Dwója! Lufa! Zero! [„The Final Project”, 2016]

     W niewielkiej mieścinie na krańcu Luizjany znajduje się rzekomo nawiedzony dom, słynny na cały stan. Posiadłość stoi na gruncie dawnej plantacji, która – według legend – była milczącym świadkiem okrucieństw wojny secesyjnej. Posępna atmosfera miejsca budzącego postrach wśród okolicznych wieśniaczków ucieszy szóstkę irytujących studentów. Młodzi, by zdać zajęcia filmowe, muszą nakręcić inspirujący dokument. W domu, w którym przed laty brutalnie wymordowano ponoć oddział konfederatów, bohaterowie widzą plan zdjęciowy.

thefinalproject1

     „The Final Project” – jeszcze jeden rip-off kultowego „Blair Witch Project” – powstał z inicjatywy byłego korposzczura. Pochodzący z Church Point Taylor Ri’chard nie powinien nazywać się reżyserem, choć porzucił pracę w korporacji, by dogonić marzenia o błysku fleszy i powszechnym uznaniu. Ani popularność, ani tym bardziej sukces artystyczny mu nie grożą: jego debiutancki film niepowszechnie uchodzi za jeden z największych gniotów dobiegającego końca roku.

     „Final Project” spotkał się z bardzo ograniczoną dystrybucją: oficjalnie wiadomo o czterech amerykańskich miastach, w jakich film wyświetlano (lub wyświetlono). Zastawia fakt, jakim cudem horror tak nieudolnie i machinalnie nakręcony w ogóle zaskarbił sobie wiarę producenta w sukces. Pomijając już oczywistość, że jest „Final Project” dziełem odtwórczym i przewidywalnym (sztampowe finałowe sceny wyreżyserowano chyba w oparciu o kompendium wiedzy dla artystów upośledzonych kreatywnie), NIE DA SIĘ nie zauważyć, jak absolutnie amatorsko przedstawia się wizja Ri’charda pod kątem obróbki technicznej. Cięcia bywają tu absurdalne, prowadzeniu kamery nadano karykaturalny realizm, o udźwiękowieniu zapomniano. Gdyby bohaterowie tej found-footage’owej abominacji dostarczyli tytułowy projekt jakiemukolwiek szanującemu się psorowi, oberwaliby dwójczyną po wygórowanych ambicjach i wnet przeszłaby im chętka na filmotwórstwo.

thefinalproject3

     „Hejtowanie” powstałego za przysłowiowe grosze indie horroru nie przychodzi mi z łatwością. Przeciwnie, w straszakach podobnego kroju niemal zawsze udaje mi się znaleźć pozytywy – jak wiele lub niewiele by się ich uzbierało. „The Final Project” dysponuje jedną-jedyną efektowną sceną oraz kilkoma nietrafionymi jump scare’ami. Nużące ostatnie minuty filmu migają nam przed oczami w ekspresowym tempie niczym składanka typu „greatest hits” i przypominają o dziesiątkach stokroć lepszych horrorów. Taylor Ri’chard – o pracy reżysera niemający mniejszego pojęcia – swój pierwszy film nakręcił chyba tylko po to, by dowieść, że każdy może pobiegać po lesie z kamerą w dłoni, a efekt tej błazenady sprzedać jako twór artystyczny. Nie każdy jednak takie gówno kupi.

     PS. Horror found footage o uderzająco podobnej tematyce, „The St. Francisville Experiment”, wydano szesnaście lat temu na rynku DVD/video.

thefinalproject2

02

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s