Filmowe podsumowanie 2017 roku: rozgrzewka

     Rok 2017 był dla filmowego horroru nad wyraz płodny: filmy gatunkowe nie tylko szturmowały serwisy VOD i rynek DVD/Blu-ray, ale też zawładnęły sercami widzów kinowych. Na „To” w reżyserii Andy’ego Muschiettiego czekaliśmy chyba wszyscy. Świetny marketing i ogromne zainteresowanie kinomanów przyniosły twórcom niebagatelne zyski – adaptacja powieści Kinga zyskała status jednego z najbardziej dochodowych horrorów w historii.

     Bolesne stereotypy rasowe, pustoszące poczucie beznadziei, okołoporodowa depresja i wynikający z niej zew mordu – to tylko niektóre z tematów podjętych w tegorocznych horrorach. Transgresja kina grozy nasila się z roku na rok, być może dlatego, że żyjemy w coraz bardziej niepokojących czasach. Dobrze, że takie produkcje powstają; konfrontacja ze strachem, zwłaszcza jak najbardziej realnym, jest zdrowa i budująca.

H17-1

     Na podsumowanie roku złożą się cztery posty. Dwa poświęcone będą najlepszym pozycjom roku, których wybrałem aż dwadzieścia pięć. Wpis dotyczący filmów najgorszych będzie stanowił komentarz dziesięciu tytułów. Całość rozpocznie, standardowo, rozgrzewka, a więc omówienie nieograniczonej ramami rankingu ilości horrorów – czasem niezłych lub całkiem dobrych, niekiedy niedomagających jakościowo, najczęściej przeciętnych.

„Uciekaj!”

GetOut-przeglad

     „Uciekaj!”, debiut Jordana Peele’a, dowodzi, że straszniejsza od dyskryminacji okazuje się chorobliwa adoracja. Nadano filmowi formę satyry, zresztą dość bystrej. Reżyser wie, jak wymalować nam na ustach uśmiech – zasłynął przecież jako komik – lecz prędzej woli dzielić się społeczno-kulturowymi obserwacjami, swoimi przemyśleniami na temat poprawności politycznej we współczesnej Ameryce. W jego filmie biali liberałowie nawet nie zdają sobie sprawy, jak bardzo są rasistowscy – wierzą, że komplementując czarnoskórego Chrisa (Daniel Kaluuya) za egzotyczne rysy i domyślną jurność seksualną uchronią się przez osądem o dyskryminację rasową. Tematyka filmu jest prowokująca, a jego scenariusz – tak, jak w przypadku innych horrorów z wątkiem socjologicznym – duży akcent kładzie na zeitgeistowskich niepokojach.

     Projekt zyskał 99-procentowe wsparcie krytyków w serwisie Rotten Tomatoes. Satyryczna żonglerka stereotypami, powolnie budowane napięcie oraz to wspaniałe poczucie zagrożenia, wrażenie, że coś u Armitage’ów „nie gra”, faktycznie, czynią z „Uciekaj!” horror w znacznej mierze udany – nie będę tu przeciwny głosom niezliczonych dziennikarzy. Nie zgodzę się natomiast z opinią, że nakręcił Peele film bezbłędny. Twist fabularny, towarzyszący scenom finałowym, nie jest tak przysadzisty, jak być powinien: filmbuffom ostatnie minuty „Uciekaj!” skojarzą się z tropami znanymi z paru innych pozycji gatunkowych (jedna z nich premierę miała zaledwie parę lat temu). Nie jest więc zamknięcie tej, bądź co bądź, intrygującej opowieści ani pionierskie, ani w pełni oryginalne; jego wtórność – bo nie napiszę, że przewidywalność – skutecznie studzi umiejętnie w widzu wypracowaną satysfakcję. Taki obrót sprawy mocno zaskakuje: przecież Peele zdążył już udowodnić, że potrafi bawić się konwencją i igrać ze stylami kina grozy, dowiódł, że stać go na luz i dystans. Tymczasem finał „Uciekaj!” jest kulawy i oderwany od ekranowej rzeczywistości: niby ciężki, zrealizowany zupełnie na poważnie, a jednak wciąż pobrzmiewający echem satyry – utopionej w czerwonej farbie, już mniej inteligentnie rozpisanej. Tuzinkowe zakończenie to bodaj jedyny mankament, jaki zaprzątał mi głowę tuż po seansie „Uciekaj!”. Ogółem pierwsze kroki Jordana Peele’a w zawodzie reżysera mogą być początkiem długiej, pomyślnej drogi.

„Pamiętam cię”

PamietamCie-ma

     Dziwi fakt, że nie powstaje na terenie Islandii więcej filmów grozy: to przecież miejsce, jakiego nie ma nigdzie indziej na świecie, niesamowicie autonomiczne, rzewliwie wyizolowane. Operator, Jakob Ingimundarson, pokazuje nam Islandię piękną, ale utrapioną, rozległą, terytorialnie niezbadaną, ale klaustrofobiczną. Surowość skandynawskiej natury i melancholia planu zdjęciowego powodują, że „Pamiętam cię” cechuje wspaniale mroczny klimat. Miejsce akcji momentami wydaje się wręcz opresyjne, co potęguje tylko mroźna, agresywna muzyka. Film nie jest krwawy – to przecież horror art-house’owy – choć w jednej scenie uderza widokiem broczących, połamanych ciał. Ta brutalna sekwencja szokuje o tyle, że nie sposób jej przewidzieć. Film dostaje się głęboko pod skórę za sprawą przeszywającej, jesienno-zimowej atmosfery oraz aury tajemniczości, która nie została jednak wykalkulowana z dużym powodzeniem. Klimat to olbrzymi atut „Pamiętam cię”, sprawiający, że droga do finału okazuje się w znacznej mierze bezproblemowa. Wyboje narastają, kiedy zdajemy sobie sprawę, że reżyser przejawia tendencję do flegmatyzmu. Przedstawiona historia jest ciekawa, ale zbyt rozpłaszczona. Kolejnym wątkom Axelsson poświęca dużo czasu, przez co żadna z postaci nie jawi się jako niepełna; brakuje tu jednak drygu do zawężenia przydługiego czasu trwania, do ożywienia tempa ospałej akcji. Chwilami film sprawia wrażenie zawieszonego w próżni.

„Rings”

Rings-ma

     Film znienawidzony na siłę, wcale niezgorszy. F. Javier Gutiérrez nadał swojemu sequelowi elegancję, jakiej nie powstydziłby się Gore Verbinski, a przede wszystkim zadbał, by jego widownia choć parę razy wzdrygnęła w fotelu na widok połamanej topielicy, Samary. Zabójcza scena, w której ikoniczna zmora wypełza z telewizora plazmowego, pokazuje, jak wiele lat minęło odkąd pierwszy amerykański „Ring” zawładnął umysłami fanów horroru. Dziś orientalne upiory oraz ich jankesie imitacje nie sprawiają już, że nerwowo zasłaniamy oczy dłońmi – dowiódł temu zwłaszcza tegoroczny crossover, „Sadako vs Kayako” – ale sentyment do „Kręgu” pozostał w sercach wielu z nas. Gutiérrez zrobił, co w jego mocy, by utrzymać ten afekt przy życiu. Przez „Rings” nie przemawiają może dzika werwa i temperament; jest to film chłodny, aktorsko zbyt sztywny, frenetycznie zdigitalizowany. Mimo to, warto dać mu szansę, choćby dla kilku sugestywnie diabolicznych scen pomsty zza wodnego grobu. Największym plusem „Rings” pozostaje jego pozbawiony happy endu finał.

„Cult of Chucky”

CultOfChucky-ma

     W najlepsze scenie z „Cult of Chucky” przywiązana do łóżka pacjentka psychiatryka zostaje zdekapitowana przez szklane odłamy okna dachowego. Mancini przywołuje w swoich widzach nostalgię – za „Narzeczoną laleczki Chucky”, za typowym dla serii wisielczym humorem. Problem polega na tym, że, pomimo lat praktyki filmowej, reżyser okazuje się niezdyscyplinowany. Nie wie, czy „Cult…” to rasowa komedia grozy na miarę „Następnego pokolenia” czy może pełen suspensu thriller bezpośrednio kontynuujący „Klątwę laleczki Chucky”. W rezultacie nie wiemy tego także my, a scenariusz filmu nabiera schizofrenicznego charakteru. „Cult…” powstał w ekspresowym tempie i sprawia chwilami wrażenie filmu nakręconego zbyt szybko (patrz: „rysunkowy” design antybohatera). Brakuje tu spójnej treści, a naczelny cel fabularzysty przez znaczną część seansu pozostaje niewiadomy. Niektóre ze scen wydają się być częścią innego sequela, na czym cierpi bazowa intryga (kto zabija w szpitalu i dlaczego wiele wskazuje na to, że nie jest to Chucky?). Nie okrzyknę „Kultu…” amatorskim półproduktem (nie pozwala na to doskonała praca operatora zdjęć i większości aktorów), choć prawdą jest, że to film niższej próby niż „Klątwa laleczki Chucky” – niekonsekwentny i popędliwy.

„Smakosz 3”

JeepersCreepers3-ma

     „Smakosz” z 2001 roku był horrorem zaprawionym wspaniale piekącym klimatem: niekoniecznie straszył, ale cholernie niepokoił. Był kameralny, oparty na interakcji między paroma tylko aktorami. W „trójce” zawadza chwilami nadmiar bohaterów. Dobrze jest przyjrzeć się nowym twarzom, zwłaszcza jeśli wiemy, że za chwilę wymaluje się na nich grymas bólu lub przerażenia. Mimo to niektórzy z protagonistów – lub protagonistów potencjalnych, szybko rzuconych pod przysłowiowy nóż – wydają się miotać po planie bez celu. Szczególnie niewdzięczna okazała się rola Meg Foster. Kreacja jest irytująco płaska, co po części stanowi winę kiepsko zarysowanego wątku Gaylen – na wpół obłąkanej matki, rozpaczającej po stracie syna. Niekiedy film wykazuje zbędny patos. Nie zawodzi natomiast sprawca całego zamieszania, ponownie grany przez Jonathana Brecka. Sceny z udziałem Smakosza są intensywne i najzwyczajniej upiorne – szkoda, że latający demon gubi się między kolejnymi wątkami. Salva pokazuje nam antagonistę od nieznanej strony. W pewnym momencie dokazuje Creeperowi złośliwość przedmiotów martwych: broń miotana nie dosięga pędzącej z całych sił ofiary, potrąca maszkarę auto, bardzo podobne do tego z rejestracją „BEATNGU”. Czarnego humoru znajdziemy w „Smakoszu 3” mało, bo Salva, jako reżyser, nie jest już tak odważny, jak lata temu. Za to Breck nie zestarzał się wcale: ma w sobie gwiazdorski urok, nadal rozpiera go jakiś diaboliczny żywioł. Creeper to wciąż wyrazisty czarny charakter.

„Szklana trumna”

SzklanaTrumna-ma

     O tym, że przemoc seksualna jest straszna słyszymy bez ustanku, od kilku już miesięcy. Z takiego założenia wyszedł też Haritz Zubillaga, który bohaterkę „Szklanej trumny” poddał serii erotycznych tortur. „Trumna” to film ociekający brutalnym fetyszyzmem, czerpiący z tradycji kina exploitation. Gdzieś tu kryje się ambitna opowieść o kobiecej sile i bezsilności, o decyzjach oraz skutkach, jakie wywołują one nie tylko w naszym życiu. Te ciekawe koncepty pogrzebane zostały jednak pod kopcem dość sadystycznych zagrywek fabularnych. Nie napiszę, że ręka Zubillagi – nota bene debiutanta – jest siermiężna, bo „Trumna” może pochwalić się nienaganną oprawą audiowizualną, ale na pewno brakuje reżyserowi obycia twórczego, poniekąd też wrażliwości. Jego film, choć trzyma w napięciu i ma w zapasie kilka ciekawych plot twistów, bywa ordynarny.

„Bodom”

Bodom-ma

     „Bodom”, fanów rutyny mogący nie tyle przestraszyć, co odstraszyć, przybiera dość minimalistycznych kształtów – wyraźnie w myśl zasady „mniej znaczy więcej”. Okrojony scenariusz, brak choćby i krztyny demagogii oraz duch bezdialogowego art house’u nie sprzyjają jednak każdej filmowej formie, czego dowodem jest właśnie prymarny horror Taneliego Mustonena. W świadomości wielu „Bodom” zapisze się prawdopodobnie jako dzieło „niepełne” – opierające się (zbyt statecznie) na jednym-jedynym twiście fabularnym lub, w zależności od punktu widzenia, przynudzające. Zadaniem niemożliwym, zwłaszcza dla początkującego reżysera, jest zaspokojenie wymagań każdego widza. „Bodom” niefortunnie jawi się jako obraz zbyt mało mainstreamowy, a zarazem za bardzo osadzony w tradycji głównego nurtu, by ucieszyć art-geeka. Ja sam, stawiając Mustonenowi poprzeczkę jeszcze wyżej, chciałem, by okazał się „Bodom” projektem uniwersalnym – owszem, skąpanym we krwi, ale błękitnej. I chociaż takiego filmu nie obejrzałem, Taneliemu Mustonenowi nadal przyklaskuję, bo nakręcił horror werystyczny, prowokujący burzę emocji, a swoje postaci nakreślił inaczej niż robili to twórcy sztandarowych teen slasherów. Ida, Nora, obojętny na krzyki las oraz okryte gęstym kłębem mgły jezioro Bodom emanują tą samą, rześką naturą.

„A Ghost Story”

AGhostStory

     Film wysmakowany i dopieszczony estetycznie, ale zarazem gwałcący cierpliwość widza. Rozumiem, że ból przemijania enigmatycznego bohatera z prześcieradłem na głowie powinien udzielić się także nam, ale czy reżyser koniecznie musiał konfrontować swoją widownię z 7-minutowym instruktażem jedzenia ciasta? „A Ghost Story” ma walory kina poetyckiego, a Lowery sypie z rękawa ciekawymi metaforami. Zapomniane już dziś proporcje obrazu, 1,33:1, zamykają tytułowego ducha w szczelnym pudełku, z którego nie ma ucieczki – bo wieczności wymknąć się nie da. Kiedy przyglądamy się straceńczym pochodom ducha (i przysłuchujemy towarzyszącym im pieśniom żałobnym – muzyka Daniela Harta to największy atut filmu), wizja Lowery’ego prezentuje się co najmniej nieźle. Ale częściej niż w dającym do myślenia nihilizmie tonie „A Ghost Story” w tępej apatii. Z łatwością można odeprzeć taki komentarz, bo w końcu „nieżycie” ducha musi wiązać się z letargiem. Życie, a przynajmniej praca reżysera powinna zaś polegać na szukaniu ciekawych filmowych struktur, które nie będą zniechęcały do seansu.

„To przychodzi po zmroku”

ItComesAtNight-ma

     „Babadook” – solidny horror drama. „Coś za mną chodzi” – prawdziwe objawienie. „The Witch” – prawie arcydzieło. Ale „It Comes at Night”? Wbrew głośnym zapowiedziom, nie jest to film równie udany, jak inne gorąco przyjmowane indie horrory. Przymierzając się do seansu, spodziewałem się dzieła mistrzowskiego. Otrzymałem mniej niż chciałem: obiecujący początek, nierówne rozwinięcie i nieco zbyt otwarty finał. „To przychodzi po zmroku” okazuje się dość pustym doświadczeniem – bynajmniej nie plastycznie, bo Trey Edward Shults ma zadatki na wizjonera, ale narracyjnie i pod względem psychologii postaci już prędzej. Shults wie, jak gospodarować ograniczoną przestrzenią ekranową; potrafi też sprawić, że jego postaci rozmawiają jak ludzie z krwi i kości. Z nieufności – która zdegradowała postapokaliptyczny świat przedstawiony – uczynił upiorną antybohaterkę. Szkoda, że brakuje jego protagonistom autentycznych motywacji do działania (niekiedy absurdalnego), a sam film tonie w apatii, która zbyt rzadko transmutuje w kontemplację i późniejszą refleksję.

„The Void”

VoidThe-ma

     Horrorowe tribute’y cieszą się wśród młodych twórców niemalejącą popularnością. Zabarwiony fantastyką horror Jeremy’go Gillespiego i Stevena Kostanskiego stanowi konglomerat wielu dobrze znanych działań artystycznych, wielu odtwórczych pomysłów. Przewijają się przez film aluzje lovecraftowskie, które, niestety, są – pozwolę sobie użyć oksymoronu – dalekie od subtelności, zbyt dosłowne. Znajdziemy w „The Void”, poza nawiązaniami do gęstych, wczesnodwudziestowiecznych mitologii, odwołania do przynajmniej kilku klasyków w reżyserii Johna Carpentera oraz luźne reinterpretacje dzieł innych wieszczów grozy. Czasem jest to Clive Barker, kiedy indziej Stuart Gordon czy Lucio Fulci. W efekcie powstał film nieoryginalny i utarty, z wielu stron przypominający choćby „Księcia ciemności”. To dobry wzorzec – i motyw Wielkich Przedwiecznych też stanowi intrygujący punkt odniesienia dla fabuły. Mimo to pozostaje „The Void” pewnego rodzaju artystowskim rozgardiaszem – krzykliwym i chaotycznym.

„The Axe Murders of Villisca”

AxeMurdersOfVilliscaThe-ma

     Nieprzesadzonym będzie stwierdzenie, że „The Axe Murders of Villisca” prezentuje się tak, jak gdyby John Hughes wyreżyserował entą odsłonę „Amityville”. Scenariusz filmu zogniskowany jest wokół małoletnich bohaterów i dylematów emocjonalnych, z jakimi się mierzą. Valenzuela wykazuje szczere zainteresowanie swoimi postaciami: każdej poświęca wystarczająco uwagi, być może sam jest którąś z nich. Tercet aktorów – Sleepera, Frnkę i Adamsona – łączy wzajemna chemia, a solidne kreacje stanowią materiał opałowy intrygującego, ekranowego triolizmu. Sleeper gra najciekawszą postać: jest rozkochanym w horrorach gejem, zamiast rurek nosi M65-tkę, a w słowniku stosowanych przez niego wyrażeń „awesome, bro” ochoczo wypiera „fabulous, bitch”. Koniec końców „Villisca” uczciwie dopracuje się relatywnego uznania trzeźwo myślących widzów: emotywny pierwszy akt filmu budzi tu większe zainteresowanie niż późniejsze minuty, metody straszenia wyegzekwowano metodą chybił trafił (częściej, na szczęście, trafiając w preferencje oglądających), całość uzupełniają melancholijne, opresyjne zdjęcia. „The Axe Murders of Villisca” – film o akceptowaniu siebie i własnej, niekiedy trudnej przeszłości – to niezły horror oraz względnie udany debiut reżyserski.

„Wish Upon”

WishUpon

     Widzieliście ten film przed siedemnastoma laty – pod tytułem „Oszukać przeznaczenie”, widzieliście cztery miesiące temu („Notatnik śmierci”). „Wish Upon” zbudowany został na kanwie bardzo oczywistych tropów i fabularnie nigdy nie wspina się nawet na pagórki oryginalności. Producenci upchnęli tę produkcję do kin, choć ma ona walory filmu kręconego z myślą o dystrybucji VOD. Bynajmniej nie jest to przytyk: horrory oglądane „on demand” coraz częściej wyglądają lepiej niż kinowa „klasa A”. Objawia się tu jednak konflikt zamysłu, bo „Wish Upon” wyrasta z tradycji brutalnego shockera, w którym postaci giną nagłą, potworną śmiercią, a jest projektem studyjnym, tylko aspirującym do tytułu niegrzecznego straszaka. Po kilku rewrite’ach scenariusz filmu mógłby nosić tytuł „Final Destination 6” – ale jego autor musiałby pokazać, że ma jaja. W „Wish Upon”, który znamy i za którym nie przepadamy, postaci umierają dość niespektakularnie, co skutecznie studzi emocje spragnionych makabry widzów. John R. Leonetti ma w zanadrzu kolejnego przeciętniaka.

„Mroczna pieśń”

DarkSongA-ma

     Pochodzący z Wysp Brytyjskich Liam Gavin to reżyser z dużym potencjałem, ale jego pełnometrażowy debiut okazuje się rozczarowaniem. Nie brak Gavinowi ciekawych pomysłów: oglądając „Mroczną pieśń”, prowadzeni jesteśmy przez świat ekstremalnych rytuałów, a wreszcie trafiamy do innego wymiaru. Innym światem okazuje się też finał filmu, zupełnie nieprzystający do zawiązania i rozwoju akcji. Podbudowa jest tu ambitnie dramatyczna, co więcej, razi rezolutnym, okultystycznym obłędem. Zamknięciu fabuły towarzyszą natomiast trzęsące się meble oraz efekciarskie zwidy. W finale Gavin nie prawi już o wierze i zwątpieniu; jego melodyjna (choć nudnawa) „Pieśń” przeobraża się w kiepskie, quasi-hollywoodzkie zawodzenie. „A Dark Song” or chamber piece gone wrong…

„Opiekunka”

BabysitterThe-ma

     Film, w którym gatunkowe schematy wyolbrzymiono do rangi karykatury. Historia opowiedziana zostaje w sposób wabiąco hiperboliczny: oto uroczę dziewczę z sąsiedztwa okazuje się stać na czele satanistycznej, licealnej sekty, polującej na krew małych chłopców. Po seksistowskim epizodzie w hitowym serialu „Ash vs Evil Dead” Samara Weaving doczekała się chlubniejszej roli: jako Bee pociąga za wszelkie, także męskie sznurki, a zarazem pociąga nas – coraz bliżej w stronę ekranu. Jest ognista, wykazuje perfekcyjne wyczucie gagu, przykuwa wzrok nawet tężej niż goła klata Robbiego Amella. Pastiszowa forma scenariusza sprawdza się bardzo dobrze, a wraz z nią imponują komiczne efekty gore (pierwsze filmowe zabójstwo już w dniu premiery stało się popularnym internetowym GIF-em). Chwilami „Opiekunka” sprawia wrażenie dzieła głupawego i infantylnego, ale nie sposób się z nią nudzić.

„Leatherface”

Leatherface-ma

     Kiedy parę lat temu w kinach zagościła wyjątkowo nieszczęsna „Piła mechaniczna 3D”, widzowie narzekali na wiele jej mankamentów. Pomijając już liczne dziury w logice i fabule, był to film niemal zupełnie bezkrwawy – co nie wyszło mu na korzyść, bo nie był dziełem ambitnym, pełnym niedopowiedzeń, jak oryginał Tobiego Hoopera z 1974 roku. „Leatherface” jest horrorem brutalnym (zwłaszcza w wersji rozszerzonej), zimnym i nihilistycznym, czarującym praktycznymi efektami gore. Alexandre Bustillo i Julien Maury wyreżyserowali już kilka lepszych filmów, ale ich jankeski debiut, na szczęście, nie okazał się żadnym nieporozumieniem. Stephen Dorff, którego ostatnimi czasy nie stać na wiarygodną ekspresję, stworzył w „Leatherface’ie” jedną ze swoich bardziej zaangażowanych ról. Sam film nie jest może szczególnie potrzebny – o mordercy w skórzanej masce powiedziano już tyle, ile trzeba – ale od strony wizualnej prezentuje się nad wyraz zadowalająco.

„The Bad Batch”

BadBatchThe-ma

     W „The Bad Batch” grindhouse’owa eksploatacja i romantyczne uniesienia idą ramię w ramię w gatunkowym marszu. Prędzej niż dzikim, postapokaliptycznym horrorem okazuje się drugi film Any Lily Amirpour zajmującą historią miłosną, bardziej ekscentryczną niż miałką, bo kreowaną między ciekawymi indywiduami. Ale choć bohaterowie są tu zarysowani w atrakcyjny sposób, nie jest „The Bad Batch” w pełni udanym studium postaci, bo kwestie jak, przykładowo, ostracyzm czy zaburzenia psychiczne Amirpour poddaje tylko pobieżnej dyskusji. Tracą na tym barwne postaci drugoplanowe, z Jimem Carreyem jako pustelnikiem-niemową na czele. Bohaterowie „Bad Batch” na pewno nie wpiszą się w poczet legendarnych figur kina tak, jak zrobiła to „Dziewczyna, która wraca nocą sama do domu”. Amirpour pozwoliła sobie zbagatelizować ciekawe konteksty scenariusza i poniosła tego czynu konsekwencje: jej nowy projekt to poniekąd „sophomore slump”, mający niewiele wspólnego z drapieżną emancypacją „Dziewczyny”. Film jest spełniony plastycznie, ale niefrasobliwy.

„Podwodna pułapka”

47MetersDown

     Nagrodę w kategorii najlepszy tegoroczny twist narracyjny otrzymuje…: „Podwodna pułapka”, za zakończenie, którego nie przewidziałby chyba nikt. „Pułapka” – czy też „47 Meters Down” – to nie tylko jeden z lepszych współczesnych filmów o atakach rekinów, ale też survivalowy horror wyróżniający się przekonującą atmosferą beznadziei i izolacji. Johannes Roberts od razu przechodzi do rzeczy i szybko umieszcza swoje bohaterki w samym sercu podmorskiego piekła. Spędzamy z postaciami mnóstwo czasu i choć centralna kreacja Mandy Moore bywa chwilami kulą, pociągającą na dno drugą z aktorek, to w naszych oczach prym wiedzie dramatyczna intryga. Jej kulminacją okazuje się bardzo mroczny, satysfakcjonujący finał.

„Dave w labiryncie”

DaveMadeAMaze

      Połączenie slackerowej komedii i horroru przygodowego, jakiego – możecie być pewni – dotychczas nie widzieliście. Tytułowy bohater gubi się w labiryncie zbudowanym z kartonowych pudełek i postawionym na środku niewielkiego mieszkania. Sytuacja posiada, oczywiście, wydźwięk metaforyczny i stanowi pretekst do ukazania kryzysów egzystencjalnych 30-paroletniego Dave’a. Tytuł polski jest tu nieporozumieniem: ma być nieudolnym „tłumaczeniem” nieprzetłumaczalnego „Dave Made a Maze”. Oryginał to swoista gra słów. Dave mocno nabałaganił, w życiu swoim oraz swych bliskich, ale z labiryntu zgryzot i utrapień dzielnie wyprowadzają go przyjaciele. Film Billa Wattersona powstał za grosze, metodą DIY: reżyser wyciął sobie scenografię z kartonu, a krwawe efekty specjalne (bohaterów ściga żądny posoki Minotaur) stworzył przy użyciu… konfetti i serpentyny w aerozolu. W efekcie powstał najoryginalniejszy projekt roku, w którym imponująca wizja artystyczna tuszuje dziury scenariuszowe. Trajektoria filmu jest prosta, a nawet oczywista, przez co jego finał nie przynosi wielkich niespodzianek. Watterson nakręcił obraz awangardowy i zwyczajnie ciekawy dla oka, choć pozbawiony głębszego przesłania.

„Ostatnia klątwa”

OstatniaKlatwa-ma

     „Ostatnia klątwa” – oparta na autentycznej historii Johnny’ego Franka Garretta – miesza w sobie soczyste, trochę „tabloidowe” sceny zgonów oraz dramat marginalizowanej jednostki. Reżyser, Simon Rumley, podarował Garrettowi drugie życie, złożył mu, jako męczennikowi i ofierze radykalizmu, hołd. Sam film, choć na wyrost rozciągnięty jest w czasie, błędy timingowe nadrabia ciekawą stylistyką. Rumley nakręcił „Klątwę” jak teledysk, dając wyraz swej miłości do ekspresowych cięć, częstych (niekiedy, niestety, łopatologicznych) close-upów oraz industrialnego, dojmującego podźwięku. Surowi widzowie złoili mu za to tyłek – z tego samego powodu, dla którego „Resident Evil: Ostatni rozdział” zebrał manto za adekwatny przecież, gromki montaż. Obraz Rumleya nie okazuje się na szczęście dziełem topornym; wręcz przeciwnie – inteligentnie przestylizowaną oprawą nadrabia ubytki w scenariuszu. Skrypt bywa wtórny i męczący, a w finalnym jego stadium ujawnia się brak pomysłu na zmyślne zawiązanie historii. Szczerą sympatię wzbudzają jednak poszczególni bohaterowie, z granym przez Mike’a Doyle’a ławnikiem sądowym na czele.

„Mayhem”

Mayhem-ma

     Nie da się nie porównać „Mayhem” Joego Lyncha do starszego tylko o parę miesięcy „The Belko Experiment”. Niestety, „Mayhem” jest filmem gorszym – któremu brakuje rozmachu szaleństwa z „Belko”, rozkręcającym się wolniej. Zobaczycie tu masakry i walki na nożyce czy zaostrzone ołówki, ale Lynch nigdy nie pokazuje takiego obłędu, z jakim zmierzyli się pracownicy Belko Industries. W „Mayhem” dużo uwagi poświęcono polityce biurowej, choć nie industrialnym lękom; z satyrycznym zacięciem potępiono korporacyjne korupcje, nadużycia i represje, ale niepokojącym mechanizmom nadano ton humorystyczny. Film Lyncha jest lepszą komedią niż horrorem: reżyser ma smoliście czarne poczucie humoru i potrafi bawić makabrą.

„Talon Falls”

TalonFalls-ma

     „Talon Falls” powstał, by zaspokoić najprostsze, najbardziej zwierzęce instynkty: to film o porwaniach, torturach oraz voyeurystycznych przyjemnościach, płynących z oglądania cudzego cierpienia. Brak projektowi klasy, a nawet w pełni profesjonalnej formy (czego świadectwem są chybotliwa praca kamery oraz katalogowa muzyka). To po trosze wariacja na temat „Hostelu”, osadzona nie w Europie Wschodniej, a w jarmarcznym sercu Stanów Zjednoczonych. Efekty FX bywają tu przyjemnie kiczowate, choć generalnie są wykonane solidną ręką, a podejście Shreve’a do widza okazuje się wręcz wielkoduszne. Kamera nigdy nie odwraca się od makabry na życzenie reżysera: bezczeszczenie ciał i męki kolejnych postaci mają sprawić, że w fotelu wzdrygnie nawet twardziel, który widział już „wszystko”. „Talon Falls” nie zawładnie może zestawieniami najbardziej brutalnych filmów wszech czasów, ale i tak stanowi mocne widowisko. W czasach zdominowanych przez horrory opatrzone kategorią PG-13 fakt ten powinien ucieszyć każdego fana grozy.

„Autopsja Jane Doe”

AutopsjaJaneDoe-ma

     Film kunsztownie nakręcony i opatrzony upiorną ścieżką dźwiękową, napięcie budujący metodycznie, chociaż podręcznikowo. Pierwsze pięćdziesiąt minut „Autopsji…” zapewnia wiele emocjonujących, mrożących krew w żyłach momentów. Niestety, im bliżej finału, tym częściej ekran zalewają sztampowe jump scare’y, surowy, chłodny thriller przemieniając w lekko brejowaty horror z wątkiem nadnaturalnym. Brakuje w scenariuszu Iana Goldberga i Richarda Nainga głębszej refleksji, choć fabularzyści mogli mieć w tej kwestii inne zdanie. Nie rzucając zbędnymi spoilerami, napiszę tylko, że potępiając mizoginię lat dawno minionych, twórcy każą tytułowej bohaterce niewyobrażalnie cierpieć i znosić najgorsze upokorzenia. Film warto obejrzeć dla samego aktu zawiązania i wstępnego rozwoju akcji, lecz późniejsze jego stadia okazują się seksistowskie, zwyczajnie podłe.

„Amityville: Przebudzenie”

AmityvilleTheAwakening-ma

     W czasach, gdy metajęzyk, metafikcja, a zwłaszcza metahumor stanowią ulubione narzędzia prac reżyserskich, Franck Khalfoun nakręcił swój film „po staremu”. Pochodzący z Paryża twórca, choć wykorzystał poniekąd stylistykę „meta”, pozostał przy korzeniach serii. „Przebudzenie” nie jest remakiem pierwowzoru z 1979 roku, ale w kategorii budowania ekranowej grozy bardzo tę odsłonę przypomina. Kluczowe dla fabuły są nie tyle przemoc i plot twisty, co nawiedzające bohaterów, demoniczne istoty. Film pobrzmiewa ironicznym echem aż miło, lecz jego kwintesencją pozostają szepty dochodzące z wnętrz ścian, wędrówki po piwnicy o 3:15 nad ranem, ujęcia na spowite mrokiem, ziejące chłodem korytarze. Upiory Khalfouna goszczą na ekranie rzadziej niż robiły to w roku ’79, ale kiedy już pojawiają się tam, gdzie ich miejsce, straszą dość operatywnie. Choć nowy „Amityville” powstał pod banderą Blumhouse Productions, trafimy tu na mniej jump scare’ów niż można by przypuszczać. W wielu aspektach różnice pomiędzy „Horrorem Amityville” a „Przebudzeniem” bywają bardziej niż zniuansowane i koniec końców reboot (jeśli tak film z Bellą Thorne nazwiemy) okazuje się słabszy niż oryginał, ale i tak warto poświęcić mu półtorej godziny swojego czasu, bo bynajmniej nie jest kiepski.

„Bye Bye Man”

ByeByeMan-ma

     „Bye Bye Man” nie należy do produkcji szczególnie odkrywczych, ma jednak to szczęście, że dzięki prostocie osiągnęła jego reżyserka zamierzony efekt grozy: skrzypiące drzwi i czarny płaszcz z kapturem, zawieszony w ciemnym kącie spowitej nocą sypialni, z dużą skutecznością zjeżą włos nawet na krytycznie nastawionej głowie. Egzamin u fanów gatunku zdać powinny też podstawowe założenia fabuły, która, sama w sobie, dryfuje niekiedy w stronę absurdu. Tytułowy Bye Bye Man, choć nazwany dość przygłupio, mógłby równie dobrze okazać się dalszym krewnym Candymana. Zamiast wywoływać go pięciokroć, wystarczy wspomnieć jego ksywkę w myślach. Sama myśl o antybohaterze nie z tego świata daje mu wystarczającą siłę, by wyrósł znikąd i wymierzył przywołującemu karę. Prezencja Bye Bye Mana też przyprawia o ciary, co nie powinno dziwić wcale: rolę tytułową powierzono ulubieńcowi mas, Dougowi Jonesowi. Szkoda, że trzeci akt filmu zaczyna cechować się coraz dziwniejszą logiką, a w głowie Title roziskrza się upodobanie do groteski i głupawych klisz. W jednej ze scen nasz cytujący Rilkego protagonista zasiada przy starym, bibliotecznym pececie i googluje hasło – a jakże – „Bye Bye Man”.

„Notatnik śmierci”

NotatnikSmierci-ma

     Kolejny, po „Wish Upon”, rip-off serii „Oszukać przeznaczenie”. Nie wiem, czy komiksowy pierwowzór Tsugumiego Ōby przypomina makabryczną, zapoczątkowaną przez Jeffreya Reddicka sagę – nie miałem z nim styczności. Wielu „skrzywdzonych” wytykało Wingardowi, że nakręcił film zupełnie niepodobny do kultowej mangi, ale artystycznej porażki „Notatnika…” nie wiązałbym z tym faktem – dywagujące, niewierne oryginałowi adaptacje też potrafią przecież imponować. Problemem netfliksowej superprodukcji jest jej odarcie z misternego antybohatera, Ryuka (kapitalny Willem Dafoe); dla niektórych, być może, także przesadna amerykanizacja obsady. Z kolei największą siłą „Notatnika…” mają być pomysłowe, pełnokrwiste sceny zgonów. Adam, stać Cię na więcej i dobrze o tym wiemy – zwłaszcza, gdy operujesz ciekawie złożoną fabułą…

„Slumber”

Slumber-ma

     Polska była pierwszym krajem, w którym „Slumber” ukazał się na kinowych ekranach. Paradoksalnie, tak wysoko oceniane horrory, jak, przykładowo, „Pod skórą” czy „Dziwak”, do dziś nie spotkały się nad Wisłą z żadną formą dystrybucji. Fakt, że przeciętne straszaki sprowadzane są do nas nagminnie, irytuje: „Slumber” to w istocie wariacja na temat „Poltergeista”, duchy ukazująca poprzez paralityczne sny, a demonolożkę Tanginę podmieniająca na wszechwiedzącego dziadka, Amado. Początek filmu nie jest zbyt angażujący, mocniej prezentują się akty następne, gdy bohaterowie wpadają na trop Nocnicy – słowiańskiej zmory, duszącej ofiary we śnie. Kulminacyjne sceny bojów paranormalnych są odtwórcze, ale późniejszy epilog stanowi zgrabną, bo ponurą konkluzję. Maggie Q nie sprawdza się w w roli wiodącej, lepiej gra marginalizowana przez reżysera Kristen Bush.

„Śmierć nadejdzie dziś”

HappyDeathDay-ma

     Niewypał, przez media i widownię przyjęty po królewsku. Zasadniczy problem projektu leży w ratingu, jaki przyznali mu cenzorzy amerykańscy. „Śmierć nadejdzie dziś” udaje najtisowe slashery, ale rzadko rozlewa juchę – o nostalgicznym charakterze filmu świadczą przede wszystkim (auto)ironia oraz kręte, „whodunitowe” zagrywki fabularne. To kino zabawne i oryginalne – łączące retorykę „Krzyku” z moralizatorstwem „Dnia świstaka” – ale nader często pozbawione autentycznej grozy, niezbyt wciągające. Na w pełni udany horror stalk’n’slash z motywem pętli czasowej musimy jeszcze poczekać.

„Zabójcza ziemia”

KillingGround-ma

     Poszatkowany, zaburzający chronologię zdarzeń montaż nie zawsze okazuje się siłą „Zabójczej ziemi”; najczęściej jednak film dynamizuje, stanowi o kasandrycznym, wewnątrzkadrowym chaosie. Paliwem napędowym okazują się tu ciekawa charakterystyka bohaterów oraz realizm przemocy, na łeb bijący makabreski z pierwszego – ponoć kultowego – „Wolf Creek”. „Zabójcza ziemia” jest horrorem na wskroś ludzkim, naturalistycznym i niejednopłaszczyznowym – to ozploitation z klasą. Są jednak chwile, gdy projekt za bardzo przypomina „Eden Lake” z Michaelem Fassbenderem w roli głównej.

„Happy Hunting”

HappyHunting-ma

     Wariacja na temat „Nocy oczyszczenia”, tyle że osadzona na głuchej prowincji. Film jest bardzo satyryczny – mówi o usprawiedliwianiu barbarzyństwa i mordu uładzającego naród – ale nadano mu mroczny ton, kontrastujący z ostrym żarem Głębokiego Południa. Niekiedy reżyseria jest tu wręcz chłodna, pozbawiona pasji, chociaż nie koliduje to z założeniami podstawowymi: „Happy Hunting” ma szokować bezsensowną przemocą i staje na wysokości tego zadania. Intryguje bohater pierwszoplanowy, mianowicie alkoholik walczący z postępującym nałogiem. Walka Warrena (Martin Dingle Wall) z redneckami przypada na czas walki z sobą samym, a delirium bynajmniej nie przynosi protagoniście żadnego ratunku. Film hołduje „Teksańskiej masakrze…” – i chwała mu za to – lecz robi to w sposób oczywisty, by nie napisać łopatologiczny.

„Don’t Kill It”

DontKillIt-ma

     Jeden z niewielu filmów, w których Dolph Lundgren ma okazję odegrać zawadiacką postać z krwi i kości – zamiast bezpłciowej maszyny do zabijania. Gwiazdor kina akcji (tutaj jako łowca demonów) gra bardzo instynktownie i bawi się swoją rolą w najlepsze, co uprzyjemnia czas także nam. To w takich produkcjach chcemy go widzieć – nie na marginesie „Niezniszczalnych”, gdzie przydzielane są mu dwie, trzy kwestie na scenę. „Don’t Kill It” obśmiewa horrorowe konwenanse z polotem godnym wczesnych dokonań Petera Jacksona i, podobnie jak „Martwica mózgu”, okazuje się pikantnym, B-klasowym gorefestem. Jeśli uważacie, że Mike Mendez („Big Ass Spider”) nie potrafi umiejętnie przeplatać grozy z komedią, możecie być zaskoczeni. „Don’t Kill It” to jego najlepszy, jak dotąd, film, a w Lundgrenie odnalazł reżyser swoją 110-kilogramową muzę. Szkoda, że nie udało się Mendezowi zebrać większego budżetu – może zdusiłby on w zarodku kilka dojmujących efektów CGI.

„B&B”

BAndB-ma

     Geje z Londynu przybywają do wiejskiego pensjonatu, by upokorzyć jego ekstremalnie homofobicznego właściciela. Najbliższa noc przyniesie tragiczne skutki – dla obu stron… Niechęć do homoseksualizmu – własnego, jak i cudzego, myślenie stereotypami, wszechstronna dyskryminacja. Między innymi tym tematom poświęcił uwagę Joe Ahearne w swoim nowym dreszczowcu, „B&B”. Potencjalnie jest więc „B&B” filmem o fobiach społecznych – zresztą, biorąc pod uwagę miejsce akcji i fasadę intrygi, przejawiającym hitchcockowskie zacięcie. W praktyce okazuje się jednak thrillerem o walorach produkcji telewizyjnej, w którym fałszywych tropów i labiryntowych komplikacji jest tak dużo, że ciężko się przez nie przebić. Ahearne nie ma nic ciekawego do powiedzenia ani o życiu gejów pośród bigoterii, ani o zmianach socjalnych, sprawiających, że skostniałych uprzedzeń coraz częściej należy się wstydzić. Scenariusz filmu jest powierzchowny i eksploatacyjny, brakuje w nim bohatera, który nie ziałby antypatią. Do około 45. minuty historia wciąga – choć i tak nie bez reszty. Później „B&B” zaczyna drażnić chaotycznością.

„Shortwave”

Shortwave-ma

     Fale radiowe noszą w sobie duży potencjał narracyjny. To temat niemal zupełnie w horrorze niezgłębiony, a w „Shortwave”, niestety, potraktowany po macoszemu. Scenariusz filmu jest płaski i ubogi, a z fal dekametrowych czyni jedynie egzotyczny ornament. Ryan Gregory Phillips snuje starą śpiewkę o stracie i związanym z nią gniewie, o chybotliwości relacji ludzkich, ale jego dramat nie jest przejmujący. Zbyt wiele uwagi poświęcono tu sekwencjom sennych wyobrażeń, które nie mają właściwie przełożenia na meritum opowieści. Montaż to największa bolączka „Shortwave”. Kompletnie nieprzemyślane, chaotycznie poukładane cięcia wyrządzają filmowi sporą krzywdę: na początku, towarzysząc napisom prologowym, pokazują przebitki z „wielkiego”, mogłoby się wydawać, finału. Ciekawe są w „Shortwave” głównie niuanse estetyczne i praca operatora, Lucasa Gatha. Wysoka głębia ostrości zdjęć, nasycona, krystaliczna kolorystyka oraz oszczędne gospodarowanie kadrem sprawią, że widz bez większego bólu obejrzy debiutancki projekt Phillipsa do końca. Uwagę zwraca też miejsce akcji, bardzo przypominające to z „Ex Machiny”.

„Małe zło”

LittleEvil

     Rozumiem, że nie był to film kręcony w pełni na poważnie, ale reżyser Eli Craig nie otrzyma ode mnie żadnej taryfy ulgowej: „Little Evil” jest po prostu mdły i niezajmujący. Film ma kruchą konstrukcję narracyjną, bardzo wątły scenariusz, a jego potencjał zostaje zmarnowany po całości, m. in. przez przeciętnych aktorów. Komedię grozy o pięcioletnim Antychryście ciężko jest schrzanić: by wkupić się w łaski widza wystarczą dowcipne gagi, a na dokładkę odrobina diabolicznej groteski. Tymczasem w „Małym źle” – skądinąd makabresce – humor bywa tak niewyraźny, że ściągająca sen z powiek Bridget Everett przybiera postać folgującego comic reliefu.

„Never Hike Alone”

NeverHikeAlone

     „Never Hike Alone” to średniometrażowy spin-off „Piątku, trzynastego”. Reżyser Vincente DiSanti wziął zakurzoną serię na celownik i dzięki pomocy Kickstartera nakręcił fanowski, 50-minutowy slasher. Dobór słów (Kickstarter, film fanowski) mógłby sugerować, że nie warto poświęcić DiSantiemu cennego czasu. Nic bardziej mylnego. W „Never…” nasz stary przyjaciel, Jason Voorhees, wymachuje siekierą z gracją godną 30-paroletniego Kane’a Hoddera. W ostatnim akcie mierzy się nawet z jednym z głównych bohaterów oryginalnego cyklu. Imienia postaci nie wyjawię; napiszę tylko, że DiSantiemu udało się nawiązać współpracę z aktorem, który lata temu brylował w pewnym bardzo lubianym sequelu. „Never Hike Alone” wygląda jak wysokobudżetowy film studyjny, choć w 99% kręcony był w lesie przez grupę zapalonych amatorów. Pojawiają się tu odwołania do pierwszych „Piątków”, chwilami pięknie leje się krew, a przede wszystkim sam Jason sprawia wrażenie, jakby dopiero co obudził się z długiej hibernacji. Od DiSantiego, który zagrał zamaskowanego antybohatera, nie da się oderwać oczu. Minusy: „niepełne” i pośpieszne zakończenie, wkurzająco hipsterski protagonista, który przez czterdzieści minut jest w zasadzie jedyną postacią filmu.

„XX”

XX-ma

     Antologia o kobietach i ich codziennych znojach. Między zamykającym „XX” „Her Only Living Son” – reżyserowanym przez Karyn Kusamę – a innymi składającymi się na antologię segmentami istnieje przepaść: tylko Kusamie udało się głębiej zanurzyć w podjętej historii, tylko ona otuliła szkielet swych postaci ciekawą charakterystyką. U Kusamy miłość rodzicielska jest w stanie przygasić rozwijający się w dziecku pociąg do zła i zniszczenia. Zauważalne są konotacje między „Her Only Living Son” a słynnym „Musimy porozmawiać o Kevinie”, choć związek krótkometrażówki z innym wysoko ocenianym horrorem (jego tytułu nie wyjawię) da widzowi możliwość dwojakiej interpretacji zdarzeń ekranowych. Dużym atutem „XX” jest rola Christiny Kirk, w której to aktorce od dziś widział będę młodszą Frances Conroy. Poza Kirk wystąpiły w filmie m. in. Angela Trimbur i Sheila Vand. Aktorki wypadają w swych rolach przekonująco i ekspresywnie; ich pracę nadzorowały przecież kobiety dojrzałe artystycznie. I choć reżyserki „XX” w swym fachu są albo niezłe (Benjamin, Clark), albo wysoce wykwalifikowane (Kusama, Vuckovic), ogół projektu przedstawia się dość przeciętnie. Być może nieumiejętnie zespojono gotowy obraz w pracowni montażowej. „XX” grozę o naturze niemal egzystencjalnej miesza z kuriozalnym czarnym humorem; kłopotliwa okazuje się struktura filmu, połączonego w całość przy użyciu mętnych poklatkówek. Być może za faktem, iż nie sprostał „XX” pokładanym w nim oczekiwaniom, stoją inne powody.

„Don’t Hang Up”

DontHangUp

     Historia to stara jak świat: niepokorne nastolatki ukarane zostają za swój brak pokory. W „Don’t Hang Up” wykorzystano też dobrze znany motyw telefonicznego dręczenia, choć role tu odwrócono – to młodociani bohaterowie uprzykrzają życie starszym, strasząc ich podrabianym głosem Ghostface’a (i ściągając na siebie przykre konsekwencje). Nieźle prezentuje się scena otwierająca, w której głupi dowcip bezmózgich jerków jest tak wyrachowany, że wręcz bezlitosny. Później robi się tylko słabiej: górę nad nieźle zainicjowanym horrorem bierze schematyzm, a jednowymiarowe postaci wzbudzają naszą obojętność. W „Don’t Hang Up” znajdziemy tylko parę szczerze zaskakujących plot twistów, a prób „uczłowieczenia” nastoletnich bohaterów przez antagonistę zwyczajnie nie kupujemy, bo nie sprawiają oni wrażenia osób skorych do nauki. Komentarz reżysera w kwestii potęgi social mediów i braku łączności młodych ze światem realnym wydaje się spóźniony o kilka dobrych lat. Zadowala natomiast rozpaczliwie nihilistyczny finał.

„Tonight She Comes”

TonightSheComes

     W „Tonight She Comes” nie brakuje epatowania ohydą: w jednej ze scen bohater zmuszony zostaje do zjedzenia zużytego tamponu. Film stanowi osobliwe połączenie gross-outowego horroru oraz komedii o feministycznej specyfice: nieustannie toczy się w nim wojna płci, postaci uśmiercane są brutalnie i krwawo, a rola przodująca przekazywana jest kolejnym aktorom „z rąk do rąk”, jak w sztafecie. W tych biegach dominuje zwłaszcza żywioł kobiecy. „Tonight…” ma przynajmniej kilku głównych bohaterów – niektórzy zostają nam przedstawieni na kilkanaście minut przez zamknięciem akcji. To nietypowe posunięcie, ale Matt Stuertz bynajmniej nie zgrywa żadnego konformisty. „Tonight She Comes” jest zarówno retro slasherem, jak i satanistycznym shockerem; pobrzmiewa też krzykliwym echem „Martwego zła”. Scenariuszowi Stuertza brakuje spójności i rezerwy, przez co pierwsze skrzypce gra w filmie styl audiowizualny. Muzyka Wojciecha Golczewskiego brzmi tu jeszcze lepiej niż w „Beyond the Gates”.

„Baba Jaga”

BabaJaga-ma

     Gdyby poplątać odrobinę tropy fabularne w nowym filmie Caradoga Jamesa, „Babie Jadze”, można by uformować horror premierowo pokazywany już rok czy dwa lata temu. Obraz tematycznie związany jest ze świetnymi „Under the Shadow” i „Babadookiem” oraz mniej udanym „The Monster” Bryana Bertino. Rys scenariusza do złudzenia przypomina historie przedstawione w pozycjach wyżej wymienionych: zdana tylko na siebie matka cierpliwie stara się odbudować więź w wyalienowanym (tu: niegdyś porzuconym) dzieckiem. Zaletą wszystkich z podanych filmów pozostaje przekonujące aktorstwo. Katee Sackhoff i Lucy Boynton nie tworzą w „Babie Jadze” ról życia, lecz grają całym sercem, emanują nieoczywistym, nieprzesłodzonym urokiem, jakiego brak wielu ekranowym duetom matka-córka. Poza aktorską chemią projekt Jamesa oferuje niewiele. „Baba Jaga” wyewoluowała na kanwie pospolitego skryptu. Twist towarzyszący scenie finałowej może niektórych widzów poruszyć, lecz bynajmniej nikim nie wstrząśnie; przede wszystkim okazuje się jedynym pamiętnym momentem 95-minutowego materiału.

„Cold Moon”

ColdMoon

     Horror nadnaturalny, łączący w sobie motywy znane z kina azjatyckiego oraz klimat nurtu southern gothic. Film adaptuje powieść Michaela McDowella z 1980 roku i stanowi klasyczny przykład ekranizacji zbyt krótkiej, której sporą krzywdę wyrządziło nagromadzenie wątków z książkowego oryginału. Jest tu ukryta intrygująca historia, bo McDowell („Sok z żuka”) miał łeb pełen zadziwiających pomysłów. Zakopano ją jednak głęboko pod usypiskiem mankamentów technicznych, zresztą karygodnych. Mikser efektów audialnych za pracę przy „Cold Moon” powinien trafić na czarną listę hollywoodzkich dźwiękowców. Dialogi bohaterów, padające zza kadru – a więc słowa wypowiadane przez postaci oddalone od kamery i rejestratora dźwięku – są praktycznie niesłyszalne. Równie nieprofesjonalny okazuje się montaż obrazu, którego autor nawet produkcje Lifetime’u oszpeciłby kumulacją dramatycznych, wyniosłych cięć. Nieźle prezentują się w „Cold Moon” efekty komputerowe: w jednej ze scen fantom upiornej topielicy jeździ na rowerze, którego nie ma, w innej bohatera nawiedza wąż z ludzką głową (bardzo podobny do Beetlejuice’a). Szkoda, że reżyser, Griff Furst, nie był w stanie wydobyć z dobrych przecież aktorów – Christophera Lloyda, Candy Clark – solidnej ekspresji. Z drugiej zaś strony, czego spodziewać się po twórcy, w którego CV najjaśniej błyszczą tytuły jak „Aleja aligatorów” czy „Rekin widmo”.

„Red Christmas”

RedChristmas

     „Red Christmas” to połączenie ultrakrwawego slashera i rodzinnego dramatu, w którym cudem ocalały z aborcji płód postanawia złożyć niedoszłej matce wigilijną wizytę. Pomimo kontrowersyjnej problematyki prawa reprodukcyjnego i kontroli urodzeń, Craig Anderson nie opowiada się po żadnej ze stron sporu: nie jest ani za ruchem pro-life, ani pro-choice – przynajmniej jako reżyser. W wywiadach Anderson wyjawił, że chciał nakręcić horror o szczególnej tematyce – jakiego widzowie nie mieli jeszcze okazji widzieć. Udało mu się to. „Syn” Diane (Dee Wallace) nie straszy tu jako widmo aborcyjne, bo – na szczęście – nie nadano mu roli umoralniającej. Jego zadanie jest proste: ma wybić swoich krewniaków, którzy nie wiedzieli nawet o jego istnieniu. „Red Christmas” to perfidny, mocny wizualnie slasher, w którym bożonarodzeniowa idylla zakłócona zostaje przez akty nieopisanego barbarzyństwa. Jest lepszy niż ostatnie filmy o świątecznych masakrach – „All Through the House”, „Silent Night” z Jaime King – choć nie tak udany jak „Koszmarna opowieść wigilijna”. Gdyby nie pewna sceniczność, związana z wątkiem niechcianej ciąży, byłby to horror znacznie lżejszy, bardziej prostolinijny.

„Rekinado 5: Efekt płetwarniany”

Sharknado5-ma

     Pierwsze „Rekinado” obwołałem parę lat temu jako ostateczny upadek telewizji. Film, faktycznie, przyprawiał o krwotok oczu, ale mały ekran nie roztrzaskał się po jego emisji na tysiąc kawałków. W tym roku „Rekinado” ponownie nawiedziło domy dookoła świata. W piątej z kolei odsłonie tej absurdalnej serii wirujące rekiny atakują m. in. Londyn, Sydney i Rio de Janeiro. Ziemię szturmuje straszliwy „efekt płetwarniany”, a jej jedynymi wybawcami mogą okazać się Ian Ziering i bioniczna Tara Reid (zdolna przetransformować się w helikopter, kiedy zajdzie taka potrzeba). Żaden wcześniejszy prequel nie był tak zabawny, jak „piątka”, choć występowali w poprzednich częściach ciekawsi epizodyści. W „Rekinadzie 5” absurd i głupota podniesione zostają do potęgi n-tej, co na tym etapie serii jest wysoce wskazane. Nie zrozumcie mnie źle: to film o zerowym scenariuszu, w którym aktorzy grają prawdopodobnie za działkę białego proszku, ale jednocześnie nie sposób się przy nim nie uśmiechnąć.

„Bloody Muscle Body Builder in Hell”

BloodyMuscleBodyBuilderInHell-ma

     Tani jak barszcz lo-fi movie, który, w generalnym skrócie, powstawał przez lata, począwszy od 1995 roku i łączy w sobie stylistykę „Martwicy mózgu” z humorem „Martwego zła”. Ciężko jest oceniać ten dziwaczny, trashowy splatter w kategoriach „prawdziwego” filmu. „Bloody Muscle Body Builder in Hell” trwa niewiele więcej niż odcinek serialu telewizyjnego; to projekt średniometrażowy i średnio udany. Shinichi Fukazawa nakręcił pełen paradoksów film, który bywa okropny, ale jest też okropnie zabawny. Efekty w jego wydaniu są co najwyżej specjalnej troski, co koniec końców dodaje projektowi old-schoolowej wiarygodności. Poza tym, moi mili, nie oszukujmy się. „W kurwę muskularnego kulturysty wizyta w piekle”?! Projekt o takim tytule trzeba zobaczyć, żeby uwierzyć, że w ogóle powstał.

„Jackals”

Jackals-ma

     „Jackals”, choć trzyma w napięciu i emanuje przystającym nihilizmem, pozostaje filmem nieoryginalnym, zwyczajnie imitatorskim. Reżyser i montażysta Kevin Greutert parokrotnie już dowiódł, że ma łeb pełen świeżych, spaczonych pomysłów (nie, niekoniecznie „Klątwą Jessabelle”). Szkoda, że jego ostatni, wizualnie bardzo powabny horror najwięcej osiąga przywołując wspomnienia po francuskim „Ils” sprzed jedenastu lat… „Jackals” to także film zblazowanego aktorstwa. Johnathon Schaech, Stephen Dorff i Deborah Kara Unger nie otrzymali chyba od producentów tak wysokich gaż, na jakie liczyli.

„Dead Awake”

DeadAwake

     „Dead Awake” to składanka najbardziej oczywistych chwytów i tricków ekranowych. To horror nie podnoszący sobie poprzeczki zbyt wysoko, mający zadowolić kinomanów o niewygórowanych ambicjach. To wreszcie projekt oparty na cravenowskich obsesjach, ożywiający ostry zapach starego, czerwono-zielonego swetra. Film wyraźnie inspirowany jest „Koszmarem z ulicy Wiązów”, choć nie posiada metaforycznej konstrukcji i nie zapisze się w świadomości zbiorowej jako bystry horror, w którym surrealne lęki mają jak najbardziej przyziemne podłoże. Widzowie zainteresowani tematem paraliżu sennego powinni dać dziełu Phillipa Guzmana szansę, choć nawet ich powiadomię, że lepiej rozprawił się z tym zagadnieniem Rodney Ascher w swym dokumencie „The Nightmare”.

„Rupture”

Rupture

     W „Rupture” reżyser Steven Shainberg powraca do motywów sadomasochistycznych, znanych ze świetnej „Sekretarki”. Wraca przynajmniej pozornie. W jego nowym dziele nic nie jest takie, jak się wydaje – niestety, w złym znaczeniu tych słów. „Rupture” garściami czerpie z takich filmów, jak „Martyrs”, „Hostel” i „Inwazja porywaczy ciał”. Koniec końców okazuje się jednak pozycją zupełnie inną, a przy tym po wielokroć gorszą, dzięki bardzo leniwemu, flegmatycznemu zakończeniu – wręcz niestrawną. Na słowa pochwały zasługują efektowne sceny ucieczek, za znośną kreację centralną poklepać po ramieniu można Noomi Rapace. Okropnie prezentują się efekty CGI, bardzo kiepsko zintegrowane z planem zdjęciowym.

„The Dark Tapes”

TheDarkTapes

     Jeden z zaledwie kilku tegorocznych horrorów found footage. Reżyserzy Michael McQuown i Vincent J. Guastini wydali swój film w momencie, w którym widzom podgatunek ff już nie tyle zbrzydł, co zwyczajnie się znudził. W „The Dark Tapes” po raz enty przytoczona zostaje historia badaczy zjawisk paranormalnych, którzy, uzbrojeni w kamery, odpierają ataki duchów, demonów i kosmitów. Spośród pięciu antologicznych segmentów najciekawszym okazuje się ten, w którym gwiazdki porno-strony nakłaniają niewinnego klienta do robienia coraz bardziej niepokojących rzeczy. „Dark Tapes” – przynajmniej poza nowelką „Cam Girls” – to projekt wtórny i nieodkrywczy; wywołujący dreszcz emocji, choć raczej incydentalnie.

„Monstrum”

Colossal-ma

     Miszmasz gatunków – bardzo osobliwy, całkiem wciągający. Scenariusz jest konceptualny i stawia na świeżość, choć posługuje się łopatologicznymi alegoriami. Z tego powodu film nigdy nie jawi się jako szczególnie błyskotliwy, a przecież, zważając na nazwisko reżysera/fabularzysty, miał ku temu warunki. Vigalondo działa na granicy absurdu, ale jego tragikomiczny, romantyczny monster movie nie jest dziełem nieudanym – zwyczajnie nadto oczywistym. To epitet sprzeczny, biorąc pod uwagę gatunkową klasyfikację filmu. Największą zaletą „Monstrum” pozostaje niezawodny humor Vigalondo.

„Co się wydarzyło w Gracefield”

GracefieldIncidentThe

     Kiedy wydawało się, że szaleństwo na found footage’owe horrory trochę już ucichło, BACH – w kinach pojawił się „The Gracefield Incident”. Film nie rewitalizuje tego przewałkowanego podgatunku – przeciwnie, jego reżyser, Mathieu Ratthe, bardzo często korzysta z najtańszych chwytów narratorskich. Jeśli lubicie jednak straszaki z przesłaniem, poinformuję Was tylko, że tutaj morał zawarto: i to niespotykany, jak na tego typu produkcję, choć poszczególni widzowie uznają prędzej, że głupi. Piszę bardzo enigmatycznie nie dlatego, żeby zrobić Wam na złość, a przeto, że „Gracefield Incident” takim właśnie potrafi być horrorem: pokrętnym i zagadkowym. Przynajmniej w ostatnich minutach – wcześniej jest filmem dość wtórnym i przynudzającym.

„Mumia”

MummyThe-bttm

     Tytułem „Mumia” można by równie dobrze opatrzyć filmową biografię Toma Cruise’a. Rola komandosa, który budzi ze snu zmumifikowaną, antyczną boginię, nie jest najgorszym momentem jego kariery (ma Cruise za sobą mniej chlubne występy), ale pobrzmiewa próżnością na przemian z impotencją. Chłopięcy urok aktor utracił przed laty, choć w każdym kolejnym ze swych filmów próbuje mydlić nam oczy, że wciąż jest charyzmatycznym leading manem. Ekranowe afekty Cruise’a i towarzyszącej mu Annabelle Wallis są spektaklem bezpłciowości. Niewyraźna jest też sama „Mumia”, która okazuje się mało widowiskowym blockbusterem i – co gorsza – gwałci ikonografię Hollywoodu lat 30. Gdyby Karl Freund wciąż żył, mógłby oskarżyć Aleksa Kurtzmana i jego ekipę o molestowanie.

„Life”

Life-ma

     Krótko i na temat: byłem rozczarowany, gdy dobrze oceniany outer space horror, „Life”, okazał się niczym więcej niż tylko skrupulatnym rip-offem „Obcego” – zwłaszcza, że wszedł do kin parę tygodni przed „Przymierzem”. Dr. David Jordan to wykapana Ellen Ripley, ale Espinosie brakuje kunsztu, zaangażowania i przede wszystkim polotu Scotta. Najbardziej z całego filmu podobało mi się złowrogie, zwiastujące katastrofę zakończenie. Tylko dzięki niemu dam szansę sequelowi.

„Krucyfiks”

Krucyfiks

     Nowa propozycja duetu scenariopisarskiego, Chada i Careya Hayesów, może ucieszyć fanów „Obecności” oraz innych straszaków o opętaniu. Po części jest horrorem o diabelskim kuszeniu, a po trosze całkiem angażującym murder mystery. Aktorzy sprawują się tu słabo, a zakończenie wydaje się przedwczesne i niefrasobliwe, ale całość potrafi utrzymać w zainteresowaniu – w miarę. Na pewno nie należy traktować „Krucyfiksu” jako filmowego must-see.

„1922”

1922-Jane

     Przeciętna, odstraszająco drętwa adaptacja kingowskiego opowiadania, z Thomasem Janem w roli tak dalece podyktowanej duchem innej epoki, że wręcz karykaturalnej.

„Never Here”

NeverHere

     Film emocjonalnie nieprzystępny i odpychająco sterylny, za to gustownie sfotografowany – przystojny, ale zrealizowany pod niszowe festiwale, nie dla przeciętnego widza. Przez dwie trzecie czasu trwania nie dzieje się tu nic ciekawego; chwilami ta drętwota wydaje się wręcz paraliżująca.

„Linia życia”

Flatliners-ma

     Film, w którym Ellen Page prosi parę kiepskich studentów medyny, by zatrzymali akcję jej serca, a potem przywrócili ją do życia – w imię, ekhem, nauki. Trochę półprodukt, za to dobrze zagrany, z solidnym i angażującym pierwszym aktem.

     Ponadto częścią tego przeglądu powinny być trzy filmy, których nie miałem okazji obejrzeć: „Zabicie świętego jelenia”, „Pierwszy śnieg” oraz „Piła: Dziedzictwo”. Obiecuję poprawę!

2 myśli w temacie “Filmowe podsumowanie 2017 roku: rozgrzewka”

  1. Chory, tak?…. heh

    Ogromny szacunek dla Ciebie za wykonaną pracę. Uwielbiam Twój styl pisania, wszystko zwięźle podane, w ostatni dzień 2017 wchodzę z Twoim blogiem.
    Jest sporo produkcji, których nie było mi dane obejrzeć, a i przez zawirowania z festiwalami trzeba czekać na fajne tytuły jak Trauma, która już chyba nawet miała światową premierę, czy Who’s watching Oliver.
    Tak czy siak zanikający powoli rok był naprawdę dobry dla filmowego horroru, poprzeczkę zawiesił wysoko.

    Liczę, że zapału do prowadzenia HNID Ci nie zabraknie. Na nowy rok życzę Tobie, by 2018 przyniósł same udane dzieła, „różne i podłóżne”, jak najmniej rozczarowań, jak najwięcej zachwytów.
    No i typowo – zdrowia, choć z drugiej strony, skoro coś takiego robisz w chorobie, to…

    1. Dziękuję. Też wyczekiwałem premiery „Who’s Watching Oliver”, podobnie jak kilku innych horrorów dobrze przyjętych na festiwalach („A Floresta das Almas Perdidas”, „My Friend Dahmer”, „Tragedy Girls”). Liczę, że pojawią się w ciągu najbliższych miesięcy.

      Z zapałem bywa różnie, ale blog wciąż istnieje i będzie istniał, a ja wrócę po krótkiej przerwie 😉 Tobie, podobnie, życzę jak najlepszych filmowych doświadczeń w nowym roku – i nie tylko filmowych. Pomyślności i sukcesów 🙂

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s