woods”, pod jakim to tytułem trzymano kontynuację w tajemnicy.

Czytaj dalej Found footage 3.0. [„Blair Witch”, 2016]

„In Hell everybody loves popcorn”. [„31”, 2016]

     W scenie inaugurującej „31” – długo oczekiwany horror od zmartwychwstałego studia Saban Films – poznajemy Doom-Heada (Richard Brake), kościstego mężczyznę o nieprzyjemnym spojrzeniu i wymalowanej, bladej twarzy. Snuje on blisko pięciominutowy monolog, który, jak się okazuje, kierowany jest do spętanego pastora. Łamiąca czwartą ścianę narracja przemienia się w wymianę słów oprawcy i jego świętojebliwej ofiary. Doom-Head, nieczuły na błagania klechy o życie, rąbie jego ciało kiepsko zaostrzoną siekierą, zapewne mając dość płaczów i kwileń. Scena dobiega końca, a w kadrze pojawiają się vintage’owe ujęcia kręcone w formacie 8 mm. Opatrzone zostają napisami: „a Rob Zombie film”.

31-5

     Charakteryzacja Brake’a, prowadzenie postaci, fragmenty dialogowe („w piekle wszyscy uwielbiają popcorn!”) i stylistyka w ogóle od pierwszych sekund podpowiadają, że oglądamy film Roba Zombiego – zdaniem wielu, naczelnego wodza kina niskich lotów. Nigdy nie zrozumiem, dlaczego facet będący głównym i wspaniałym karmicielem współczesnej sceny horroru ściąga na siebie tak wiele awersji. Na głowę reżysera co rusz wylewa się wiadro gówna. Krytykuje się go za dosadne, soczyste dialogi lub korzystanie ze współpracy aktorów charakterystycznych i zaufanych, co jest przecież modus operandi powszechnie cenionego Quentina Tarantino. Stali malkontenci wciąż nie zwrócili uwagi na fakt, że nie ma poza Zombiem drugiego filmowca tworzącego throwback horrory udane tak estetycznie, jak i merytorycznie. Nie trafiła się, jak dotąd, w filmografii Amerykanina porażka – nie była nią nawet napędzana tanim seksem animacja o przygodach El Superbeasto. „31”, podobnie jak najlepszy projekt Zombiego – „Dom tysiąca trupów”, pozostaje tytułem niezrozumianym, na siłę znienawidzonym.

Czytaj dalej „In Hell everybody loves popcorn”. [„31”, 2016]

Absurda. [„Antibirth”, 2016]

     Młodzi reżyserzy dmuchają często na zimne – aby nie podpaść widzom i nie zawieść oczekiwań producentów wolą kręcić filmy ugrzecznione, by nie napisać bezpieczne. Inaczej swój debiut zaplanował krnąbrny Amerykanin Danny Perez, dotychczas znany jako autor teledysków. Jego pierwszy pełny metraż, „Antibirth” – w lipcu pokazany widzom Nowych Horyzontów – przenosi nas do świata rozdygotanych teleewangelistów, pstrych maskotek faszerujących kobiety narkotykami, porodów wydających na świat same tylko głowy. Nazwanie „Antibirth” filmem oryginalnym byłoby sporym niedopowiedzeniem. Perez skonstruował celuloidową bombę, której wybuchu nie jesteśmy w stanie przewidzieć.

antib2

     Jak każdy materiał wybuchowy, jest „Antibirth” kompletnie nieobliczalny. Główną bohaterkę filmu, Lou (Natasha Lyonne, „All About Evil”), poznajemy, gdy atakuje powietrze zaciśniętą pięścią w rytm punkowego brzmienia. Kobieta mieszka w baraku, nie cierpi dorosłego życia, a dni spędza najchętniej na ładowaniu w siebie środków odurzających. Jej najlepszymi przyjaciółkami są fajka wodna oraz odrobinę lepiej zorganizowana życiowo Sadie (Chloë Sevigny, „AHS”). Nędzarska idylla kończy się, gdy ciało Lou zaczyna nabierać ekstremalnie brzemiennych kształtów. Wiele wskazuje na to, że w przeciągu tygodnia narkomanka zostanie matką. Jest tylko jeden problem: Lou od miesięcy nie zaznała miłosnego uniesienia.

Czytaj dalej Absurda. [„Antibirth”, 2016]

Under the neon skin. [„Neon Demon”, 2016]

     Jesse (Elle Fanning), szesnastoletnia sierota marząca o zaistnieniu w modelingu, pojawia się w Los Angeles. Dziewczyna jest cnotliwa, naiwna, słodka jak deser; zdawać mogłoby się, że tyleż słoneczne, co zgniłe Miasto Aniołów pożre ją żywcem i wypluje jej kościec. Nic bardziej mylnego. Jesse rozpala swoją obecnością nawet najmroczniejsze, najbardziej szemrane atelier, zyskuje uznanie fotografów, a z czasem staje w centrum uwagi świata modelek. Popularność konkurentki psuje szyki grupce okrutnych, dwudziestoparoletnich piękności, które miesiące świetności mają już za sobą. Między młodymi kobietami narasta eufemiczny konflikt, stanowiący pożywkę dla neonowego demona.

tnd3

     Czy tytułowy „The Neon Demon” jest choćby spirytualnym bohaterem najnowszego filmu Nicolasa Windinga Refna – ciężko powiedzieć. Równie bardzo jak niezmaterializowanym, aluzyjnym bytem może okazać się metaforą dla utraty niewinności i zdziczenia wśród ludzi. Siła pierwszego w karierze Refna horroru tkwi w jego elastyczności: duński reżyser nie steruje widzem jak marionetką, pozwala mu odebrać film na wielu płaszczyznach, usnuć własną interpretację przedstawionej historii. „Neon Demon” może stanowić przewrotne, neopogańskie spojrzenie na opowieść Kopciuszka. Może, lecz nie musi.

Czytaj dalej Under the neon skin. [„Neon Demon”, 2016]