Dwója! Lufa! Zero! [„The Final Project”, 2016]

     W niewielkiej mieścinie na krańcu Luizjany znajduje się rzekomo nawiedzony dom, słynny na cały stan. Posiadłość stoi na gruncie dawnej plantacji, która – według legend – była milczącym świadkiem okrucieństw wojny secesyjnej. Posępna atmosfera miejsca budzącego postrach wśród okolicznych wieśniaczków ucieszy szóstkę irytujących studentów. Młodzi, by zdać zajęcia filmowe, muszą nakręcić inspirujący dokument. W domu, w którym przed laty brutalnie wymordowano ponoć oddział konfederatów, bohaterowie widzą plan zdjęciowy.

thefinalproject1

     „The Final Project” – jeszcze jeden rip-off kultowego „Blair Witch Project” – powstał z inicjatywy byłego korposzczura. Pochodzący z Church Point Taylor Ri’chard nie powinien nazywać się reżyserem, choć porzucił pracę w korporacji, by dogonić marzenia o błysku fleszy i powszechnym uznaniu. Ani popularność, ani tym bardziej sukces artystyczny mu nie grożą: jego debiutancki film niepowszechnie uchodzi za jeden z największych gniotów dobiegającego końca roku.

Czytaj dalej Dwója! Lufa! Zero! [„The Final Project”, 2016]

Reklamy

Pozorna idylla. [„What We Become” aka „Sorgenfri”, 2015]

     Osiedlem Sorgenfri wstrząsają okropne doniesienia: jego mieszkańcy poddani zostaną bezwzględnej kwarantannie, ponieważ w okolicy nastąpił nagły wybuch tajemniczej epidemii. Nie wiadomo, jaki wirus dziesiątkuje do niedawna idylliczne sąsiedztwo; wiadomo, że życiu wciąż ocalałych ludzi zagraża śmiertelne niebezpieczeństwo. Gustav Johannson (Benjamin Engell) i jego koleżanka Sonja (Marie Hammer Boda) chcą wydostać się z wyizolowanej suburbii, lecz teren strzeżony jest przez uzbrojonych żołnierzy.

whatwebecome1

     „What We Become” w reżyserii Bo Mikkelsena obwołano jako pierwszy zombie horror produkcji duńskiej, chociaż inny powstały na terytorium Królestwa Danii film grozy o pokrewnej tematyce, „Opstandelsen”, widzieliśmy sześć lat temu. Na gatunkowe kuzynostwo można przymknąć oko; w dobie popytu na seriale takie jak „The Walking Dead” czy „Ash kontra martwe zło” nieumarli „przeżywają” przecież drugą młodość. Problemem – przynajmniej dla niektórych widzów – okaże się fakt, że fabularnie też nie ma tu miejsca na oryginalność: film mocno przypomina choćby lipcowy thriller „Viral”, wydany przez Blumhouse Productions. Ja sam uznaję wszakże, że jest to bodziec do radości.

Czytaj dalej Pozorna idylla. [„What We Become” aka „Sorgenfri”, 2015]

Milczenie jest złotem. [„Hush”, 2016]

     Maddie (Kate Siegel) jest młodą, głuchoniemą pisarką. Mieszka w domu pośrodku niczego, a kontakt zdaje się utrzymywać jedynie z parą najbliższych przyjaciół. Pomimo niepełnosprawności, kobieta doskonale radzi sobie z najcięższymi wyzwaniami. Nie wie o tym szaleniec (John Gallagher Jr.), który widzi w Maddie doskonałą ofiarę psychologicznych gier i zastraszań. Uzbrojony w łuk maniak chce, by samotna mistrzyni pióra skuliła się przed nim w przerażeniu. Osaczona, kryjąca się w ciemnej posiadłości Maddie nie podda się jednak bez walki. Jej pisarskim modus operandi są twisty fabularne. Skutki starcia z chorym emocjonalnie łucznikiem okażą się bardziej niż zaskakujące.

hush03

     „Hush” już przed premierą uchodził za film skazany na sukces. Jego reżyserią zajął się Mike Flanagan, twórca eterycznej, niedopowiedzianej „Absentii” oraz inspirowanego sztuką Lovecrafta „Oculusa”. Obie pozycje zebrały świetne recenzje, a Flanagana z undergroundowego artysty przeobraziły w ulubieńca fanów kina gatunkowego. Pochodzący z Salem reżyser, choć wciąż zadziwia, kieruje się wyraźnym schematem koncepcyjnym. W jego filmach zło zarysowuje się jako nowotwór, na który nie ma lekarstwa. Na pytanie, dlaczego w ogóle istnieje, nie doszukamy się odpowiedzi. Te tropy znalazły swoje miejsce także w „Hush”, którego antybohater – brutalny zabójca – nie wykazuje żadnych motywów działania. Bezsens sytuacji, w jakiej przyszło znaleźć się Maddie, porywiście napędza grozę filmu.

Czytaj dalej Milczenie jest złotem. [„Hush”, 2016]

Niełatwe powroty. [„Jack Goes Home”, 2016]

     Twórcy hitowego telewizyjnego tasiemca mieli rację – życie jest nowelą, i przyjazną, i wrogą. Wie o tym Thomas Dekker, niezgorszy aktor oraz reżyser-nowicjusz, którego autorski film, „Jack Goes Home”, tonie w soap operowej specyfice.

jackgoeshome2

     Oto tytułowy bohater (Rory Culkin, „Shut In”) powraca w rodzinne strony na wieść o śmierci ojca. To nie koniec nieszczęść. W ciągu tygodnia do niedawna zadowolony z siebie narcyz usłyszy kilka bolesnych słów od ukochanej, wda się w spór z matką (Lin Shaye) oraz – przede wszystkim – odkopie zagrzebane przed laty rodzinne sekrety. Tych ostatnich najlepiej byłoby nie ruszać… „Jack…”, biorąc pod uwagę, jak życiowym ma być filmem, okazuje się też dziwnie bezemocjonalny. Niektórych widzów to ucieszy – horror, zainicjowany jako odpowiedź na depresję scenarzysty/reżysera, tonie w mroku i apatii. Przyglądając się opowieści Dekkera z mniej empatycznego punktu widzenia, możemy dostrzec materiał pasywny i zwyczajnie nieciekawy. I choć, faktycznie, „Jack Goes Home” wykazuje letargiczny charakter, wzmagany przez bezmiernie obojętną kreację pierwszoplanową, prezentowane na ekranie wydarzenia nigdy jednak nie nudzą. Największą zaletą projektu staje się w pewnym momencie towarzysząca mu aura niepokoju. Jack doświadcza obłędnych, surrealistycznych wizji, których nieprzewidywalność podnosi rozrywkowy walor filmu.

Czytaj dalej Niełatwe powroty. [„Jack Goes Home”, 2016]

Krótka piłka: „Lament” [2016]

     Od momentu swojej premiery na festiwalu w Cannes „Lament” w reżyserii Hong-jin Na zbiera znakomite recenzje. Prosta, wydawałoby się, historia południowokoreańskiego miasteczka, którego mieszkańcy zapadają na tajemniczą chorobę, tak naprawdę stanowi plątaninę wątków i zagadek – czerpie z horrorów religijnych oraz kryminalnych dreszczowców, jawi się jako bipolarna. W euforii zachwytów porównano już „Lament” do klasyków Williama Friedkina czy Davida Finchera. I choć pochodzący z Seulu Na daje nam powody, by podziwiać jego warsztat reżyserski, nie jest „Gokseong” kinem zasługującym na pełnię uznania. Scenariusz filmu wyznacza zbyt szerokie pole do interpretacji. Twórca „Morza Żółtego” stawia na przesyt: wprowadza i porzuca kolejne postaci, w jednej chwili nasyła na nie ciągnącego za sobą nogę nieumarłego, by chwilę potem odprawić orientalne egzorcyzmy (obłędne sceny rytuałów to niemniej najlepsze momenty filmu). Na finał projektu zdaje się mieć kilka pomysłów. Słowem: mąci w głowach. Nie oznacza to, że tytuł jest tu adekwatny do uczuć, jakie „Lament” wzbudza; urzekają w produkcji Hong-jin Na choćby realistyczne efekty gore oraz biegły, ekspresywny montaż. Śladowy dynamizm „Gokseong” oraz rozległy czas trwania niezbyt dobrze współgrają jednak z lichej próby scenariuszem i niezłą, w najlepszym wypadku, kreacją centralną. Do-Won Kwak bardziej aktorzy niż gra na serio; znacznie lepiej odnajduje się przed kamerą czternastoletnia Hwan-hee Kim.

lament1

05

Przez dziurę w ścianie. [„Under the Shadow”, 2016]

     Teheran, czasy ucisku kulturalnego i religijnego. Na tle wojny iracko-irańskiej przedstawiona zostaje historia Shideh (Narges Rashidi) – młodej mamy, studentki wydalonej z uczelni ze względu na zaangażowanie w aktywizm lewicowy. Kobieta z cichą dezaprobatą przygląda się zmianom, jakim uległ Iran. Porewolucyjne wymogi rządu zabraniają jej pokazywania się na ulicy nieodzianej w hidżab, a sąsiedzi z trudem tolerują fakt, że potrafi ona prowadzić samochód. Mąż Shideh, lekarz wojskowy, zostaje oddelegowany na terytorium najcięższego sporu wojennego. Pogrążona w apatii, skłócona z życiem bohaterka poznaje, czym jest opuszczenie. Towarzyszy jej wprawdzie córka – kilkulatka z wybujałą fantazją – choć obecność dziewczynki bardziej Shideh frustruje niż cieszy. Gdy nieopodal rozbija się rakieta, okolica pustoszeje. Mała Dorsa wymyśla sobie niewidzialnego przyjaciela. A może wcale nie musi go wymyślać?

undertheshadow1

     „Under the Shadow”, pełnometrażowy debiut Babaka Anvariego, to połączenie horroru nadnaturalnego oraz kina obyczajowego z wyraźnym zacięciem socjologicznym. Nie powinien interesować widzów fakt, czy Anvari jest feministą oraz czy jego fabuła stanowić ma sprzeciw wobec arabskiej dominacji na terenie Iranu. Ważniejsze okazują się ambicje początkującego reżysera, który potencjalnie szablonowej opowieści wywodzącej się z mitologii bliskowschodniej nadał charakter zaskakująco uniwersalny. Parę lat temu weteran sceny horroru, Tobe Hooper, nakręcił nieudany film o Dżinnie, w którym upiorowi poświęcono zbyt dużo uwagi. U Anvariego orientalny demon, choć straszy, nie przeraża tak, jak widok upadającego społeczeństwa, z trudem walczącego o oddech w najbardziej znojnych czasach. Jest w „Under the Shadow” świetna scena, w której Shideh zostaje niemal skazana na baty, bo śmiała uciec z miejsca zagrożenia (tj. nawiedzonego mieszkania) nieosłonięta od stóp do głów chustą. Film – skromna, introwertyczna koprodukcja Kataru, Jordanii i Wielkiej Brytanii – stanowi porażający portret kobiecej opresji, a zarazem alegorię złamanego narodu. Popękane ściany budynku zamieszkanego przez Shideh służą za zwierciadło dla wewnętrznych demonów zgnębionych teherańczyków.

Czytaj dalej Przez dziurę w ścianie. [„Under the Shadow”, 2016]