„Everything tastes gray”. [„Selfie from Hell”, 2018]

     Niemiecka vlogerka Julia (Meelah Adams) przybywa do Stanów Zjednoczonych, by spotkać się z dawno niewidzianą kuzynką. Skrywa jednak zabójczy sekret, a bardziej niż na pogaduchach z sympatyczną Hannah (Alyson Walker) zależy jej na rozwikłaniu pewnej mrocznej zagadki. Wkrótce po przyjeździe internetowa gwiazdorka zapada na dziwną chorobę. Hannah odkrywa, że może to być wina… telefonu i duchów z tak zwanej „ukrytej” części internetu.

SfH2

     „Selfie from Hell” to film, w którym lekarz zaleca pacjentce zażywać specjalistyczne tabletki, ale nie wydaje jej żadnej recepty, bo jest bohaterem epizodycznym i musi prędko zniknąć z ekranu. To film, którego antybohaterowie noszą takie imiona, jak Selfieman czy F34R-3473R. Jest to film, w którym wszelkie widniejące w sieci informacje należy czytać na głos, a wiedzę, w jaki sposób dostać się do darknetu, pozyskuje się – no wiecie – googlując hasło „jak dostać się do darknetu”… Lepszym cyber horrorem okazał się nawet „Friend Request” z Alycią Debnam-Carey jako nastolatką nawiedzaną przez Facebooka, a warto nadmienić, że nie stanowił on dzieła udanego. Twórcy „Selfie from Hell” mentalnie zatrzymali się chyba na etapie lat dziewięćdziesiątych; ich projekt usłany jest przestarzałymi stereotypami na temat internetu. Nawet tytułowe selfie zyskuje dzięki scenarzyście nową definicję: może nim być nie tylko fotografia autoportretowa, ale też zdjęcie, które wykonuje za nas ktoś inny…

     Scenariusz ewidentnie pisano bez żadnego przyświecającego pomysłu; historia Julii i Hannah jest rozcieńczona do granic, z trudem wypełnia siedemdziesiąt minut filmowego materiału. Ten fakt nie powinien dziwić: „Selfie from Hell” bazuje na viralowej krótkometrażówce, całą „narrację” zamykającej w sześćdziesięciu sekundach. W filmie z 2015 roku mieliśmy do czynienia z prostym konceptem: z selfie ukazującym istotę niedostrzegalną w rzeczywistości. Pomysł nie był wyszukany, lecz składał się na zgrabny, efektowny short. Pełnometrażowy remake to natomiast stek bzdur i absurdów, który ledwo trzyma się kupy. Poza kilkoma banalnymi jump scare’ami i głupotami typu: „13. selfie będzie twoim ostatnim” postanowiono ubarwić projekt wątkiem romantycznym – kompletnie jałowym, dopisanym na siłę. O ile udźwiękowienie filmu sprawi, że wzdrygniemy parę razy w fotelu, o tyle stockowy soundtrack nie zaimponuje już nikomu – to katalog powtarzalnych, oklepanych melodii. Pochwalić można pracę realizatora światła – stonowane, działające na wyobraźnię oświetlenie bywa dla „Selfie…” ostatnią deską ratunku – ale ogół projektu zbyt często trąci amatorstwem. Czekam na horror o nawiedzonych hashtagach. Ten o demonicznym selfie to, niestety, strata czasu.

     Albert Nowicki – dziennikarz, tłumacz i copywriter, miłośnik kina, zwłaszcza filmowego horroru. Jego teksty pojawiały się między innymi na łamach serwisów Filmweb oraz Movies Room. Blog His Name Is Death prowadzi nieprzerwanie od 2012 roku.

SfH1

2 i pol

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s