Filmowe podsumowanie 2016 roku: 10 najgorszych horrorów

horror2016

„Honorable” mention: „Jeruzalem”, „Yoga Hosers”

10. „Baskin”

baskin-turkish-horror

     UWAGA NA SPOILERY. W marcu internet oszalał na punkcie zwiastuna nadchodzącego shockera, w którym zdeprawowani policjanci stają się uczestnikami czarnej mszy. W kwietniu ukazał się produkt finalny: niezdyscyplinowany narracyjnie, opatrzony demobilizującym tempem „Baskin”. Dwa pierwsze akty filmu okazują się zwyczajnie nieciekawe. Akt trzeci ciemiężony jest przez wszechobejmujący ból. „Baskin” zaczyna upodabniać się do wizji piekła, jaką go zapowiadano, choć z „Hellraiserem” czy, przykładowo, „Ukrytym wymiarem” nadal niewiele go łączy. Czyjeś wnętrzności stają się strawą dla kogoś innego, największy jebaka na komisariacie traci ślepię, a jego oczodół zostaje przelizany po francusku. Potem, gdy powoli się wykrwawia, zmuszany jest amant do odbycia satanistycznego stosunku z upodloną niewolnicą. Jako zwiastunowa migawka scena mogłaby zrobić na widzu wrażenie. Jako jeden z nielicznych quasi-szokujących momentów w 96-minutowym horrorze rozbudza jedynie degeneracki apetyt. Po Amerykanach, Francuzach, a nawet Polakach Turcy odkryli kino spod znaku gore. Gratulacje.

9. „Diabelski młyn”

windmillmassacre

     „The Windmill Massacre” – kolejna, po „Baskin”, wpadka wśród horrorów made in Europe. Reżyser Nick Jongerius z początku zdobywa nasze zainteresowanie. Podrzuca nam stos mięsa armatniego (w tym bezbronne dziecko!), przedstawia ciekawą protagonistkę, ponure holenderskie wiatraki osnuwa straszliwą legendą. Czterdzieści, pięćdziesiąt minut po napisach prologowych trudno nadal utrzymywać uwagę na tym, co dzieje się na ekranie: losy bohaterów – ciągle szwendających się wokół jednego z mrocznych młynów i o tymże ględzących – mamy na tym etapie gdzieś. Scenariuszowe faux pas mnożą się niczym grzyby do deszczu. Jednym z większych błędów okazuje się wyeliminowanie (czyt. zarżnięcie) najbardziej niesztampowej postaci jako pierwszej. „The Windmill” nie jest skończoną porażką: film toczy się na tle pięknie jesiennej scenerii, a akcji towarzyszy dramatyczny wątek głównej bohaterki – dziewczyny pogubionej, chcącej odkupić swoje winy. Tych kilka pozytywów to jednak mało, a projekt Jongeriusa zwyczajnie nie sprawdza się jako miks slashera i horroru nadnaturalnego. Główny czarny charakter, tajemniczy Młynarz, niewiele ma wspólnego z prezentowanymi wydarzeniami, wydaje się oderwany od realiów fabuły.

8. „The Veil”

veilthe

     Na nic zdała się charyzma Lily Rabe, nic nie pomógł też seksapil Jessiki Alby. „The Veil” Phila Joanou przez nieudolność realizatorów był filmem z góry skazanym na klęskę. Nie gra w nim wszystko: martwa kolorystyka zdjęć, sucha scenografia, na siłę upchnięta w scenariusz konwencja found footage, wreszcie potworny schematyzm sytuacji ekranowych. Najbardziej razi jednak brak zdyscyplinowania, jaki wykazuje reżyser. Nie wiemy, jakim filmem miał być „The Veil”; paranormalne jump scare’y podpowiadają, że horrorem o duchach, choć inne sekwencje sugerują slasher lub historię kultu religijnego. Oliwy do tego ogniska rozpaczy dolewa Thomas Jane, odtwórca roli obłąkanego sekciarza. Jego kreacja ocieka desperacją – Jane zrobi wszystko, by zatrzymać na sobie wzrok półprzytomnego, wynudzonego widza. Gdzieś pomiędzy entym okrzykiem szaleństwa a karykaturalnym atakiem konwulsji aktor gubi się w swych założeniach artystycznych, zaczyna robić z siebie błazna. „The Veil” to pozycja chybiona i najzwyczajniej słaba – nawet jak na film z katalogu BH Tilt.

7. „Dead 7”

dead7

     Nie sposób oczekiwać, by zombie horror z udziałem wokalistów przygasłych boysbandów zachwycił publikę. Pozycja jak „Dead 7” powinna jednak dostarczyć widzom bezdeń rozrywki, a nawet tej wyskrobał dla nas Danny Roew niewiele. Ten fakt dziwi – najjaśniejszym punktem „filmografii” Roewa pozostaje multum odcinków amerykańskiego „Big Brothera”. Ja po seansie ostatniej produkcji The Asylum, zamiast zacząć myśleć o odchamieniu, zacząłem przeciągać się i ziewać z nudów. Nie odczułem potrzeby prędkiego wyjścia do teatru, za to postanowiłem sięgnąć po „Piranię 3D”, która dla Roewa winna była stanowić reżyserską biblię. Najjaśniejszy punkt „Martwej siódemki”: Jeff Timmons w roli seksownego rewolwerowca.

6. „Another” aka „Mark of the Witch”

another-mark-of-the-witch

     Niełatwo jest dorównać kunsztowi największych włoskich reżyserów gatunkowych. Pochodzący z Kalifornii fotograf Jason Bognacki, w świecie kina dopiero raczkujący, uparł się natomiast, że zostanie drugim Dario Argento. Kręcąc „Another” – pewnego rodzaju odpowiedź na niezrównaną „Suspirię” – stanowczo przegiął młody filmowiec z groteską. Nie udało mu się jednak poczynić dzieła tyleż irracjonalnego, co czarującego abstrakcją, a jedynie przestylizowane głupstwo. Szkoda, bo okazjonalnie da się poznać, że co nieco o filmotwórstwie wie. Zbyt porywiście ciągnie Bognackiego w stronę art-house’u, co mocno kontrastuje z plebejskim formatem, jaki nadają „Another” (czy też „Mark of the Witch”) choćby mizerne efekty specjalne i przeciętne aktorstwo. W niczym nie pomaga rozwleczenie filmu, który spokojnie zamknąć można w piętnastu minutach, do poziomu przydługiego pełnego metrażu.

5. „Vampyres”

vampyres2015

     Remake krwawego shockera o tym samym tytule. Powstały w 1974 roku oryginał nosi status dzieła bezprecedensowego – wśród kąśliwych, zabarwionych erotyką horrorów o wampirach uchodzi za klasykę. I nawet jeśli jego „klasa” zanurzona jest w iluzorycznej umowności, upadek na dno nigdy mu nie zagrażał. Dobrego imienia pierwszej wersji „Vampyres” chroni zastęp oddanych, ekscentrycznych fanów. Victor Matellano odmuchał starą historię z kurzu, by przekształcić ją w keczupową, balansująca na granicy dobrego smaku kpinę, której nijak nie pomagają nawet lesbijskie akcje w wydaniu nagich aktorek. „Vampyres 2016” nie uzbiera twardego grona entuzjastów, ponieważ pozbawiony jest tak wdzięcznego kiczu, jak i siły przebicia – to film nieciekawy oraz tandetny, bez cienia ironii źle odegrany i wyreżyserowany, niemrugający do widza sardonicznym okiem. Dbałe kadrowanie obrazu – efekt pracy amatorskiej kamery – oraz nie najgorsze efekty specjalne stanowią tu balsam dla nieszczęsnego widza, choć „Vampyres” nadal w pełni zasługuje na niechlubną etykietę pustego, na siłę skandalizującego horroru sexploitation.

4. „The Possession Experiment”

possessionexperim

     Reżyser Scott Hansen miał w zanadrzu scenariuszowego asa. Nakręcił horror o opętaniu, w którym bohater celowo ściąga na siebie demoniczne moce. Ten oryginalny zwrot w zawstydzenie wprowadzić mógłby nawet Jordana Gallanda i jego marcowe dziwowisko, „Ava’s Possessions”. Cóż jednak z tego skoro brak Hansenowi podstawowych umiejętności merytorycznych? Akcja w „The Possession Experiment” wije się ślamazarnie i pozostawia po sobie odstręczający trop nudy. Kolejne postaci budzą coraz silniejszą irytację, plotąc bez sensu oraz pociągając niedopracowane wątki, wprowadzane do skryptu bez umiaru. Wśród odtwórców ról pierwszo- i drugoplanowych pięknie dźwięczą niemoc na przemian z apatią – są one miarą aktorskiej kompetencji kiepsko obsadzonych wykonawców. Jeden-jedyny Bill Moseley, choć próbuje wykrzesać coś z tępego tekstu, szybko zostaje odesłany poza ekranowy kadr. Jego potencjał zmarnowano po całości. Hansen wyreżyserował swój film bezwiednie, jakby na oślep, licząc chyba, że z popularnych frazesów poskłada mało oryginalny, ale efektywny horror. Tak się nie stało, a „Possession Experiment” jest tylko i wyłącznie truistyczny.

3. „The Final Project”

finalprojectthe

     Pomijając już fakt, że jest „The Final Project” dziełem odtwórczym i przewidywalnym (sztampowe finałowe sceny wyreżyserowano chyba w oparciu o kompendium wiedzy dla artystów upośledzonych kreatywnie), NIE DA SIĘ nie zauważyć, jak absolutnie amatorsko przedstawia się wizja Taylora Ri’charda pod kątem obróbki technicznej. Cięcia bywają tu absurdalne, prowadzeniu kamery nadano karykaturalny realizm, o udźwiękowieniu zapomniano. „Hejtowanie” powstałego za przysłowiowe grosze indie horroru nie przychodzi mi z łatwością. Przeciwnie, w straszakach podobnego kroju niemal zawsze udaje mi się znaleźć pozytywy – jak wiele lub niewiele by się ich uzbierało. „Final Project” dysponuje jedną-jedyną efektowną sceną oraz wieloma nietrafionymi jump scare’ami. Nużące ostatnie minuty filmu migają nam przed oczami w ekspresowym tempie niczym składanka typu „greatest hits” i przypominają o dziesiątkach stokroć lepszych horrorów. Ri’chard – o pracy reżysera niemający mniejszego pojęcia – swój pierwszy film nakręcił chyba tylko po to, by dowieść, że każdy może pobiegać po lesie z kamerą w dłoni, a efekt tej błazenady sprzedać jako twór artystyczny. Nie każdy jednak takie gówno kupi.

2. „Mansion of Blood”

mansion-of-blood-g-busey

     Gdy Gary Busey urasta do rangi najzdolniejszego ze zgromadzonych na planie zdjęciowym aktorów, śmiało można produkowany film spisać na straty. Mike Donahue nie tylko „Mansion of Blood” ukończył – zresztą z bardzo marnym skutkiem, ale też zdołał go sprzedać i zapewnić mu dostateczną promocję. Baza IMDb podaje, że abominacja Donahue znalazła sobie czterdziestu ośmiu widzów i, uwierzcie, to o cztery tuziny odbiorców za dużo. Scenariusz filmu napisał fabularzysta-schizofrenik. Skrypt przeładowano „intrygą” i zwrotami akcji na tyle debilnymi, że wręcz budzącymi jakąś wstydu godną fascynację biedotą umysłową. Natkniemy się w „Mansion…” na sceny z udziałem morderczych karłów, wampirów o gumowym uzębieniu i chichoczącej głowy Buseya, mętnie wirującej w powietrzu; na sekwencje natarć dziecinnie ucharakteryzowanych żywych trupów, na pseudokomizm rozdmuchany do granic możliwości. Kompilując prawie 100-minutowy materiał montażysta pozwolił sobie na rozwinięcie wątku romansowego, łączącego człowieka i emanującego zieloną poświatą ducha. Szlify techniczne nadano filmowi pracując, najprawdopodobniej, na Windowsie 98. Donahue to masochista. Jego „Mansion of Blood” w starciu z tytułami, jakie znajdziecie w poście o najlepszych horrorach, nie miał mniejszych szans na sukces. Syf i mogiła, a w niej mumia – owinięta w papier toaletowy.

1. „Phantasm: Ravager”

phantasmravager

     Miłość fanowska bywa ślepa. Gdy widzę, z jak wielką admiracją spotykają się tak klasyczny „Phantasm” (znany również pt. „Mordercze kuleczki”), jak i nieśmiertelna rola Angusa Scrimma w owym filmie, rośnie mi serce. Nawet najbardziej ekstremalni entuzjaści splatterowej serii nie mają jednak powodów, by chwalić jej ostatnią odsłonę. „Ravager” to śmieć, jakich mało: hucznie zapowiadany sequel, który wśród maniaków horroru uwagę zdobył dzięki zaangażowaniu w projekt 86-letniego Scrimma, a później, po śmierci aktora, z przykrego wydarzenia uczynił narzędzie promocyjne. Czwartą kontynuację „Phantasm” obejrzeć można wyłącznie po to, by pożegnać się z charyzmatycznym Scrimmem; bynajmniej nie dla zabijającej szare komórki, niewciągającej opowieści, karygodnie wygenerowanych efektów CGI oraz wszechstronnego amatorstwa współrealizatorów. Między pierwszą i finalną częścią zapoczątkowanej w 1979 roku sagi grozy istnieje kosmiczna dysproporcja artystyczna. Wciąż zaciskam w złości zęby, gdy okazuje się, że średnia ocena „Ravager” w bazie IMDb nie spadła poniżej pięciu punktów na dziesięć.

Advertisements

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s