Jak Feniks z koszmarów. [„Koszmar z ulicy Wiązów 4: Władca snów”, 1988]

     Kristen (Tuesday Knight), Kincaid (Ken Sagoes) i Joey (Rodney Eastman) dokonali niemożliwego: udało im się unicestwić demonicznego Freddy’ego Kruegera (Robert Englund) oraz przywrócić porządek na ulicy Wiązów. Gdy jednak sny zamieszkujących Springwood nastolatków zaczyna nawiedzać upiór w przybrudzonym swetrze i przetartym kapeluszu, heroizm tercetu zostaje poddany w wątpliwość. Kristen i jej koledzy powracają do nie tak starych nawyków: by nie zasnąć, łykają bogate w kofeinę napoje, znajdują nocne hobby. Potęga płonącego w piekle Freddy’ego rośnie jednak wraz z bezsiłą dusz jego ofiar, a tych łajdak zgromadził już wiele. Powrót mordercy ze świata snów inicjuje kolejną rzeź. W niebezpieczeństwie znajduje się grupa licealistów, z przyjaciółką Kristen – Alice (Lisa Wilcox) – na czele.

koszmar4-3-kristen-freddy

     „Koszmar z ulicy Wiązów 4: Władcę snów” wyreżyserowano wówczas, gdy popularność Freddy’ego Kruegera sięgnęła zenitu. Englund, wracając pamięcią do wydarzeń z planu zdjęciowego filmu, wspomina rozgorączkowanych fanów, otaczających jego campera. Na realizację „The Dream Master” studio New Line Cinema wyłożyło większe pieniądze niż rok czy trzy lata wcześniej, kręcąc poprzednie sequele „Koszmaru”. Krueger jawi się w tej wyjątkowej kontynuacji jak superbohater – nawet, jeśli z bohaterstwem nic go nie łączy. Powrót Freda z krótkiego urlopu w piekle to tak naprawdę jego wielkie wejście do panteonu najważniejszych zbrodniarzy kina. Kalecząc i szlachtując małolatów, Krueger wyciął sobie drogę do świątyni filmowych czarnych charakterów.

     Widzowie pokochali Freddy’ego, gdy tylko przedstawił im go Wes Craven. Jednak to po premierze „Władcy snów” doczekał się fantastyczny zabójca własnego serialu telewizyjnego. Trzeci sequel „Koszmaru z ulicy Wiązów” nie tylko podbił rankingi box-office’u, ale też zasłużył sobie, by niemal trzydzieści lat od momentu jego wydania piać nad nim z zachwytu. Nie będę szczędził Renny’emu Harlinowi i jego dziełu słów pochwały; w czwartym z kolei „Koszmarze” widzę horror bardziej harmonijny i zwyczajnie lepszy niż „Wojownicy snów”. Scenariusz wykazuje tu lepsza strukturę fabularną, a jego autorzy równoważą grozę na przemian z zawadiackim, screwballowym humorem. Brian Helgeland, Harlin i inni współpracujący z nimi fabularzyści postanowili wejść w buty po Cravenie – jak się okazało, doskonale na nich dopasowane. W ich skrypcie, podobnie jak wcześniej, w prymarnym „Koszmarze z ulicy Wiązów”, potencjalna final girl ginie nagle w okropnych okolicznościach, a rolę pierwszoplanową przejmuje niepozorne dziewczę, już wkrótce mające odkryć w sobie przemożne pokłady energii duchowej. Alice Johnson to postać mająca kluczowe znaczenie dla serii, a jednocześnie heroina, z którą dziwną, interekranową zażyłość odczuje wielu nastoletnich widzów. Postaci we „Władcy snów” generalnie sprawiają wrażenie sympatyczniejszych i bardziej „ludzkich” niż te z prequelu; Alice stanowi jednak sensację. Jej transformacja z nieśmiałej outsiderki w znającą własną wartość siłaczkę okazuje się poruszająca, a mottu „uwierz w siebie” nadaje elektryzujące znaczenie.

koszmar4-4-sheila

     „Władca snów” to nie tylko jedyny film z serii poświęcony rozwojowi ducha. Wyjątkowość tej odsłony tkwi także we wspaniale ejtisowym klimacie, zbudowanym głównie, choć nie tylko, na fundamencie metalowo-new wave’owego soundtracku. Na ścieżce dźwiękowej zabrakło kawałków sztandarowych gwiazd pokolenia MTV. W zamian za to w co bardziej porywających do tańca scenach wykorzystano szlagiery Divinyls, Love/Hate czy wreszcie Dramaramy (niech mnie diabli, jeśli „Anything, Anything” nie jest najlepszym alternatywno-rockowym utworem lat 80.!). Wykorzystane w filmie piosenki są skoczne i żywiołowe, a przede wszystkich jeżą włos na głowie tak bardzo, że układa się on w wielką, napuszoną fryzurę.

     Choć barwna bohaterka przodująca i towarzyszący jej wątek napędzają efektowność „Koszmaru z ulicy Wiązów 4”, wielu oglądających dostrzeże, że nakręcił Harlin obraz bardzo często gardzący zdrowym rozsądkiem – gardzący nawet jak na standardy serii. Logika scenariusza kuleje zwłaszcza, gdy zaczniemy kontemplować nad umiejscowieniem czasowym „czwórki” i przyrównamy je do czasu akcji poprzednich „Koszmarów”. Nomen omen, tylko głupiec zadeklarowałby jednak, że fabuła we „Władcy snów” obraża jego intelekt. Trzeźwo myślący widz zdaje sobie sprawę, że lotność sagi Freddy’ego tkwi w wyśnionym surrealizmie, namalowanym przy użyciu ekspresywnych kolorów, a także w pomysłowych scenach uśmierceń i widowiskowych efektach specjalnych. Efekty, zwłaszcza dusze opuszczające ciało Kruegera oraz inspirowana twórczością Cronenberga przemiana ofiary w karalucha, nawet dziś wywierają na fanach horroru spore wrażenie.

     Hollywoodzki debiut Harlina to jego życiowe osiągnięcie – przynajmniej na chwilę obecną. Reżyseria młodego Fina jest żywa i dynamiczna, a jego pomysły fabularne bywają wręcz awangardowe. Nic dziwnego, że nawet Wes Craven uznał pracę Harlina za udaną. W „Koszmarze z ulicy Wiązów 4” Krueger odradza się jak Feniks z popiołów, choć w rzeczywistości ożywia go pies z kulawą nogą, sikając na jego truchło ogniem. Ryzykowny, nie zawsze błyskotliwy humor zdaniem jednych ubarwił „Władcę snów”, a zdaniem innych – sprowadził serię na niewłaściwe jej tory; przede wszystkim stał się jednak składową czarującego, zasłużenie kultowego filmu.

koszmar4-2-alice

09

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s