Nie śpij, walcz! [„Koszmar z ulicy Wiązów”, 1984]

     Choć trudno w to uwierzyć, w pierwszym „Koszmarze z ulicy Wiązów” obdarowano Freddy’ego Kruegera zaledwie siedmioma minutami czasu ekranowego. Jeden z najbardziej przerażających filmowych morderców, a zarazem symbol i chluba amerykańskiego kina grozy w klasyku Wesa Cravena z 1984 roku gra rolę zgoła drugoplanową. Wiąże się z tym kuriozum pewien paradoks, bo, mimo ograniczonego udziału w procesie zajść wewnątrzkadrowych, Krueger wywiera olbrzymi wpływ na całokształt projektu. Bez morderczych mrzonek oraz widma najsłynniejszego upiora X muzy „Koszmar…” mógłby nie nabrać kształtu intrygującej metafory nastoletnich lęków i udręk, a odarty z występu Roberta Englunda mógłby nie urosnąć do rangi horroru wszech czasów. Współpraca Englund-Craven napędza siłę artystyczną projektu.

anoes4

     Piętnastoletnią Tinę Gray (Amanda Wyss) prześladują senne mary. W koszmarach objawia się jej plugawy mężczyzna w czerwono-zielonym swetrze i przybrudzonym kapeluszu, z okropnie poparzoną twarzą. Jego dłoń przyozdabiają piekielnie ostre brzytwy, przytwierdzone niczym szpony do skórzanej rękawicy. Tina opowiada o swych snach grupie bliskich przyjaciół, a kilka godzin później umiera we własnym łóżku, w niejasnych okolicznościach. Zagadka śmierci dziewczyny jeży włos na głowie Nancy (Heather Langenkamp), której w nocnych majakach ukazuje się to samo straszydło. Koszmary Nancy z niepokojących przeobrażają się w niebezpieczne; nabierają nieziemskiego realizmu. By rozwikłać zagadkę wstrząsającego ulicą Wiązów horroru, bohaterka będzie musiała przyzwyczaić się do gorzkiego posmaku ożywiającej kofeiny.

     Oksymoron „nieziemski realizm”, postawiony parę zdań wyżej, nie znalazł się w tekście niniejszej recenzji bez powodu. Craven zaradnie łączy w „Koszmarze…” to, co prawdziwe, z wymysłami rozgorączkowanej głowy; według pomysłu reżysera światy wyobraźni i rzeczywistości nakładają się na siebie, warstwa na warstwie. Sceny toczące się na korytarzach opustoszałej szkoły lub w spowitych mrokiem alejkach zahipnotyzowanego snem miasteczka sprawiają wrażenie oderwanych od realiów życia codziennego, towarzyszy im aura przywidzeń i halucynacji. Gdyby jednak odebrać im surrealistyczne nasycenie i podkręconą, fantazyjną barwę zdjęć, mogłyby okazać się składową straszaka nieosadzonego przy ulicy Wiązów, filmu o mordercy jak najbardziej rzeczywistym. Craven igra z percepcją swoich widzów aż miło, a operator Jacques Haitkin dowodzi, że jest artystą nie tylko utalentowanym, ale też wszechstronnym, patrzącym rozleglej i postrzegającym świat intensywniej.

anoes2

     Najbardziej oczywistą, ale też najistotniejszą zaletą arcydzieła Cravena są – co tu owijać w bawełnę – sekwencje koszmarów. Czy to przyglądając się przeciąganiu worka ze zwłokami przez niewidzialną siłę, czy też topiąc oczy w erupcjach galonów krwi, nienaturalnie zalewających sypialnię młodego Johnny’ego Deppa, czujemy dreszcz niepokoju i ekscytacji. Na realizację „Koszmaru z ulicy Wiązów” przeznaczono niewielki budżet, lecz powstałe na planie zdjęciowym praktyczne efekty specjalne po dziś dzień wywierają olbrzymie wrażenie na kolejnych pokoleniach odbiorców. Scena, w której Tina ucieka przed Kruegerem przez podmokłe, ślepe uliczki, jeży włos na głowie. Emocjonalnym tornadem okazują się jednak kolejne ujęcia, w których mordowana, skąpo odziana nastolatka wleczona jest przez sufit, pozostawiając po sobie krwawe plamy. Nadnaturalna scena wzbudza niesmak na przemian z niechcianym podnieceniem, a jej erotyczny podtekst regułę „seks zabija” przewraca, całkiem dosłownie, do góry nogami.

     Jak już wspomniałem, nad wyraz mocnym punktem „Koszmaru…” pozostaje postać Freddy’ego Kruegera, który dopiero w kolejnych sequelach filmu z postrachu nocy przeistoczył się w pierwszego horrorowego humorystę. U Cravena senny zabójca pozostaje antybohaterem efemerycznym, a dzięki temu szczerze fascynującym. Englund kradnie film sprzed nosa innym aktorom, w tym emanującej rześkim entuzjazmem Langenkamp oraz średnio pochłoniętemu swoją rolą Johnowi Saxonowi. Jego nieobliczalna ekspresja fizjonomiczna oraz posępno-euforyczny tembr głosu to materiał opałowy najżarliwszych koszmarów. Krueger stanowi sugestywne ucieleśnienie lęku przed dojrzewaniem, a sam horror Cravena to spojrzenie na trudny czas dorastania i pożegnania z buntowniczym infantylizmem. Niewiele ejtisowych slasherów może pochwalić się tak zaangażowanym scenariuszem.

     Bystry, zaskakujący projekt, slasher awangardowy i w pełni oryginalny, najdostojniejsza pozycja w filmografii mistrza, Wesa Cravena. Zachwyty nad „Koszmarem z ulicy Wiązów” zaiste mogłyby nie mieć końca!

anoes3

09

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s