„I don’t belong in the world”. [„Karnawał dusz”, 1962]

     Młoda instrumentalistka Mary Henry (Candace Hilligoss) ulega straszliwemu wypadkowi: tracąc kontrolę nad samochodem, wpada do głębokiej, mętnej rzeki. Udaje jej się przeżyć, choć nikt nie wie, jakim cudem – kobieta, niemal bez szwanku, wychodzi z wody dopiero po kilku godzinach. Mary pakuje bagaż i wyrusza w podróż do Utah, gdzie przyjmuje posadę organistki w jednym z kościołów. Traumatyczne przeżycie odcisnęło jednak na jej duszy piętno. Bohaterka odnosi wrażenie, że ktoś ją prześladuje; w oknach ukazują się jej twarze nie z tego świata. Istnieje cień szansy, że odpowiedzi na gnębiące Mary pytania znajdują się w opuszczonym lunaparku, położonym po drugiej stronie nieprzeniknionego jeziora.

CarnivalOfSouls2

     „Karnawał dusz”, mikrobudżetowy horror w reżyserii Harolda „Herka” Harveya, dość zasłużenie noszący status dzieła kultowego, przetarł szlaki najbardziej znaczącym pozycjom gatunkowym XX i XXI wieku. Nieprzesadzonym będzie stwierdzenie, że ten skromny film natchnął myślą głowy prawdziwych wieszczów kina – George’a A. Romero („Noc żywych trupów”), Adriana Lyne’a („Drabina Jakubowa”), wreszcie Davida Lyncha („Mulholland Drive”). Każdy z wymienionych szlagierów mniej lub bardziej czerpie z „Karnawału…”, choć samego Harveya nie postawimy już w jednym rzędzie z przodownikami filmu amerykańskiego. „Noc żywych trupów”, nawet, jeśli w konfrontacji z wcześniejszymi straszakami traci na oryginalności, pozostaje wzorowo oszlifowanym diamentem. „Karnawał dusz” nie mieni się luminarnym blaskiem, to horror niezły, całkiem dobry – i tyle.

     „Karnawał dusz” zapisał się w świadomości widzów nie jako horror absolutny (w poczet najbardziej przerażających godzin kinematografii bynajmniej się nie wpisuje), a jako pełne dziwacznych zależności, niekiedy wręcz eksperymentalne w formie i treści kuriozum. Centralnym punktem odniesienia dla wydarzeń ekranowych okazuje się tu zrujnowany park rozrywki, gdzie umarli spoczywają w podwodnych grobach, a nocą tańczą walca przegranych. Mary fascynuje się tym odciętym od miasta miejscem, choć zarazem czuje przed nim lęk. Nie wie, że, paradoksalnie, mogłaby w nim znaleźć ukojenie. Grana przez Hilligoss białogłowa zmaga się z problemami egzystencjalnymi – posuniętymi tak dalece, że dla bohaterki niedostrzegalnymi. Mary, owładnięta pasją, przygrywa na organach, choć w gruncie rzeczy deklaruje się jako ateistka; randkuje z najpodlejszą męską świnią, wykazując zerowe libido. Pastor zarzuca kobiecie, że jest obrazą dla Boga, wytyka jej wewnętrzną pustkę. Czy to dlatego mieszkańcy lunaparku usilnie próbują nawiązać z nią kontakt?

CarnivalOfSouls4

     Aspołeczny, pasywny stosunek Mary do życia stawia filary ciekawych kontekstów scenariuszowych, choć wiele się z tej podbudowy nie wywiązuje. „Karnawał dusz” imponuje klimatem, czasem bardzo zbliżonym do „Strefy mroku”, lecz, w odróżnieniu od pamiętnego serialu grozy, nisko ceni sobie morały, puenty i przestrogi, właściwe rozwiązania narracyjne. Ten brak odpowiedzi na podstawowe pytania (co dolega Mary, kim właściwie są jej demoniczni prześladowcy?) wielu zainteresowanych rozczaruje; moim zdaniem napędza jednak fabularną enigmę. Najlepiej traktować „Karnawał…” jako marę senną, przełożoną na duży (czy też mały) ekran, jako wariację na temat „Wampira” Carla Theodora Dreyera. Film Harveya całkiem umiejętnie odtwarza koszmar izolacji i bezradności, wzmagany tylko przez efektowne zagrywki techniczne: nieprzyjazne, industrialne zdjęcia, upiorną ścieżkę dźwiękową, zimną zupełnie, jak główna bohaterka. Harvey kocha dokonania ekspresjonistów, jak i w ogóle twórców kina niemego: surrealizm przestrzeni kadrowej i sytuacji ekranowych to duży atut jego filmu.

     Na przekór tym słowom uznania, nie jestem w stanie ocenić „Karnawału dusz” całkowicie pozytywnie. Aktorsko jest to film niedopracowany – co dziwić nie powinno: powstał przecież w ciągu kilku-, kilkunastu dni, przy współpracy lokalnych, by nie napisać rustykalnych, artychów. Przed laty Roger Ebert kreację centralną uznał za „zaskakująco sprawną”. Tak Hilligoss, jak i jej kadrowi współtowarzysze tworzą jednak role zbyt teatralne, zbyt groteskowe, by można było nazwać je sprawnymi. Drugim poważnym niedociągnięciem okazuje się scena finałowa – scena jeżąca włos na głowie, a mimo to urwana zbyt wcześnie, nieśmiała, niewykorzystująca potencjału bladych jak śmierć straszydeł, które, nie oszukujmy się, znacząco na sukces „Karnawału…” wpływają. Dręczące Mary upiory przyprawiają o ciarki, bo ukazują się jej w nagim świetle dnia, bo kroczą wokół ludzi, jak gdyby nigdy nic. I w dziennym blasku, i po zachodzie słońca targają bohaterką też inne, bardziej doczesne utrapienia, co czyni z „Karnawału dusz” slowburnową opowieść o lękach i osamotnieniu, o niezrozumieniu i gniewie egzystencjalnym.

     Albert Nowicki – dziennikarz, tłumacz i copywriter, miłośnik kina, zwłaszcza filmowego horroru. Jego teksty pojawiały się między innymi na łamach serwisów Filmweb oraz Movies Room. Blog His Name Is Death prowadzi nieprzerwanie od 2012 roku.

CarnivalOfSouls3

6 i pol

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s