Don’t think it. Just see it. [„Bye Bye Man”, 2017]

     W 1969 roku dziennikarz Larry Redmon (Leigh Whannell) z zimną krwią morduje kilkoro ze swoich sąsiadów, a następnie popełnia samobójstwo. Jest święcie przekonany, że tych desperackich czynów dopuszcza się w akcie bohaterstwa, chroniąc niewinnych przed demonicznym złem. Nigdy nie wyjaśniono, dlaczego Larry poczynił tak drastyczne kroki i przed czym właściwie chciał „ocalić” mieszkańców cichej, przedmiejskiej społeczności. Na trop nieopublikowanych wcześniej artykułów zmarłego reportera trafia Elliot (Douglas Smith), który wraz z dziewczyną (Cressida Bonas) i bliskim przyjacielem (Lucien Laviscount) wprowadził się właśnie do zaniedbanej posiadłości na obrzeżach miasta. W nowym domu zaczyna dochodzić do nadnaturalnych zajść. Ku zaskoczeniu Elliota, jego kłopoty ściśle wiążą się z zagadką Redmona.

byebyeman2

     „Bye Bye Man” w reżyserii Stacy Title hucznie obwołano już jako jedną z najsłabszych tegorocznych premier, nie zwracając w gruncie rzeczy uwagi, że do końca 2017 roku zostało jeszcze grubo ponad osiem miesięcy. Streszczenie fabuły, a tym bardziej rozwój wątków i wydarzeń ekranowych, faktycznie, mogłyby sugerować, że Title nakręciła horror wypruty z oryginalności; że nakręciła niepełnosprawną, twórczą inaczej wersję „Babadooka” czy „Candymana”. Tak źle na szczęście nie jest. „Bye Bye Man” nie należy do produkcji szczególnie odkrywczych, ma jednak to szczęście, że dzięki prostocie osiągnęła jego reżyserka zamierzony efekt grozy: skrzypiące drzwi i czarny płaszcz z kapturem, zawieszony w ciemnym kącie spowitej nocą sypialni, z dużą skutecznością zjeżą włos nawet na krytycznie nastawionej głowie.

     Egzamin u fanów gatunku zdać powinny też podstawowe założenia fabuły, która, sama w sobie, dryfuje niekiedy w stronę absurdu. Tytułowy Bye Bye Man, choć nazwany dość przygłupio, mógłby równie dobrze okazać się dalszym krewnym wspomnianego Candymana (alias Daniela Robitaille’a). Zamiast wywoływać go pięciokroć, wystarczy wspomnieć jego ksywkę w myślach. Sama myśl o antybohaterze nie z tego świata daje mu wystarczającą siłę, by był zdolny wyrosnąć znikąd i wymierzyć przywołującemu karę. Prezencja Bye Bye Mana też przyprawia o ciary, co nie powinno dziwić wcale: rolę tytułową powierzono ulubieńcowi mas, Dougowi Jonesowi. Szkoda, że trzeci akt filmu zaczyna cechować się coraz dziwniejszą logiką, a w głowie Title roziskrza się upodobanie do groteski. Ostatnie minuty „Bye Bye Man” to zarazem jego ostatnie podrygi; wymęczony i przekombinowany epilog sprawia, że film umiera w agonii.

byebyeman3

     Nim trumnę przebija ostatni gwóźdź, „Bye Bye Man” pozostaje horrorem satysfakcjonującym lub, jak kto woli, znośnym: banalnym, ale utrzymującym w zainteresowaniu. Jest ciekawy, bo czarny charakter pogrywa z lękami i paranojami kolejnych postaci – a to grożąc życiu niewinnych dzieci, a to wywołując strach przez odrazę. Już inicjujące film, depalmowskie długie ujęcie powinno przykuć uwagę kinomanów. Niestety, kiepskie decyzje reżyserskie objawiają na ekranie często, przez co opada ogólna wartość projektu. We własnej przeciętności gotują się wręcz co bardziej istotni aktorzy: główna rola żeńska to kwintesencja letargu, marazm interpretatorski. Żonglując kliszami, korzysta Title z dość dyskusyjnych rekwizytów. Tak oto w jednej ze scen nasz cytujący Rilkego protagonista zasiada przy starym bibliotecznym pececie i googluje hasło – a jakże – „Bye Bye Man”. Bardzo kiepsko wygląda wygenerowany komputerowo, diabelski czworonóg, towarzyszący objawieniom tytułowego antybohatera.

     „Bye Bye Man” trafił właśnie do obiegu DVD dzięki Monolith Films – około trzy miesiące po premierze światowej. Styczniowe horrory często okazują się słabizną, upchniętą do dystrybucji wówczas, gdy kina z reguły odwiedzane bywają dość niechętnie. Zainspirowaną „Koszmarem z ulicy Wiązów” produkcję Stacy Title postawimy na wyższej półce – choć wyższej niewiele.

     Albert Nowicki – dziennikarz, tłumacz i copywriter, miłośnik kina, zwłaszcza filmowego horroru. Jego teksty pojawiały się między innymi na łamach serwisów Filmweb oraz Movies Room. Blog His Name Is Death prowadzi nieprzerwanie od 2012 roku.

byebyeman4

5 i pol

Advertisements

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s