Atomy naszego życia. [„Anihilacja”, 2018]

     Przedostatni film Aleksa Garlanda, „Ex Machina”, stanowił refleksyjne, chwilami niemal filozoficzne kino cyberpunkowe i zasłużenie przyniósł swojemu twórcy nominację do Oscara za scenariusz. Tekstualnie projekt scalał ze sobą fragmenty „Frankensteina” Mary Shelley z urywkami prozy Philipa K. Dicka. „Anihilacja” – dziecko Paramountu i Netfliksa – to film nie mniej ryzykowny; chwilami wyglądający jak kobiecy remake „Predatora”, a kiedy indziej jak duchowy sequel „Stalkera” Tarkowskiego.

Annih2

     Fabuła „Anihilacji” wydaje się prosta, ale wcale taka nie jest: scenariusz okazuje się enigmatyczny, a jego autor nie ma w zanadrzu żadnych odpowiedzi – mimo że pytań wystosować można by wiele. W Strefie X, gdzieś w Stanach Zjednoczonych, niezidentyfikowana fala energii przyczynia się do mutacji biologicznych. Członkowie ekspedycji rozkładają nad ewenementem ręce. Padają nawet sugestie, że za całym zamieszaniem stoją obcy. Historia inspirowana jest utworem Lovecrafta „Kolor z przestworzy”, w którym gazy tajemniczego meteorytu wywołują wśród ludzi straszliwą chorobę. Okazuje się jednak „Anihilacja” więcej niż body horrorem; to zarazem minimalistyczny w swej formie traktat, dotyczący natury ludzi i dziwnie im bliskiej autozagłady. Garland (prawdopodobnie jak VanderMeer w książkowym pierwowzorze, choć pewności nie mam) opowiada o momencie, w którym bohaterki nie mogą dłużej ufać swoim ciałom. „Anihilacja” to film, w którym porządek świata zostaje unicestwiony, a destrukcja wynika z nieświadomości człowieka. W jednej ze scen pada zdanie: „Mało kto przejawia skłonności samobójcze, choć wszyscy dążymy do samozagłady”. Z jakiegoś powodu ewolucja wyposażyła nas w silny impuls masochistyczny.

     Teorie dotyczące tego, o czym właściwie mówi Garland w swoim filmie mnożą się wraz z jego postępem, a każda z prób tłumaczenia fabuły wydaje się coraz bardziej niepokojąca. Prędzej interesuje jednak „Anihilacja” od strony wizualnej niż treściowej, bo pytania „jak?” i „dlaczego?” piętrzą się niemal bez umiaru. Być może zamiast o katastrofie ekologicznej prawi reżyser o katastrofie naszych ciał, o buncie ludzkich atomów. „Być może” warto tu wyraźnie zaakcentować. Zabrakło Garlandowi pomysłu na ciekawszą konkluzję; finał „Anihilacji” jest zawiły i niesatysfakcjonujący. „Ex Machina” zgrabniej prowadziła widza ku ostatnim minutom, nie była dziełem tak sennym, jak nowy projekt reżysera i z tego powodu prowokowała do refleksji. „Anihilacja” jest utworem równie eleganckim – o bajecznie zaaranżowanej przestrzeni kadru – ale mniej kontemplacyjnym, zwyczajnie nudniejszym, pomimo arsenału nieoczywistych korpuskuł w scenariuszu. Technicznie film trzyma bardzo solidny poziom (materiały muzyczne są tu dekoncentrująco atonalne, zdjęcia ostre i stonowane jednocześnie). Szkoda, że postaci pierwszo- i drugoplanowe rozpisane zostały po łebkach, a mnożące się flashbacki przykryto kolejnymi warstwami flashbacków. Mam nadzieję, że kolejny projekt Garlanda okaże się mniej czczy; soczystszy warsztatowo na obu polach – wizualnym i scenariuszowym też.

     Albert Nowicki – dziennikarz, tłumacz i copywriter, miłośnik kina, zwłaszcza filmowego horroru. Jego teksty pojawiały się między innymi na łamach serwisów Filmweb oraz Movies Room. Blog His Name Is Death prowadzi nieprzerwanie od 2012 roku.

Annih3

06

Reklamy

4 myśli w temacie “Atomy naszego życia. [„Anihilacja”, 2018]”

  1. Bardzo lubię tego bloga, ale nie potrafię się zgodzić z tą recenzją. „Anihilacja”, obok „Blade Runnera 2049” jest najprawdopodobniej najlepszym filmem s-f ostatniej dekady. Świadomie osadzony w tradycji gatunku („Kolor z przestworzy”, „Odyseja kosmiczna”, „Piknik na skraju drogi”, „Solaris”, nawet „Strefa X”) ma jednocześnie swój wyraźny głos. Na cały film można patrzeć jak na esej, komentujący poprzez nawiązanie klasyczne motywy s-f. Bohaterowie są prawdziwi i ciekawi – nie znajdziemy tu nieznośnych hollywoodzkich klisz. Finał – o estetyce teledysku Toola – jest poruszający, surrealistyczny i niejednoznaczny.
    Przede wszystkim owa niejednoznaczność i metaforyczność świadczy na korzyść „Anihilacji”. Szczególnie w zestawieniu z „Ex machina”, które (jeśli nie czytać filmu przez pryzmat feministyczny) po prostu powiela w mocno przeestetyzowanej scenerii scenariusz znany co najmniej od czasu „Terminatora” .

      1. Ja chciałbym jedynie dodać, że Anihilacja oparta jest nie na „Kolorze z przestworzy” Lovecrafta, lecz na znacznie bardziej współczesnej trylogii The Southern Reach Jeffa VanderMeera. Polecam oryginał, autor stawia o wiele więcej pytań, odpowiedzi pozostawiając w sferze domysłów, co zresztą jest cechą charakterystyczną jego twórczości.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s