Mało krzyku… o nic. [„Scream”, 1981]

     Ponoć od przybytku głowa nas nie rozboli. A jednak obejrzawszy pseudoslasher Byrona Quisenberry’ego „Scream” (1981) doszedłem do zdecydowanego wniosku, że lata osiemdziesiąte mogłyby pozostać uboższe choćby o ten jeden supertani horror. Bo „Scream” to już nawet nie bubel i parodia, a parodia parodii; nie szkarada a szkaradzieństwo. Kiedyś za kiepskie slashery uważałem „Szczątki” Piquera Simóna i „Killer Workout”. Wiele się od tych czasów zmieniło. Masochistyczni miłośnicy kina klasy „Z” z pewnością nadal szukają zaginionego „arcydzieła”, które przyprawi ich o wrzody żołądka i wypali im oczy. Nikłe są szanse, że trafią na pozycję nikczemniejszą niż „Scream”.

Scr3

     Grupa zaprzyjaźnionych kukiełek bez osobowości (wśród nich grubas-słabeusz i para osób w zaawansowanym wieku) organizuje weekendowy rafting. Trafiają na zapomnianą, odciętą od świata wyspę i to docierają tam bez żadnego problemu – niczym John Matrix zmierzający w kierunku Val Verde. Chcą zwiedzić opustoszałe ranczo, nadzwyczaj podobne do rancz westernowych doby lat pięćdziesiątych. Na miejscu padają ofiarą ataków niewidzialnego mordercy.

     Niestety, morderca w „Scream” naprawdę jest niewidoczny. Być może Quisenberry chciał złożyć hołd popularnemu horrorowi ozploitation, „Długiemu weekendowi” (1978), w którym to Matka Natura miała okazać się gorszym brutalem niż Leatherface. „Weekend” operował jednak intrygującą symboliką i był filmem silnym technicznie. „Scream” tymczasem jest ułomnym warsztatowo horrorem bez fabuły, a w dodatku slasherem, który brzydzi się krwawymi łaźniami. Nie każdy straszak musi spływać litrami sztucznej krwi. „Scream” nic jednak nie ma wspólnego z bystrością „Halloween” czy „Teksańskiej masakry…”, bo jest filmem nie metaforycznym, a afabularnym. Całkiem dosłownie: Quisenberry, reżyser i scenarzysta, nigdy nie skończył pisać swojej historii, a realizacja jego debiutanckiego (i przedostatniego) projektu oparta była w dużej mierze na zdolnościach improwizacyjnych. Ja osobiście, gdyby ktoś dałby mi już szansę zabłysnąć w Hollywood, nie chciałbym rozpoczynać własnej kariery od falstartu. Quisenberry uwierzył najwyraźniej, że z fragmentarycznym materiałem podbije szczyt box-office’u. Smutne to i żałosne.

Scr2

     Nie traćcie swojego czasu na „Scream”, przynajmniej nie ten stanowiący filmowy półprodukt i najbrzydsze dziecko boomu na slashery. Lepsze powody do krzyku dał nam przecież Wes Craven. U Quisenberry’ego wieje nudą na przemian z bufonadą. Nazwisko Byron Quisenberry brzmi trochę jak przerafinowany pseudonim. I zgodnie z tym domniemaniem, horror niepracującego od lat reżysera, choć nie oferuje widzom żadnych atrakcji, cechuje się dziwną egzaltacją – przy najbiedniejszych środkach wyrazu stara się wzbudzać wyższe emocje. Przykładem są tu pretensjonalne gierki świateł i cieni, które, poza tym, że wyglądają, jakby wyjęto je z ery ekspresjonizmu, nie budzą żadnego roznamiętnienia, nudzą tak, jak i momenty wyłaniania się dramaturgii, budowania suspensu, szokowania „przemocą”.

     Albert Nowicki – dziennikarz, tłumacz i copywriter, miłośnik kina, zwłaszcza filmowego horroru. Jego teksty pojawiały się między innymi na łamach serwisów Filmweb oraz Movies Room. Blog His Name Is Death prowadzi nieprzerwanie od 2012 roku.

Scr1

02

Advertisements

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s