Nie śpij, walcz! [„Koszmar z ulicy Wiązów”, 1984]

     Choć trudno w to uwierzyć, w pierwszym „Koszmarze z ulicy Wiązów” obdarowano Freddy’ego Kruegera zaledwie siedmioma minutami czasu ekranowego. Jeden z najbardziej przerażających filmowych morderców, a zarazem symbol i chluba amerykańskiego kina grozy w klasyku Wesa Cravena z 1984 roku gra rolę zgoła drugoplanową. Wiąże się z tym kuriozum pewien paradoks, bo, mimo ograniczonego udziału w procesie zajść wewnątrzkadrowych, Krueger wywiera olbrzymi wpływ na całokształt projektu. Bez morderczych mrzonek oraz widma najsłynniejszego upiora X muzy „Koszmar…” mógłby nie nabrać kształtu intrygującej metafory nastoletnich lęków i udręk, a odarty z występu Roberta Englunda mógłby nie urosnąć do rangi horroru wszech czasów. Współpraca Englund-Craven napędza siłę artystyczną projektu.

anoes4

     Piętnastoletnią Tinę Gray (Amanda Wyss) prześladują senne mary. W koszmarach objawia się jej plugawy mężczyzna w czerwono-zielonym swetrze i przybrudzonym kapeluszu, z okropnie poparzoną twarzą. Jego dłoń przyozdabiają piekielnie ostre brzytwy, przytwierdzone niczym szpony do skórzanej rękawicy. Tina opowiada o swych snach grupie bliskich przyjaciół, a kilka godzin później umiera we własnym łóżku, w niejasnych okolicznościach. Zagadka śmierci dziewczyny jeży włos na głowie Nancy (Heather Langenkamp), której w nocnych majakach ukazuje się to samo straszydło. Koszmary Nancy z niepokojących przeobrażają się w niebezpieczne; nabierają nieziemskiego realizmu. By rozwikłać zagadkę wstrząsającego ulicą Wiązów horroru, bohaterka będzie musiała przyzwyczaić się do gorzkiego posmaku ożywiającej kofeiny.

Czytaj dalej Nie śpij, walcz! [„Koszmar z ulicy Wiązów”, 1984]

Krótka piłka: „Kiedy gasną światła” [2016]

     Pochodzącemu z Jönköping Davidowi F. Sandbergowi udała się rzecz niemożliwa: niespełna trzyminutową krótkometrażówkę o zmorze objawiającej się w ciemności przeobraził on w porywające, półtoragodzinne widowisko. W pierwowzorze koncept był prosty i opierał się na grze światła z cieniem. W remake’u – jeśli można tak nazwać amerykańską odpowiedź na szwedzką sensację – zagrożenie nadal pojawia się, gdy, no wiecie, gasną światła, ale lęki i niepokoje bohaterów mają też podłoże nienadnaturalne. „Lights Out” stanowi dramatyczne spojrzenie na chorobę psychiczną. Sandberg nadał swemu dziełu nietypowy, depresyjno-blockbusterowy ton. Przeprowadził udany eksperyment, którego rezultat ucieszył tak fanów „Naznaczonego”, jak i widzów rozmiłowanych w horrorach bardziej beznamiętnych. Końcowe minuty filmu niewiele mają wspólnego z typowym hollywoodzkim happy endem – i bardzo dobrze. „Kiedy gasną światła” to projekt na swój sposób wyrachowany, za to dający multum satysfakcji tym, którzy poświęcą mu uwagę.

     „Lights Out” zajął 16. miejsce w rankingu najlepszych horrorów ubiegłego roku. Całe notowanie znajdziecie pod danym linkiem.

lout16

7-i-pol