horror16-rozgrzewka

Filmowe podsumowanie 2016 roku: Rozgrzewka

     Dziennikarze filmowi zgodnie przytakują: rok 2016 był dla horroru pomyślny. Tegoroczne filmy grozy sprawdziły się wśród widzów kinowych, niejednokrotnie przynosząc zyski po wielokroć lepsze niż oczekiwano. Powodzeniem cieszyły się także u krytyków – ku zaskoczeniu wielu pozytywne recenzje zbierały nawet blockbustery, jak „183 metry strachu” lub „Kiedy gasną światła”. Za wybitne dzieło uznano horror historyczny, „The Witch” czy też „Czarownicę. Bajkę ludową z Nowej Anglii”, któremu uwagę poświęcę w jednym z kolejnych postów. Wcale nieprzesadzonym jest stwierdzenie, że zasługuje „Czarownica” na przynajmniej jedną oscarową statuetkę. „The Witch” to film niezależny, którego obecność w mediach mainstreamowych okazała się dużym zaskoczeniem. Niewiele indie horrorów spotkało się z zasłużoną promocją medialną, a zaznaczyć należy, że był 2016 rokiem wyjątkowo płodnym, jeśli chodzi o undergroundowe kino grozy. O miłości, jaką darzę filmy niezależne, pisałem kilkukrotnie. Przyglądając się kinu niezależnemu z perspektywy ostatnich miesięcy, widzę, że są twórcy offowi przyszłością gatunku. Kinem głównego nurtu bynajmniej nie chcę wzgardzić – nie, kiedy mam za sobą seanse tak udanych horrorów studyjnych, jak „Ouija: Narodziny zła” czy wspomniany „Lights Out”.

horror2016

     Segregując obejrzane filmy na kolejne grupy tematyczno-produkcyjne, odkryłem, że w kinach czy serwisach VOD często gościły ostatnimi czasy horrory z wyraźnym wątkiem LGBT (m. in. „You’re Killing Me”, napisany przez Eliasa „Dark”, „Condemned”, „Trash Fire”, „House of Purgatory”). Był Anno Domini 2016 rokiem remake’ów i rebootów, takich jak „Cabin Fever”, „Vampyres” i „The Rocky Horror Picture Show”; był bogaty w horrory paranormalne – poza „Obecnością 2” ukazał się ogrom straszaków o demonach, duchach i nawiedzonych domostwach. Zwyczajem okazało się, najwyraźniej, zatrudnianie upadających aktorów do ról w horrorach nie najwyższych lotów (patrz: John Cusack w „Komórce”, Adrien Brody w „Poprzednim życiu”, Pierce Brosnan w „Impulsie”). Najbardziej ciekawi natomiast fakt wzrostu popularności kina grozy wśród filmowców europejskich. W Turcji powstał „Baskin”, w Holandii – „Diabelski młyn”. Duńskie „What We Become” i „Shelley” obdarowano prestiżowymi nagrodami. W kinach polskich (!) kontrowersje wzbudziły „Córki dancingu”.

     Aktualnie wydawanych filmów grozy widziałem w tym roku naprawdę wiele – nawet nie napiszę, ile. Z tego powodu w opracowanym przeze mnie podsumowaniu może zabraknąć kilku tytułów, o których pisać zwyczajnie nie chcę, a które niektórzy uznają za istotne. Nie omówię choćby „Lasu samobójców” – pierwszej ważnej premiery 2016 roku, tylko niezłej „Nocy oczyszczenia: Czasu wyboru”, nierównego „The Boy” Williama Brenta Bella, „Po tamtej stronie drzwi” z Sarah Wayne Callies oraz remake’u „Martyrs”. Mimo to możecie liczyć na omówienia horrorów mniej znanych, a stokroć ciekawszych. Zresztą nie tylko – zakres analizowanych filmów jest bardzo obszerny i zróżnicowany.

     Na podsumowanie roku złożą się cztery posty. Dwa poświęcone będą najlepszym pozycjom roku, których wybrałem aż dwadzieścia pięć. Wpis dotyczący filmów najgorszych będzie stanowił komentarz dziesięciu tytułów. Całość rozpocznie, standardowo, rozgrzewka, a więc omówienie nieograniczonej ramami rankingu ilości horrorów – czasem niezłych lub całkiem dobrych, niekiedy niedomagających jakościowo, najczęściej przeciętnych. Miłej lektury!

„Obecność 2”

conjuring2

     Przez kilkanaście dobrych minut wierzyłem, że „Obecność 2” to usprawniona kontynuacja dochodowego blockbustera sprzed lat trzech – jeden z tych horrorowych sequeli (wcale nie tak nielicznych), które okazują się lepsze niż ich poprzednicy. Moje uznanie kulminację osiągnęło podczas sceny z udziałem Very Farmigi, gdy Lorraine Warren „mierzy się” z przerażającym malowidłem. Szybko jednak wróciłem na właściwe sobie tory percepcyjne, a finalną oceną, jaką filmowi przyznałem, okazało się sześć i pół punktu na dziesięć możliwych. Drugą „Obecność” postrzegam tak samo, jak niemal wszystkie straszaki Jamesa Wana – jako rozrywkę na wysokim poziomie, ale nie mistrzostwo w swoim gatunku, obraz udany bardziej niż nieudany, za to gorliwie obstający przy dolegliwej sztampie. Doceniam umiejętność reżysera do rozpalenia w dziecięcych aktorach ogniska żarliwej ekspresji, doceniam jego oko do szczegółów – w „Obecności 2” każdy najdrobniejszy rekwizyt scenograficzny zdaje się być tchnięty jakąś nieziemską siłą. Mimo wszystko nadal nie stawiam Wana pośród królów horroru; widzę w nim zdolnego rzemieślnika. Sequel „Obecności” straszy, gdy powinien, lecz jest też wyrazem niedojrzałego samouwielbienia. Ponad dwie godziny spędzone z jump scare’ami potrafią najzwyczajniej w świecie zmęczyć.

„Ouija: Narodziny zła”

ouija-narodziny-zla

     Najbardziej urzekła mnie w prequelu „Diabelskiej planszy Ouija” stylistyka retro. Współrealizatorzy wybitnie przyłożyli się do nadania filmowi odpowiednich szlifów. Pomysłowe operowanie soczewką regulacji dioptrii, zbliżenia lub półzbliżenia na rozemocjonowane twarze, efekt dziur po papierosie, „wypalanych” w rogu taśmy filmowej – wszystkie te wizualne urozmaicenia nadają „Narodzinom zła” klimat kina lat sześćdziesiątych, w których osadzono przecież akcję scenariusza. I nawet jeśli czarującą otoczką estetyczną zachwycam się jako mniej lub bardziej surowy krytyk, z niedziennikarskiego punktu widzenia także uważam film Mike’a Flanagana za sukces. Nowa „Ouija” jest okazale zagrana, przedstawia nam frapującą historię ze zgrabnie wplecionym w tło polskim akcentem, a przy tym potrafi nastraszyć. Gdyby nie wrażenie, że chwilami film nie umiał nabrać dostatecznego rozpędu, pokusiłbym się o uplasowanie „Narodzin…” wśród najlepszych horrorów roku.

„Excess Flesh”

excess-flesh-candy

     W otoczeniu ostro umalowanych szkap w drogich, markowych ciuchach – panienek, które bez cienia ironii mówią o kresce kokainy jak o obiedzie – opowiedziana zostaje historia o trudach bycia kobietą. „Excess Flesh” nie stanowi, oczywiście, pierwszego spojrzenia na wizerunek i życie kalifornijskiej jejmości. Wyprodukowany parę lat temu „Starry Eyes” zyskał sobie miano jednego z najlepszych nowomilenijnych body horrorów. Patrickowi Kennelly’emu brakuje konsekwencji duetu Kolsch-Widmyer. Jego artystyczna wizja to pomieszanie z poplątaniem, zbyt schizofreniczny obraz schizofrenii. Tożsamość bohaterek swoje centrum znajduje w obszarach ich własnych, surrealnych złudzeń. Nie uzasadnia to obecności w filmie scen tak absurdalnych, jak ta, w której Jennifer wystrzeliwuje do Jill z pochwy kumkwatami. Jako film o braku samoakceptacji i zniekształconych standardach piękna jest „Excess Flesh” materiałem intrygującym; jako horror urasta natomiast do rangi udziwnionego gross out movie.

„Lament”

lament_2016

     Od momentu premiery na festiwalu w Cannes „Lament” w reżyserii Hong-jin Na zbiera znakomite recenzje. Prosta, wydawałoby się, historia południowokoreańskiego miasteczka, którego mieszkańcy zapadają na tajemniczą chorobę, tak naprawdę stanowi plątaninę wątków i zagadek – czerpie z horrorów religijnych oraz kryminalnych dreszczowców, jawi się jako bipolarna. W euforii zachwytów porównano już „Lament” do klasyków Friedkina czy Finchera. I choć pochodzący z Seulu Na daje nam powody, by podziwiać jego warsztat reżyserski, nie jest „Gokseong” kinem zasługującym na pełnię uznania. Scenariusz filmu wyznacza zbyt szerokie pole do interpretacji. Twórca „Morza Żółtego” stawia na przesyt: wprowadza i porzuca kolejne postaci, w jednej chwili nasyła na nie ciągnącego za sobą nogę nieumarłego, by chwilę potem odprawić orientalne egzorcyzmy (obłędne sceny rytuałów to niemniej najlepsze momenty filmu). Na finał projektu zdaje się mieć kilka pomysłów. Słowem: mąci w głowach. Nie oznacza to, że tytuł jest tu adekwatny do uczuć, jakie „Lament” wzbudza; urzekają w produkcji Hong-jin Na choćby realistyczne efekty gore oraz ekspresywny montaż. Śladowy dynamizm „Gokseong” oraz rozległy czas trwania niezbyt dobrze współgrają jednak z lichej próby scenariuszem i niezłą, w najlepszym wypadku, kreacją centralną. Do-Won Kwak bardziej aktorzy niż gra na serio; lepiej odnajduje się przed kamerą czternastoletnia Hwan-hee Kim.

„Cabin Fever”

cabinfever-zdj

     Fabularnie remake „Cabin Fever” nader przypomina oryginał Eliego Rotha: w scenariuszu nie dokonano niemal żadnych zmian. Jest więc pod względem innowacji i kreatywności film Travisa Zariwny’ego cienki jak barszczyk – w znacznej mierze. Udało się jednak twórcom wkraść w łaski widza za pośrednictwem gromkiego soundtracku oraz przyciągających zdjęć. „Śmiertelna gorączka” (’02) sprawiała wrażenie na wpół amatorskiego projektu DIY. Remake wykonano konstruktywniej: muzyka jest ostra, industrialna, a kadry zaskakująco panoramiczne. W niezależnym horrorze znalazło się miejsce na pewną dozę awangardy, umiejętnie potęgowaną zwłaszcza przez zmyślną ścieżkę dźwiękową. Imponująco prezentują się też efekty specjalne, między innymi w obciążonej sporym ładunkiem emocjonalnym scenie śmierci Marcy (Nadine Crocker). Niestety, „Cabin Fever” to wciąż projekt wadliwy – przydługi, mozolnie się rozkręcający. Postaciom odegranym przez Crocker i spółkę brakuje osobowości; najprędzej powiemy o nich, że są chłodne i egoistyczne. Chwilami szwankuje logika akcji. Wszystko to sprawia, że nie jest projekt Travisa Z całkiem fortunny.

„Zanim się obudzę”

before-i-wake

     „Oculus” – zresztą nie tylko on – udał się Mike’owi Flanaganowi bardzo, ale nie każdy zrealizowany przez młodego reżysera projekt stanowi całkowity sukces. Senny horror „Zanim się obudzę” potrzebuje okrągłej godziny, by z miałkiej poczwary przeistoczyć się w intrygująco pięknego motyla. Początkowo Flanagan nie trzepocze kartkami scenariusza najdostojniej, lecz gdy już wzlatuje ponad gatunkowe konwenanse, przykuwa i utrzymuje naszą uwagę. „Zanim się obudzę” jest filmem nierównym, bywa frustrujący, ale też magiczny – zwłaszcza w czasie zaangażowanego emocjonalnie oraz duchowo epilogu.

„What We Become” aka „Sorgenfri”

what-we-become-sorgenfri

     Spojrzenie na pierwsze dni epidemii, która ma okazać się katastrofalna w skutkach. Makabryczne pokłosie, stanowiące efekt kiepsko zorganizowanej kwarantanny, przedstawione zostaje dopiero w ciągu parunastu finalnych minut filmu. Wcześniej przyglądamy się rozpadowi rodziny, próbom charakterów oraz zdziczeniu i walce z niechcianymi, acz ludzkimi instynktami (Dino Johansson, głowa rodziny, odbierający racje żywnościowe zdesperowanej kobiecie). „What We Become” to horror egzystencjalny, pełen zimna i klaustrofobicznego niepokoju, pobrzmiewający echem lepszych „Wilkołaczych snów”. Brakuje filmowi uniwersalnego charakteru, choć reżyseria Bo Mikkelsena te straty rekompensuje: dzięki szlifom duńskiego artysty „Sorgenfri” budzi silne emocje, chwilami przyprawia o szybsze bicie serca.

„Holidays”

holidays-anth

     Po „Upiornej nocy halloween” i „A Christmas Horror Story” powstała antologia syntetyczna: taka, w której w wątpliwość poddana zostanie niewinność tak przedednia Wszystkich Świętych i Bożego Narodzenia, jak i sześciu innych celebracyjnych okazji. O morderczych mrzonkach Św. Mikołaja czy satanistycznych konotacjach halloweenowego wieczoru słyszeliśmy już wielokrotnie; dziwi fakt, że „Holidays” nie zmaterializował się wcześniej. Największy sukces projektu leży w etiudach Gary’ego Shore’a, Sarah Adiny Smith oraz Adama Egypta Mortimera. Nowela Shore’a kipi grozą, a za sprawą ostrych i przyciemnionych zdjęć sugeruje, że w powietrzu wisi coś obmierzłego – zresztą nie bez powodu. Ponurą tematyką oraz świetną oprawą techniczną opatrzono również „Mother’s Day” w reżyserii Smith – wyjątkowo dziki i autentyczny segment o pułapkach macierzyństwa. „New Year’s” Mortimera cechuje brawurowe tempo. Szkoda, że żadna z przedstawionych historii nie łączy się z którąkolwiek inną, szkoda, że twórcy zapomnieli o Święcie Dziękczynnym, noszącym przecież bardzo makabryczny potencjał. Odliczając te nic nieznaczące wpadki, a także wpadki znaczące bardzo wiele (dyrdymały Kevina Smitha i rozczarowującą etiudę autorów „Starry Eyes”), znajdziemy jednak w „Holidays” wystarczająco atrakcji. Świątecznej antologii brakuje rezolutności „Southbound”, nie brak jej za to własnego uroku.

„The Man in the Orange Jacket”

man-in-the-orange-jckt

     Panoramiczne, surowe, a niekiedy wizjonerskie zdjęcia nadają „The Man in the Orange Jacket” estetycznej wrażliwości, która wsławiła Larsa von Triera i Michaela Hanekego. To irytujące, że tak wyborny technicznie film nie jest w stanie zapracować sobie na pełnię szacunku widza. Najbardziej mógł projektowi zaszkodzić przesadne natchniony marksizmem scenariusz. Wszyscy chcemy oglądać mądre horrory. Horrory przeintelektualizowane, wartości polityczne i socjologiczne przekładające ponad strach i niepokój ocierają się o bełkotliwość. Niemniej jako psychologiczne kino grozy „The Man…” jest w stanie zafascynować odbiorcę: stanowi surrealistyczno-enigmatyczne spojrzenie na rosnące poczucie winy. Osobiście nie mogę powiedzieć, że czerpałem radość z każdej minuty filmu; z większości na szczęście tak.

„Carnage Park”

carnage-park-a-bell

     Konotacje między filmem Mickeya Keatinga a „Teksańską masakrą piłą mechaniczną” budzą uczucia prawie tak ciepłe, jak złote pustynie Amerykańskiego Zachodu. W prawidłowym spadkobraniu kulturowym nie ma nic złego: na jankeskie stepy będziemy wracać tak często, jak tylko przedstawiane będą one w sposób diabelsko przerażający. Keating nie czerpie, niestety, z hooperowskiej skarbnicy pełnymi garściami, a na dodatek, tworząc kino retro, miesza lata, do jakich nawiązuje. Pod kątem szlifu estetycznego „Carnage Park” imponuje: pożółkła taśma zdaje się być wykradziona z archiwów Vortexu, a o prawa do zabarwionej włoskim dziwactwem ścieżki dźwiękowej upomnieć mógłby się Fabio Frizzi. Różnorodna stylizacja działa na niekorzyść filmu. Reżyser, równie bardzo jak Tobiego Hoopera, zdaje się uwielbiać Quentina Tarantino, zwłaszcza typowe dla niego zaburzenia chronologii w fabule. Pokrojona narracja to chyba największa bolączka „Carnage Park”. Mnożące się flashbacki zmuszają nas do podróży w czasie za każdym razem, gdy dajemy ponieść się intrygującym zdarzeniom ekranowym. Sceny nachodzą na siebie wzajemnie, podobnie zresztą jak niezsynchronizowane efekty dźwiękowe, a w kadrze gości chaos, który należy odróżnić od sugerowanego przez tytuł szaleństwa. Przy jednoczesnym szacunku do Keatinga nie jestem w stanie uznać „Carnage Park” za film kompletnie udany.

„You’re Killing Me”

ykm-gay-themed-slasher

     Nawet najboleśniejsze stereotypy można przeobrazić w złoto. W podgatunku horroru gejowskiego wystarczy wskazać inspirowany „Krzykiem” slasher Paula Etheredge’a „HellBent”, w którym przegięty karnawał w West Hollywood stał się miejscem zabawy w kotka myszkę dla zakamuflowanego szaleńca i jego ofiar. „You’re Killing Me” jest filmem, którego przebrzmiałe klisze stanowią naturalne podłoże dla scenariusza i istnieją same dla siebie – nie ubarwiają przedstawionej historii, a na niej ciążą, pogrążają ją, co bardziej konserwatywnych widzów utwierdzając w ich niepostępowych, homofobicznych przekonaniach. Problem ten wynika z nieumiejętnego operowania satyrą i stylistyką kampu. Gdyby przedstawiono „YKM” jako wizję w stu procentach prześmiewczą, jako horror komediowy na miarę „2001 Maniacs” lub „Creatures from the Pink Lagoon”, sztampowość bohaterów zapewne uszłaby w tłoku filmowego przeciętniactwa. Jim Hansen wolał nakręcić zgrabnie balansujący między żartem a powagą projekt, który – koniec końców – okazał się pozbawioną właściwego kształtu pomyłką. Inaczej niż „Bite Marks” Marka Bessengera, „You’re Killing Me” nie można postrzegać przez pryzmat ironicznego, celowego bezguścia. Film Hansena jest nieświadomie utrzymany w złym guście, a świadczą o tym, poza dotkliwie stereotypowymi postaciami, rozchwiana praca kamery, absurdalny, tandetny montaż oraz przydługie, przekombinowane zakończenie. Projekt broni się miejscami jako opowieść o głupocie, samouwielbieniu, a nawet pierwszej miłości; w finalnym rozrachunku sprawia, niestety, wrażenie dzieła nieskładnego, zmaltretowanego przez marny scenariusz.

„The Funhouse Massacre”

funhouse-massacre-the

     „The Funhouse Massacre” urasta do swojego tytułu: to slasher zarówno zabawny, jak i odpowiednio krwisty. Po kulawym, z lekka tandetnym prologu, w którym naczelnik szpitala psychiatrycznego przedstawia nam obłąkanych bohaterów, film ulega uefektywnieniu. Wielką jego zaletą staje się humor. Dowcipnym dialogom towarzyszy sytuacyjny komizm: do łez bawi choćby scena suczego pojedynku w damskiej toalecie, w której wylaszczona panna podtapia uradowaną psychopatkę za zrujnowanie jej make-upu. Groteskowy charakter scenariusza powoduje, że jest „Funhouse Massacre” lepszą komedią niż horrorem. Reżyser Andy Palmer potrafi czarować grozą na przemian sowizdrzalską i karykaturalną. Jego film ma charakter karnawałowy. Ekstrawaganckie kostiumy i jaskrawa scenografia są budulcem krzykliwej estetyki, która stanowi świetne uzupełnienie obrazowej przemocy. W drodze do celu Palmer zalicza kilka potyczek. Pokrewieństwo dwóch skrajnie różnych bohaterów to przejaw lenistwa scenarzysty, klisza sama w sobie. Pasywność pierwszego aktu filmu oraz zbędny patos sceny finałowej czynią natomiast z „The Funhouse Massacre” materiał pobrużdżony i rozchwiany.

„Shelley”

shelley

     Pierwszy segment filmu to spełnienie marzeń fanów kina offowego. Ali Abbasi skupia się na emocjach swoich bohaterów, z których czyni postaci spektaklu dziwności. Szczególnym kuriozum okazuje się tu frapująca, zacieśniająca się więź między dwiema protagonistkami. Ellen Dorrit Petersen i Cosmina Stratan rozmawiają o wszystkim – o dzieciach, mężczyznach, marzeniach – i szybko łamią granice intymności. Kobiety okazują sobie wzajemne zrozumienie, a widz odnosi wrażenie, że odgrywające je aktorki znają się od zawsze. Na tym etapie „Shelley” pozostaje jedynie maźnięty odcieniem emocjonalnym; przede wszystkim ma jednak tonąć w atmosferze grozy. W akcie drugim reżyser wpada na pomysł karkołomny: przewartościowuje swój projekt, zmienia priorytety i nawiązuje – półgębkiem, jakby przypadkowo – do klasyki kina grozy (w tym, oczywiście, do „Dziecka Rosemary”). Te zmiany zasygnalizowane zostają przez transformację kadrową: dzięki szerokim klatkom mamy możliwość dokładniejszego wglądu w życie bohaterów, które samo w sobie ma przecież znacznie się rozrosnąć. Zabieg, choć interesujący dla oka, nie sprawia wrażenia szczególnie potrzebnego. Zarówno nie zawsze przemyślana reżyseria, jak i brak skupienia narracyjnego sprawiają, że nie jest „Shelley”, pomimo wyczucia estetycznego, projektem całkiem udanym.

„Condemned”

condemned

     Projektem „Condemned”, posiadającym konotacje z twórczością Johna Watersa, Eli Morgan Gesner dopiero debiutuje w przemyśle kinowym. Fakt, że film wykazuje pokłady chaotyczności, nie powinien więc dziwić. Tradycyjna reżyseria miesza się tu z reżyserią wideoklipową, a górnolotne monologi ustępują miejsca voice-overowym rozmowom. Podobnym artystycznym niedoświadczeniem cechuje się też odtwórczyni roli przodującej, Dylan Penn (córka Seana Penna). Aktorski brak dojrzałości młódki sprzyja jednak kompleksji granej przez nią postaci. To samo porównanie można odnieść do reżyserii Gesnera oraz jego filmu. „Condemned” cechuje się niewymuszoną, buntowniczą ekstrawagancją, jakiej bieżącemu kinu grozy niekiedy brakuje, i należy ten aspekt filmu pochwalić.

„I Am Not a Serial Killer”

i-am-not-a-serial-killer

     Któryś z zachodnich serwisów śmiało mógłby okrzyknąć film jako „’Fright Night’ meets ‚Dexter’”; wyraźne okazują się w końcu konotacje między Crowleyem a Jerrym Dandrigem oraz Johnem a Dexterem Morganem. Jednak „I Am Not a Serial Killer” to projekt znacznie bardziej złożony, to gatunkowy crossover, wariacja wariacji. Reżyser Billy O’Brien przedstawia film jako dreszczowiec o tematyce nadprzyrodzonej, a zarazem kryminał, fantastykę naukową, mumblecore’ową hybrydę dark fantasy i coming-of-age drama z nutą odcieniu czarnokomediowego. Jest więc „I Am Not…” wszystkim. Niektórych widzów dość sprawna żonglerka tak wieloma stylistykami w pełni urzecze, wyda im się przejawem wizjonerstwa. Innych od przybytku rozboli głowa.

„Jack Goes Home”

jackgoeshome-bloody

     Swoim drugim projektem reżyserskim Thomas Dekker dostarczył nam tylu uderzeń frustracji, co i dreszczy niepokoju. Tytułowy Jack – bohater bardzo letargiczny – doświadcza obłędnych, surrealistycznych wizji, których nieprzewidywalność podnosi rozrywkowy walor filmu. Nie jest jednakże dzieło Dekkera horrorem popcornowym, a raczej dreszczowcem psychologicznym, bardziej udanym niż chybionym, lecz szalenie dalekim od ideału. Znajdziemy tu sceny stylistycznie ambitniejsze od tego, co pokazuje nam choćby James Wan, a nawet takie, za realizacją których stać mogliby Almodóvar lub Dolan, ale to jedynie strzępy wydarte z nierównej całości. Ani twórca „Juliety”, ani cudowne dziecko kina (LGBT) nie podpisaliby się pod obrazem tak nieprzemyślanym i napastliwym, jak „Jack Goes Home”. Usytuowany za kamerą Dekker zdaje się zawodzić starą śpiewkę: geje to zdeprawowani, manipulujący uczuciami innych seksoholicy. Nawet Eli Roth nie wierzy już w takie banialuki.

„Antibirth”

antib

     Horror wybornie zagrany, narracyjnie osobliwy i psychodelicznie nakręcony, lecz nie wolny od błędów. Pewien brak profesjonalizmu ujawnia się w przeciętnym i dezorientującym montażu filmu. Cięcia bywają zbyt szybkie, a powtarzany często efekt multiekspozycji, najwyraźniej szczególnie bliski sercu Pereza, z czasem zaczyna irytować. Z punktu widzenia krytyka filmowego oprawa montażowa pozostawia sporo do życzenia, choć inni widzowie mogą dojść do wniosku, że jest wynikiem mindfuckowej konwencji. Dopięty na ostatni guzik czy też nie, „Antibirth” to obraz stojący w kolejce po status dzieła kultowego, a zarazem początek murowanej kariery Danny’ego Pereza jako reżysera kina grozy.

„Satanic”

satanic-s-hyland

     Scenarzysta Anthony Jaswinski ma interesujące wyobrażenie piekła. Widzi je jako „piękny chaos” – nie tyle miejsce, co urzeczywistnienie naszych boleści. Garść niezłych pomysłów utopiona zostaje, niestety, w morzu zamysłów zupełnie chybionych, niedorzecznych (patrz: wizyta protagonistów w opuszczonej fabryce i jej skutki). W przypadku powstałego dwa lata temu thrillera „Kristy” wykazał się młody fabularzysta doskonałym zrozumieniem minimalizmu: skąpa akcja wyostrzała tu zmysły widzów, szykowała ich na najgorsze, a właściwie na najstraszniejsze. W „Satanic” rozwój wydarzeń także bywa mocno hamowany, lecz nie by budować napięcie, a nieświadomie nudzić. Za niedopracowane tempo i błędnie skomponowaną akcję winić możemy już tylko reżysera. Wrażenie, że Jeffrey Hunt nie wiedział, jak sprawnie wyreżyserować swój pierwszy film fabularny, jest dobitne. Być może, gdyby zamknąć „Satanic” w ramy 40-minutowego średniego metrażu, a co bardziej przerażające zdarzenia pokazywać w obrębie kadru kamery – nie we wzmagających frustrację urywkach, praca Hunta zebrałaby lżejsze cięgi.

„Friend Request”

friendrequest

     „Friend Request” Simona Verhoevena, czyli „Facebook zabija. Raz jeszcze”. Nie jest to film ani zaskakujący, ani oryginalny – nieco lepiej wypadł od niego „Unfriended”, znacznie lepiej – „The Den”, zestawieniowy triumfator sprzed dwóch lat. Projektowi bawarskiego reżysera brakuje jaj, by być horrorem pełnokrwistym, a bystrości, by wykorzystać potencjał scenariusza i powiedzieć coś mądrego o social mediach. Największa siła filmu tkwi w niepodważalnym kampie i one-linerach pokroju „unfriend that dead bitch!”. W skrócie: obejrzeć można, ale nie trzeba.

„The Rocky Horror Picture Show: Let’s Do the Time Warp Again”

rhps-lets-do-the-time-warp-again

     Niektórzy uważają nową wersję „RHPS” za największy horror roku – za prawdziwą artystyczną abominację, ma się rozumieć. Jest w tych opiniach sporo przesady. „Let’s Do the Time Warp Again”, oczywiście, nijak nie równa się ze sławetnym musicalem sprzed lat. Film z udziałem Tima Curry’ego oraz Susan Sarandon zasłużenie uchodzi tak za triumf kampu, jak i mistrzostwo kinematografii w ogóle. Reboot (czy też „treboote”) Kenny’ego Ortegi nie wpłynie znacząco na historię amerykańskiej telewizji, choć nikt nie zapowiadał, że odciśnie się na popkulturze tak, jak zrobił to jego pierwowzór. Pomimo pewnej bierności twórczej i przeciętnym wykonaniom niektórych szlagierów (I’m lookin’ at you, Reeve Carney), pozostaje odświeżony „Rocky Horror” projektem dynamicznym, bardzo bliskim przebojowemu „Glee” – serialowi, w którym trudno się nie zakochać.

„House of Purgatory”

house-of-purgatory

     Film o interesujących i intratnych założeniach fabularnych, uważnie przyglądający się ważkim kwestiom społecznym, ujmująco i barwnie nakręcony. Takimi atutami opisać można by horror mistrzowski. A jednak Tylerowi Christensenowi udało się swój debiutancki projekt schrzanić – głównie za sprawą niedopracowanego strukturalnie scenariusza i szablonowych postaci. Końcówka „House of Purgatory” zamiast wyklarować to, co wymaga objaśnienia, pozostawia mętlik w głowach. Christensen, podobnie jak wielu młodych twórców, przejawia zadatki na wizjonera, lecz wykazuje się też chaotycznym, porywczym scenopisarstwem. Jego pióro do lekkich nie należy.

„Intruder”

intuder-t-zariwny

     Drugi po „Cabin Fever” tegoroczny horror Travisa Zariwny’ego ma do przekazania historię nie tylko dalece upiorną, ale też realistyczną: sytuacja, z jaką mierzy się Elizabeth (Louise Linton), może przydarzyć się każdej piękności – zresztą nie tylko. Niestety, mimo intrygującego tematu wyjściowego „Intruder” wzbudza mieszane uczucia. Jest filmem trzymającym w napięciu, lecz zbyt rozwleczonym w czasie; powabnie zaaranżowanym i zmyślnie sfotografowanym, ale zbyt często obarczanym przejmującą muzyką, która w nieprzemyślany sposób tłumi suspens.

„The Girl in the Photographs”

girl-in-the-photographs-the

     Jako inspirowany „Krzykiem” slasher „The Girl…” mógłby topić nasze oczy w litrach czerwonej farby. Jest jednak horrorem bardziej sugerującym niż obrazującym, nieczęsto lejącym juchę. Amatorów ostrego gore ten fakt zasmuci, innych odbiorców powinien za to cieszyć. Gdy już Nick Simon decyduje się upaćkać w sztucznej krwi, robi to tak, jak należy. Imponująco prezentują się zwłaszcza morderstwa wyrwane z kilku ostatnich scen filmu. Finisz „The Girl…” to w ogóle jego najmocniejszy element, napawający sympatią do reżysera. Depresyjne, pozbawione nadziei zakończenie, nawet jeśli sprawia wrażenie urwanego i zbyt otwartego, jest świeże oraz niespodziewane. Już w kwietniu wielu krytyków upatrzyło sobie film Simona jako dzieło pretendujące do tytułu najgorszej premiery roku. Sporo w opiniach tego typu przesady. Podczas swojego wydłużonego czasu trwania „The Girl…” z rzadka jest w stanie naprawdę widza zaintrygować, lecz zdobywając się wreszcie na odrobinę impetu, wciąga oglądającego bez reszty.

„Most Likely to Die”

mostlikelytodie-killing

     Problematycznie przedstawia się tempo filmu. Znajdziemy w „Most Likely to Die” przynajmniej parę przeciągniętych sekwencji, w których czekający w kolejce do wyrżnięcia bohaterowie toczą emotywne dialogi, mające wykazać, jak dawno się nie widzieli, jak bardzo tego żałują, jak bardzo zmieniły się ich życia. DiBlasi zapomniał, zdaje się, pościnać te sceny w pracowni montażysty, a przez pomyłkę do kosza wyrzucił prawie wszystkie krwawe jatki. Film cierpi z powodu niedoboru ostentacyjnej przemocy, lecz dzięki temu niebywale cieszy kilkoma potwornie makabrycznymi momentami: dławieniem kijem golfowym, przecięciem tętnicy szyjnej i powolnym odrywaniem głowy od reszty ciała. Efekty gore w wykonaniu Gary’ego J. Tunnicliffe’a, ucznia Stana Winstona, jeżą włos na głowie. Pod kątem realizacji imponują także ostre zdjęcia, klimatyczne oświetlenie oraz maska filmowego mordercy, wyklejona metodą papier-mâché ze zdjęć składających się na szkolną kronikę.

„Viral”

viral-joost-schulman

     „Viral” to film, w którym nie uciekamy przed śmiertelnym wirusem na koniec świata, a kryjemy się przed nim w domowym zaciszu, film, w którym hordy złaknionych krwi bestii nie czyhają na nas w każdym ciemnym zaułku, film, w którym utożsamiamy się z bohaterami – zachowującymi i porozumiewającymi się w sposób naturalny, nieheroiczny. Brakuje projektowi odrobiny więcej dynamizmu, choć należy pamiętać, że nie kręcono go jako standardowy „apocalypse movie”. Między innymi dzięki kilku przyprawiającym o autentyczne ciarki momentom okazuje się „Viral” horrorem znacznie lepszym i znacznie mniej taśmowym niż poprzednie dzieło duetu Joost-Schulman, „Paranormal Activity 4”.

„The Monster”

monsterthe

     „The Monster” w reżyserii Bryana Bertino powstał na bazie bardzo okrojonego scenariusza, a mimo to trwa ponad półtorej godziny. Film jest nad wyraz powolny, przez co około trzydziestej minuty zwyczajnie zaczyna męczyć. Później górę nad akcją bierze gorzki dramatyzm, wciągający widza w spiralę afektu i poruszenia. Losy bohaterek – matki i córki walczących o życie pośrodku niczego – utrzymują nasze zainteresowanie aż do napisów końcowych. Osobiste tragedie postaci centralnych – boleśnie bliskie prozie życia – uszlachetniają „The Monster”; nadają mu cechy horroru społecznego. Szkoda, że Bertino nie uczynił ze swojej trzeciej fabuły dzieła jednostajnie spektakularnego, jakim byli przecież „Nieznajomi”.

„Suicide Note”

suicide-note-j-helgren-movie

     Scenariusz „Suicide Note” – najnowszego filmu Jake’a Helgrena – okazuje się banalny do bólu. Tytuł powinien zobowiązać młodego twórcę (zarazem reżysera i autora skryptu) do zabawy konwencją „murder mystery”, do mieszania wątków i tropów, wodzenia oglądającego za nos. Omamieni, jeśli w ogóle, zostajemy negatywnie: rozwiązanie fabuły nijak nie emocjonuje, przez co przyglądamy się ostatnim scenom dreszczowca bardziej ze znużeniem niż z wypiekami na twarzy. Helgren nie został zwolniony z nakręcenia thrillera zajmującego, a nawet jakkolwiek wartościowego, a fakt, że jest „Suicide Note” produkcją Lifetime’u niczego tu nie zmienia.

„American Horror Story: Roanoke”/„Królowe krzyku”

screamq-ahs-r

     Warto wspomnieć też o serialach grozy, których od dłużej chwili nie brakuje na antenach amerykańskich stacji telewizyjnych. Zarówno „Roanoke”, jak i drugi sezon „Królowych krzyku” nie zapisały się, niestety, w świadomości widzów jako dokonania szczególnie udane. Pierwszy serial stanowił najczęściej sinusoidę, a jego walor rozrywkowo-artystyczny stale się wahał. Duży to zarzut, biorąc pod uwagę fakt, że taki „AHS: Freak Show” potrafił regularnie godzić ze sobą gustowną makabrę oraz ambiwalentne, nienużące wątki. Najlepszym momentem „Roanoke” pozostaje szokująca scena śmierci bohaterki granej przez Taissę Farmigę. Ta inspirowana kanibalistycznymi shockerami sekwencja wbija się w pamięć niczym gwóźdź. W drugim sezonie „Królowych krzyku” nie znalazł się moment szczególnie pamiętny, a ekscentryczny humor kolejnych postaci zdawał się łatać dziury w scenariuszu. Ryan Murphy, do niedawna bóg telewizji, musi ostro wziąć się do roboty; inaczej grozi mu utrata widowni.

„Ash kontra martwe zło”

ashvsevildead-tv

     Drugi sezon „Ash vs Evil Dead” utwierdził mnie w przekonaniu, że pomysł twórców na serial skończył się wraz z finałem sezonu poprzedniego. Schyłkowy epizod „Second Coming” wyszedł Raimiemu i ekipie najbardziej ze wszystkich ostatnich odcinków, na równi może z „Delusion” (w którym uwielbiany przez rzesze bohater znalazł się w psychiatryku). Jednak silniej niż ku horrorowi przechylał się tegoroczny „Ash…” w stronę komedii w stylu The Three Stooges. Może w przyszłym roku Starz częściej będzie konfrontować nas z martwym złem.

„Last Girl Standing”

last-girl-standing

     W debiutanckim filmie Benjamina R. Moody’ego, „Last Girl Standing”, archetypowa final girl wolałaby nie przetrwać spotkania z zabójcą-psychopatą – a to dlatego, że po wygranej walce z zamaskowanym szaleńcem jej życie zostaje przygniecione nie tyle napisami końcowymi, co rzeczywistością. Moody nie kończy swojego horroru pojedynkiem dziewica kontra maniak, a takowym go inauguruje. Camryn (w tej roli Akasha Villalobos), choć ocalała ze śródleśnej masakry, straciła przyjaciół oraz poczucie sensu. I gdy po latach powoli zaczyna stawać na nogi, ktoś znów uderza w jej bezsilność. Czy obłąkany morderca sfingował własną śmierć i planuje ostatecznie rozprawić się z dziewczyną? Na to pytanie nie udzielę odpowiedzi. Wyjawię jednak, że kulminacyjne sceny „Last Girl Standing” jawią się jako dość przewidywalne. To największy zarzut, jaki postawić można debiutowi Moody’ego; ogólnie ten offowy projekt wzbudza pozytywne odczucia. Jak mógłby ich nie budzić skoro stanowi przemyślany miks krwawego slashera oraz dramatu grozy na miarę „Pozwól mi wejść”?

„The Neighbor”

neighbor-the

     Kiedy portale filmowe po raz pierwszy zaczęły zapowiadać nowy projekt Marcusa Dunstana, „The Neighbor”, uznałem, że reżyser raz jeszcze próbuje skapitalizować sukces swoich poprzednich prac. „Kolekcjoner” i jego prequel wyewoluowały w końcu na podwalinach nienakręconych kontynuacji serii „Piła”, która sama w sobie dała Dunstanowi sławę. Zalążek fabuły aż nadto świadczy tu o komitywie sąsiedzko-kolekcjonerskiej: oto Josh Stewart, jako mężny, choć moralnie ambiwalentny bohater, dowiaduje się, że w piwnicy mieszkającego naprzeciw dziwaka przetrzymywani i zabijani są niewinni ludzie. Brzmi znajomo, prawda? Jednak, gdy zestawimy ze sobą dwie pozycje – „The Collector” oraz „The Neighbor” – próbę sił przejdzie pierwszy z tytułów. Film o morderczym sąsiedzie, choć trwa mniej niż półtorej godziny, potrzebuje niemal czterdziestu minut, by na dobre się rozkręcić. Nim to następuje, wyróżniają go miałkość i anemia scenariusza. Potem z marazmu wyciągać ma widzów niemrawy Stewart, którego całym planem na ratunek uciemiężonych jest krycie się przed zagrożeniem. W ostatnich minutach w „The Neighbor” wpojona zostaje pewna dawka suspensu i nęcąco skrojonej akcji, lecz ogół projektu ciężko ocenić pozytywnie. Nie pomagają w tym ani atrakcyjne zdjęcia i sugestywne oświetlenie planu, ani mniej lub bardziej oczywiste odniesienia do lepszych filmów reżysera.

„Girl in Woods”

girl-in-woods-pic

     Ostatni akt „Girl in Woods” okazuje się bardziej niż udany i znacznie przewyższa ogólny poziom projektu. Jest szokujący, brudny, cieszy brakiem happy endu. Droga do finału bywa jednak dla widza taką męką, jak tułaczka centralnej bohaterki, Grace, przez lasy. Juliet Reeves London nie podołała ciężarowi roli pierwszoplanowej – złożonej, wymagającej emocjonalnego opanowania i dojrzałej ekspresji. W scenach rozmów Grace z sobowtórami „dialogi” aktorki brzmią jak sucze pogadanki między opryskliwymi licealistkami; brzmią, jakby wyjęto je z ust „Wrednym dziewczynom”. Nieznośnie prezentuje się również wyboista narracja, która tylko w ciągu pierwszych kilkunastu minut filmu każe nam pięciokrotnie przyglądać się tym samym dramatycznym flashbackom z dzieciństwa protagonistki.

„Beyond the Gates”

beyondthegates

     „Beyond the Gates” Jacksona Stewarta swoją formą i nostalgicznym klimatem ucieszy fanów niskobudżetowych klasyków z lat 80., które, w niektórych przypadkach, zachowały się tylko na przykurzonych VHS-ach. Muzyka autorstwa Wojciecha Golczewskiego („Late Phases”) pozostaje najsilniejszym elementem filmu: jej urok tkwi w tęsknym archaizmie. W ogólnym ujęciu nie można nazwać „Beyond…” udanym horrorem – scenariuszowe kartki zbyt często zalewa fala nudy, we znaki daje się brak głębszego pomysłu twórców na projekt.

„Niebezpieczni intruzi”

niebezpieczni-intruzi

     Opiniodawcy okrzyknęli film Davida Tennanta jako połączenie „Nieznajomych” z fincherowskim „Azylem”. Bardziej przypominają jednak „Niebezpieczni intruzi” sprawnie skonstruowany thriller telewizyjny niż projekt dużoekranowy. Co dobrego mogłem na temat „Intruzów” napisać, to już napisałem: jest to dreszczowiec nieźle wyreżyserowany i trzymający widza w… przytomności. Fanów Scotta Adkinsa ucieszy fakt, że jako Heflin, zabójca i tytułowy nieproszony gość, wypada ich idol hipnotyzująco. Może czas założyć koszulę i pokazać aktorskiego pazura, panie Boyka?

„Opuszczeni”

opuszczeni-confines-the

     Horror, który w Polsce zadebiutował na ekranach telewizyjnych – a więc tam, gdzie jego miejsce. Eytan Rockaway stawia w „Opuszczonych” zarzewie mroku; roztacza atmosferę gęstą jak mgła. Na nic jednak zdają się te sztuczki, gdy okazuje się, że film młodego reżysera zbudowany został na podwalinach alogicznego, dziurawego scenariusza. Kiepskie scenopisarstwo objawia się zwłaszcza w trzecim akcie, który jest nie tyle rozczarowujący, co wręcz pożałowania godzien.

„The Remains”

remainsthe

     Tuzinkowe postaci i generyczny scenariusz nie czynią z „The Remains” okropnego horroru. Film nie jest kompletnie nędzny, raczej przeciętny: nieprofesjonalnie zagrany, straszący niemrawo, jakby od niechcenia. Pozytywnie przedstawiają się za to finałowe minuty „Remains”, zwłaszcza scena tocząca się na strychu.

„Abattoir”

abattoirdlb

     Utwór wizualnie imponujący, przepojony klimatem z jakiegoś nieziemskiego filmu noir, a jednocześnie puste, bezpiecznie zaaranżowane widowisko grozy. Słowem: sknocony, tylko częściowo zaskakujący miszmasz. Sytuacje, w których odnajdują się bohaterowie w trakcie kilkunastu ostatnich minut akcji, wyglądają, jakby zainscenizowały je wypacykowane klauny z pierwszego lepszego Domu Strachów.

„ClownTown”

clowntown

     Kolejny tegoroczny średniak. Zalety: staranne, wiarygodne efekty charakteryzatorskie, klimatyczne sceny pościgów i ucieczek. Wady: niezbyt lotny scenariusz, manieryczne, nienaturalne aktorstwo. Film dla fanów powściągliwego kampu oraz karnawałowych antybohaterów.

„Anguish”

anguish

     „Anguish” Sonny’ego Mallhi bardziej sprawdza się jako dramat niż horror: wątek walki rodzica o wyalienowane dziecko wciąga i emocjonuje, melancholijne środki wyrazu urzekają. Czy film w ogóle jest horrorem – ciężko ocenić, aspekt paranormalny nie jest tu oczywisty. Jeśli już podepniemy projekt pod gatunek grozy, nie można ocenić go w kategorii zharmonizowanego miszmaszu – dramatyzm znacząco bierze tu górę nad strachem i niepokojem. Szkoda, bo mógłby „Anguish” stanowić ciekawe, świeże spojrzenie na opętanie. Pod kątem technicznym najmocniej imponują chłodne, naturalne zdjęcia, a najbardziej zniechęca efekciarski montaż.

„Oślizgły dusiciel”

greasystranglerthe

     Tak, „The Greasy Strangler” obrzydza i wkłada do głowy obrazy, których nie da się zapomnieć. Tak, to film kontrowersyjny i niepozwalający oderwać oczu od ekranu. To pokaz solidnego rzemiosła aktorskiego (brawa dla Michaela St. Michaelsa!), obraz świadomy wizualnie. I na tym koniec. Jedynym celem, jaki postawił sobie reżyser Jim Hosking, jest zniesmaczenie widzów, wyciśnięcie z nich wymiotów i wytarcie nimi ich własnych gęb. Fanów filmowego gross-outu powinien „Dusiciel” ucieszyć – to dzieło, które wzbudziłoby uśmiech na wąsatej wardze Johna Watersa, paskudne widowisko, po którym wskazana jest długa, mentalna kąpiel. Czy film spodoba się innym oglądającym – ciężko przewidzieć. Jedno jest pewne: Hosking is not a bullshit artist.

„SiREN”

siren-2016

     „Żaden facet nie potrafi jej się oprzeć. Każdy powinien”. Slogan reklamujący nowy horror Gregga Bishopa wyraźnie daje widzom znać, że obejrzą film o naturze feministycznej. Lilith (Hannah Fierman), przedwieczna demonica uwodząca mężczyzn i wyżerająca z nich życie, to postać silna, zaskakująco nakreślona. Scena gwałtu z jej udziałem przybiera nieoczekiwany obrót; dowodzi wyobraźni, spaczonemu poczuciu humoru, a nawet otwartości umysłowej duetu fabularzystów. Niedaleko jednak ponoszą twórców skrzydła fantazji – głównie dlatego, że ogranicza ich materiał wyjściowy, a więc składający się na antologię „V/H/S” segment „Amateur Night” (2012), na którym pełny metraż oparto. „SiREN”, ponieważ jest filmem-odwołaniem, pozostaje horrorem przewidywalnym. Jego finał odgadnie każdy, kto uważnie obejrzał „V/H/S”. Ujawnia się tu efemeryczny czar kultowej już nowelki, która – kolokwialne rzecz ujmując – zrobiła swoje i pozamiatała konkurencję, zapewniła oglądającemu mindfuck czachy, zostawiając go z mózgiem wypływającym przez ucho. Filmowi Gregga Bishopa nie zapewniono przyciągającej osobliwości. Już na etapie zarodkowym odebrano mu szansę na sukces, kręcąc go jako nudniejszą, rozwleczoną wersję krótkometrażowego oryginału.

„Bite”

bite-chad-archibald

     Poprzedni projekt Chada Archibalda, „The Drownsman” – choć niektórym widzom mógł wydać się udanym throwback horrorem – nie wykorzystał w pełni swojego potencjału, irytował pasywnością. Tegoroczny „Bite” przejawia podobną apatię i winić należy za to reżysera. Do perfekcji doszlifował Archibald w swoim filmie efekty specjalne i scenografię: plan zdjęciowy zamieniono w wiarygodnie oślizgłe owadzie gniazdo, praktyczność efektów ożywia natomiast w pamięci wspomnienie po „Musze” Cronenberga. Realizm wizualny nie przekłada się, niestety, na autentyczność scenariusza; w tym znalazło się miejsce dla kilku logicznych wpadek (bohaterowie nie wydają się być prawie w ogóle poruszeni przeistoczeniem mieszkania Casey w robacze legowisko). Kuleje też naturalność dialogów Archibalda, a jego poczucie humoru kiepsko współgra z melancholijną pracą operatorską (którą, na marginesie, można uznać za zaletę). Archibald wykazuje brak autokontroli, jego „Bite” na równi chce być szokującym monster movie, jak i horrorem dramatycznym, swego rodzaju psychologicznym studium kobiety. Za same ambitne zapędy należy postawić reżyserowi dużego plusa, choć ta dwubiegunowość nie zjedna sobie wszystkich kinomanów. Bliżej „Bite” do potwornego body horroru niż do obrazu o egzystencjalnych znojach, co – koniec końców – podnosi jego ogólną wartość. Jako film, w którym bohaterka stopniowo przeinacza się w robala, „Bite” spełnia swoją koronną rolę: wzbudza obrzydzenie.

„They’re Watching”

theyrewatchng

     „They’re Watching” nie jest standardowym horrorem, a miszmaszem gatunków. Grozy tradycyjnego sortu uświadczymy w nim tyle, ile kot napłakał (na oklaski zasługuje morderstwo siekierą, odrobinę bardziej niepokojące niż te, które zwyczajowo widuje się na ekranie). Niektórzy na wypruty ze strachu film grozy zaczną kręcić nosem. Jako horror komediowy projekt Lendera i Wrighta spełnia jednak swoje podstawowe założenia przynajmniej połowicznie: bawi, chwilami całkiem tęgo. Cieszmy się z tego, co otrzymaliśmy. Parafrazując Vladimira (Dimitri Diatchenko), jedyny horror found footage z mołdawską intrygą w tle to najlepszy horror found footage z mołdawską intrygą w tle.

„Killbillies” aka „Idila”

killbillies-aka-idila

     Z cyklu „film, który chciałbym ocenić wyżej, a nie mogę”: „Killbillies” w reżyserii Tomaža Gorkiča, jeden z pierwszych słoweńskich horrorów. Opowieść o śródleśnej sesji fotograficznej, mającej przeobrazić się w koszmarny sen mieszczucha. Scenariusza praktycznie tu nie ma; odnieść można wrażenie, że Gorkič i członkowie jego ekipy kręcili „Killbillies” w oparciu o umiejętności improwizacyjne. Film uszyto z najbardziej oczywistych klisz, co gorsza takich, które nieznane są naiwnym postaciom. Gdy pośrodku głuszy żwawym krokiem człapią w stronę bohaterów zdeformowane leśne pokraki, u nikogo nie zapala się czerwona lampka ostrzegawcza. W konsekwencji miastowi głupcy trafiają pod ostrze wieśniackiej siekiery. W głowie reżysera świtają dwa hasła: masakra i kanibalizm. Nieszczęsne ofiary, w tym twardzielka Zina, jakimś cudem nigdy nie widziały jednak klasyków Cravena i Hoopera. „Killbillies” to film wielu błędów – pełen mizoginizmu, niedynamicznie zmontowany, biedny budżetowo. Włada jednakże walorami, jakie ucieszą slasherowych wyjadaczy. Nieliczne efekty gore wykonano z dużą sprawnością, a nihilistyczna scena finałowa nie daje nadziei na lepsze jutro. Rok 2016 niejednokrotnie dawał nam okazję do podróży po horrorowej mapie Europy, a Słowenia jest przystankiem, na jakim można się zatrzymać – choć bynajmniej nie trzeba.

„Smothered”

smothered-b-moseley

     Autoironiczny horror komediowy o podrzędnym konwencie, którego przebieg ma okazać się makabryczny w skutkach… dla jego gwiazd. Sama inicjatywa zasługuje tu na dużego plusa, a obecność na ekranie Kane’a Hoddera, Billa Moseleya czy R.A. Mihailoffa (wszyscy trzej wypadają świetnie) ucieszy niejednego fana slasherów. Film lepiej sprawdza się jako komedia – nawet nieszczególnie czarna, bardziej traktująca o życiu i niechlubnej pracy ikon horroru. Nie każda scena uderza komizmem, potrafią też twórcy stawiać na żenująco pospolity humor; często jest jednak zabawnie i ekscentrycznie. Na ekranie Hodder może grać bad assa, a w życiu ledwo wiąże koniec z końcem, uczestnicząc w gównianych konwentach na zadupiu Luizjany. O tym jest „Smothered” – o urokach i cieniach sławy. Jako straszak sprawdza się film gorzej – nie emocjonuje, bywa tandetny. Za wadę należy uznać też chaotyczność, która od pierwszym do ostatnich minut wypełnia to, co dzieje się w kadrze.

„Shut In” aka „Intruders”

shut-in-aka-intruders

     Cierpiąca z powodu ekstremalnej odmiany agorafobii Anna traci ukochanego brata. Choć za cel stawia sobie pojawienie się na jego pogrzebie, strach przed otwartą przestrzenią bierze górę nad miłością. Anna opłakuje więc zmarłego w domowym zaciszu. Szybko będzie musiała wziąć się w garść. Wizytę składają bohaterce – spadkobierczyni fortuny – trzej bezwzględni przestępcy. „Shut In” gardzi standardami przeciętnego home invasion movie. Anna nie jest nieporadną ofiarą, która – można by odnieść wrażenie – zrobi wszystko, by tylko nie uciec z okupowanej przez zbirów posiadłości; ona naprawdę nie jest w stanie postawić stopy poza progami rodzinnego gniazda. W trakcie pierwszych trzydziestu, czterdziestu minut seansu można oryginalnemu projektowi Adama Schindlera przyklasnąć: napięcia w nim sporo, tempo akcji sunie jak po maśle, nie szwankuje logika ekranowych wydarzeń. Im bliżej drugiej połowy projekcji, tym bardziej film wzgardza, niestety, standardami zdrowego rozsądku. Obraz równie prosty i subtelny jak szlagier Terence’a Younga „Doczekać zmroku” przeistoczono w „Piłę 11”. W finale „Shut In” absurd goni już absurd, a reżyser zdaje się manewrować kilkoma pomysłami na skuteczne zamknięcie filmu jednocześnie. Historia to stara jak świat: efektywny, obiecujący horror przepoczwarzył się w bełkotliwe dziwowisko.

     Inne warte odnotowania tytuły: „Evolution”„The House on Pine Street”, „Scare Campaign”„Ava’s Possessions”„Fear, Inc.”„Duchy kanionu”„Dark”„Knucklebones”„Wybryk natury”.

Advertisements

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s