Filmowe podsumowanie 2017 roku: 10 najgorszych horrorów

„Honorable” mention: „Atak krwiożerczych donatów”

AttackOfTheKillerDonuts-bttm

     Najlepszy film o atakach zębatych donatów, jaki kiedykolwiek zobaczycie. Jako parodia kina trashowego – straszna mielizna.

10. „The Houses October Built 2”

HousesOctoberBuilt2The-bttm

     Na „wielkie zamknięcie” „The Houses October Built 2” spada nawałnica najbardziej nielogicznych i dyletanckich twistów fabularnych, jakie kino grozy widziało od kilku dobrych lat. Film tonie w zbędnych komplikacjach, krępującej głupocie i niesatysfakcjonujących rozwiązaniach twórczych. Ma być pokrętny i wyrachowany, a okazuje się zwyczajnie przekombinowany. Bobby Roe stracił wewnętrzną dyscyplinę, która sprawiła, że pierwszy „Houses October Built” był horrorem bardzo jednostajnym, metodycznie dążącym do zmyślnie wybranego celu. W sequelu twistem przykrywa się twisty, a wszechobecny chaos powoduje niewybaczalne szkody, zarówno narracyjne, jak i techniczne. Nawet PoV jest tu schrzaniony: „The Houses October Built 2” raz bywa horrorem found footage, kiedy indziej kręcony jest „tradycyjnie”, jeszcze potem szpanuje ujęciami z drona. Co za dużo, to niezdrowo. Nowy projekt Roego nie jest tak angażujący, jak jego prekursor, bywa cholernie trywialny, a na pewno nie posiada tego ambiwalentnego, złowróżbnego klimatu, jakim „jedynka” była przepojona. Przykra sprawa.

9. „Found Footage 3D”

FoundFootage3D-bttm

     Bohaterowie Stevena DeGennaro – członkowie ekipy filmowej – przemawiają jego własnym językiem i warto dodać, że jest to jęzor dość niewyparzony. Młodzi filmowcy targani są coraz gorszymi frustracjami (wywołanymi przez paranormalne ataki nawiedzającego ich upiora) i wreszcie puszczają im nerwy. Gdy jedna z postaci zaczęła pluć kwasem na dorobek gatunku ff, jednocześnie kwiląc nad własną niemocą twórczą, reżyserowi tego, pożal się Boże, półproduktu zacząłem głęboko współczuć. Jego kiepsko zawoalowane kabotyństwo miało sugerować, że od roku 1999 powstała tylko garść co najwyżej przeciętnych horrorów found footage, ale oto łzy goryczy otrze nam wspaniały „Found Footage 3D”. Bo „Blair Witch Project”, „REC” czy nawet „The Den” nie wyszły przecież spod rąk artystów po wielokroć bardziej lotnych i świadomych… DeGennaro nie jest żadnym mesjaszem (nie powinien nawet czuć się upoważniony do gardzenia dokonaniami bardziej wprawionych kolegów po fachu), a jego debiutowi bardzo daleko do kina choćby niezłego. Bohaterowie „Found Footage 3D” udają, że formuła podgatunku, jaki realizują, ich nie dotyczy, ale popełniają te same błędy, co postaci z innych horrorów kręconych z ręki: bagatelizują wydarzenia ciężkie do zignorowania, nigdy, nawet w obliczu zagrożenia, nie odkładają kamery na bok. Nie dajcie się nabrać: nie są to cechy dobrego pastiszu i zabawy gatunkowymi schematami, a topornie napisanego, przeładowanego ironią scenariusza.

8. „Wtf!”

Wtf-bttm

     Reżyser, Peter Herro, zbyt chętnie opiera swój projekt na „frat-boyowym” poczuciu humoru oraz komicznie marnych dialogach, stale padających z pijanych ust. Tytułowy zwrot, „what the fuck?!”, nadużywany jest przez wszystkich, a śmieciowym one-linerom nie ma końca. W jednej ze scen popularna, japońska sztuka walki sparafrazowana zostaje na „jiu titsu”, co, oczywiście, wywołuje falę tępawych kwileń. Bohaterowie filmu wyjęci są jakby z wkurzających seriali o życiu uprzywilejowanych małolatów z L.A. i bardzo odbija się to na tym, jak brzmią. Pierwszych dwudziestu minut „Wtf!” – imprezy z udziałem Pereza Hiltona, planowania wyjazdu do trzeciego świata (tj. poza stan) – nie da się znieść. Później nie jest lepiej. Morderstwa są ugrzecznione, a słabe oświetlenie utrudnia przyglądanie się kilku zaledwie scenom przemocy. Kreatywne akty bestialstwa Herro pokazuje nam wyłącznie na… rysunkach, które towarzyszą och-jakże-wyrafinowanym, animowanym napisom końcowym. Dno dna. „Wtf!” to 80-minutowy zapis kalifornijskich ferii wiosennych, podczas których czasem – bardzo rzadko, bardzo nieefektownie – ginie jakiś naprany studencina. Seriously, Herro, what the fuck?!

7. „The Sound”

SoundThe

     Co tam Rose McGowan, Christopher Lloyd, a nawet Michael Eklund (tutaj równie psychotyczny, jak w „The Divide” Gensa). „The Sound” trwa dziewięćdziesiąt dwie minuty, choć rozpisany został może na niecałe czterdzieści pięć. Dłużyzn w tym filmie nie brakuje, a manipulatorskie zakończenie podważa całą intrygę narracyjną – i tak prowadzoną dość nieumiejętnie. Film zyskałby wiele, gdyby twórcy nadali mu przyzwoitą konstrukcję fabularną – a jakiejkolwiek historii w większości scen nie sposób się dopatrzeć. Jeśli miałbym pochwalić za coś horror Jenny Mattison, to za gęsty i mroczny klimat. Ale czy można na nim – i tylko na nim – zbudować pełny metraż? Mattison nie udało się to absolutnie.

6. „Kill Game”

KillGame-bttm

     Tak, dobrze Wam się wydaje: załączone zdjęcie przedstawia uzbrojonego w siekierę mordercę w masce Marilyn Monroe o pustym spojrzeniu. Antybohater „Kill Game” w reżyserii Roberta Mearnsa (lub antybohaterka – nigdy się tego nie dowiadujemy) jest najmocniejszym punktem raczej słabego filmu, który zbyt często przypomina starsze i lepsze pozycje, w tym „Koszmar minionego lata” czy „Slaughter High”. Niewiele dobrego da się o wydanym przez Cinedigm indie slasherze powiedzieć – nawet kreatywnym scenom uśmierceń akompaniują tu fatalne aktorstwo oraz niskiej jakości efekty specjalne. Oliwy do ogniska rozpaczy dolewa jeszcze scenarzysta, bawiący się w brzydkie stereotypy. Niech podsumowaniem tego rozczarowującego, ogranego projektu będzie fakt, że jest „Kill Game” horrorem z wyraźnym motywem zemsty w tle, w którym nie wiadomo tak naprawdę, kto, za co i na kim ma się mścić.

5. „Open Water 3: Cage Dive”

OpenWater3CageDive-bttm

     Egzotyczna wyprawa, klatka do obserwowania rekinów, wielka tragedia. Oto idealny przepis na kino schematyczne i wyprute z inwencji twórczej. Po filmie zatytułowanym „Open Water 3: Cage Dive” nie warto spodziewać się ani głębin oryginalności, ani inteligentnej zabawy gatunkiem. Sequel Geralda Rascionato – który kontynuacją nazwiemy tylko z litości – ma wiele wad, a bezdeń głupoty jest największą z nich. Trójce bohaterów, porzuconych na wodach oceanu, uparcie towarzyszy odpalona kamera („Cage Dive” niezbornie usiłuje połączyć dramatyzm „Blair Witch Project” z realizmem pierwszego „Oceanu strachu”). W jednej ze scen przy użyciu flary „niechcący” spalony zostaje ponton ratunkowy. Ujemne IQ przejawiają nawet krwiożercze rekiny, które pływają wokół swoich ofiar, ale nigdy ich nie widzą. Rascionato wierzył prawdopodobnie, że wypłynie na fali popularności horrorów typu „animal attack”, a jego siermiężny sequel stanie się przebojem serwisów VOD. Jednak tak marnego materiału, jak ten, którego jest autorem, w złoto nie zamieniłby nawet Jaume Collet-Serra. Irytującym bohaterom „Open Water 3” chyba każdy widz życzył będzie rychłej śmierci: postaci tak płaskie i pozbawione serca stanowić mogą tylko rekinie jadło.

4. „House by the Lake”

HouseByTheLake

     Jeden z tych filmów, w których akcja rusza z kopyta dopiero na dziesięć minut przed napisami końcowymi. Ospały marazm nie służy „Domowi nad jeziorem” zbyt dobrze, ale, paradoksalnie, to finał filmu okazuje się jego największą bolączką. Adam Gierasch nigdy nie był zdolnym scenarzystą, a od paru lat dowodzi też, że nie posiada talentu reżyserskiego. Przez dobrą godzinę nie wiemy, dokąd zmierza „Dom…”: przyglądając się nudnym dniom z życia nudnej rodziny, możemy jedynie podejrzewać, że donikąd. W finale Gierasch odkrywa swoje karty, rzucając w nas nachalnymi metaforami, a przede wszystkim kompletnie przeinaczając świat przedstawiony. „House by the Lake” w swoich ostatnich minutach z pogranicza nieefektownego horroru i mdłego dramatu przekształca się w inspirowany kinem lat 50. creature feature z wątkiem socjo. Absurd! Całość pociągają na dno wyrzucone poza nawias produkcyjny udźwiękowienie oraz domorosła praca operatora zdjęć. Nieschematyczna bohaterka dziecięca – autystyczna 10-latka – nie jest w stanie uratować „Domu…” przed ostatecznym obróceniem się w gruz.

3. „Drifter”

Drifter-bttm

     Żaden horror utrzymany w stylistyce grindhouse’u nie powinien być tak nudny, jak „Drifter” Chrisa von Hoffmanna. Prolog stanowi tu zapowiedź ciekawego homage’u, ale tempo akcji szybko osiada na mieliźnie, scenariusz zbyt ufnie zaczyna czerpać z tak kanonicznych pozycji jak „Mad Max”, a całość nabiera kształtu groteskowego rip-offu znacznie lepszych filmów. Już nawet asylumowy „Dead 7”, z Nickiem Carterem pośród „aktorów”, był lepszym postapo-splatterem.

2. „Welcome to Willits”

WelcomeToWillits

     Absurdalne połączenie fantastycznonaukowego slashera i „stoner comedy” – nijak niezajmujące, ani trochę zabawne. Nie wiem, jak bardzo upaleni byli twórcy tego filmu, kiedy pracowali na planie zdjęciowym, ale efekt ich wysiłków pozostawia bardzo wiele do życzenia. „Welcome to Willits” jest pozycją boleśnie amatorską, pozbawioną jakiegokolwiek drygu artystycznego, ułomną narracyjnie. W scenariuszu pomieszano tropy typowe dla przynajmniej kilku podgatunków filmowych, ale nie składają się one na płynną historię. Podobnie, żaden z wielu bohaterów pierwszo- i drugoplanowych nie zaskarbia sobie sympatii widzów – brakuje tu bowiem naturalnie nakreślonych postaci, są jedynie rozpasane karykatury. Scenarzyście przyświecają głupie ideologie, które rodzą głupie dylematy: w jednej ze scen pada pytanie, czy po śmierci kosmici zostają potępieni za swoje uczynki i trafiają do piekła. Film jest niegustowny, objuczony efektami specjalnymi rodem z lat 90., co więcej, denerwuje kłamliwym marketingiem (Dolph Lundgren NIE gra tu głównego bohatera). Dziwi fakt, że wystąpili w „Willits” tak operatywni aktorzy, jak Rory Culkin, Bill Sage, Thomas Dekker czy nawet Garrett Clayton.

1. „Sadako vs Kayako”

SadakoVsKayako

     Porażka na całej linii; najmocniejszym elementem „Sadako vs Kayako” pozostaje niezdarny kamp. Jednak czy właśnie w ironię celował Kōji Shiraishi, reżyserując ten bezładny crossover? Film sprawia wrażenie popłuczyn po pierwszym „Kręgu”: próbuje straszyć, bez cienia cynizmu, widmem zmurszałej, długowłosej topielicy. Problem polega na tym, że Sadako i jej niewiele młodsza rywalka stanowią dziś postaci nie tylko ikoniczne, ale też wielokrotnie obśmiane (choćby w „Strasznym filmie 3”) – ich urok dawno temu zgnił pod przykrywą j-horrorowej studni. Spin-off Shiraishiego jest wypruty z mrocznej, ambiwalentnej atmosfery, jaka wsławiła „Krąg”, a z duszącym fermentem „Klątwy Ju-on” nie ma nic wspólnego. Trwa zbyt długo, bezwstydnie przynudza. Finalna „walka” tytułowych zmór przypomina zabawy przedszkolaków. To pozycja dla absolutnych amatorów, którzy wychodzą z założenia, że horror nieamerykański, a już na pewno japoński musi być świetny, bo – no wiecie – straszy w sposób orientalny.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s