Obcy gracji pełny. [„Obcy – 8. pasażer Nostromo”, 1979]

     Czas był dla „8. pasażera Nostromo” wyjątkowo łaskawy. Powstały w 1979 roku film uchodzi za klasykę horroru science-fiction, a z Ridleya Scotta i Sigourney Weaver uczynił monarchów Hollywood. Na przestrzeni dekad obraz nie zestarzał się ani trochę: zaprojektowane na jego potrzeby praktyczne efekty specjalne wciąż przyprawiają o zawrót głowy, są równie intensywne i ofensywne jak lata temu. Film hipnotyzuje strachem; na rozłogu kina grozy pozostaje żelaznym monumentem.

Alien2

     Strach ten widoczny jest zwłaszcza w oceanicznych oczach Veroniki Cartwright, filmowej Lambert. To Cartwright nastraja w widzach odpowiednie uczucia, to jej niebieskie ślepia odbijają w sobie grozę. Nawigatorka Lambert okazuje się postacią histeryczną – nie mniej niż Sally Hardesty, ulubiona „zabawka” Leatherface’a. Gdy w jednej ze scen na Cartwright bucha strumień sztucznej krwi, aktorkę zalewa nie tylko lepka maź, ale też fala paniki. „Obcy – 8. pasażer Nostromo” to film o kobiecej intuicji: Lambert i Ripley (Weaver) przeczuwają, że wezwanie z opuszczonej planetoidy może przynieść załodze Nostromo kłopoty. Decyzja zejścia na skalistą przystań należy do męskiej części ekipy.

Czytaj dalej Obcy gracji pełny. [„Obcy – 8. pasażer Nostromo”, 1979]

Reklamy

Narodziny legendy. [„Han Solo: Gwiezdne wojny – historie”, 2018]

     Outsider i wieczny awanturnik, Han Solo (Alden Ehrenreich), opuszcza ukochaną i dołącza do marynarki wojennej jako pilot. Wszystko w wyniku mafijnych komplikacji: kłopoty stale trzymają się naszego bohatera. Chłopak zostaje intergalaktycznym szmuglerem, który przemierza kosmos w towarzystwie imperialnego żołnierza Becketta (Woody Harrelson) oraz humanoida o wielkim sercu, Chewbacki. Po cichu marzy o ponownym spotkaniu z Qi’rą (Emilia Clarke). Podróże po gwieździstych przestrzeniach będą dla niego lekcją życia. Han Solo ma szansę stać się najsłynniejszym przemytnikiem w całej Galaktyce. I, jak wiemy, sposobność tę wykorzysta.

HanSolo2

     „Han Solo: Gwiezdne wojny – historie” bynajmniej nie jest złym filmem. Ale kompletnie niepotrzebnym – już tak: od pierwszych minut podejrzewamy, dokąd nas poprowadzi, wiemy, jakich zachowań spodziewać się po bohaterze tytułowym. Ehrenreich nie odnajduje się pod skrzydłami Howarda zbyt dobrze – choć rolami w „Pięknych istotach” czy „Stokerze” zdążył dowieść, że jest aktorem powściągliwym, taktownym i wyrazistym jednocześnie. Jako Han Solo bez skutku próbuje zrewaloryzować zawadiacki urok, który Harrison Ford roztaczał na planie „Nowej nadziei”. Nie urasta jednak w oczach widza do pozycji everymana, z którym łatwo się utożsamimy; wydaje się jednowymiarowym frat boyem, ciut mniej irytującym niż Zac Efron, obnażający klatę i chlejący na umór w „Sąsiadach”.

Czytaj dalej Narodziny legendy. [„Han Solo: Gwiezdne wojny – historie”, 2018]

Bliskie spotkania żywego z martwym. [„Planeta wampirów”, 1965]

     Grupa naukowców otrzymuje sygnał SOS, dobiegający z tajemniczej, nikomu nieznanej planety. Przy lądowaniu dochodzi do komplikacji, a statek rozbija się o powierzchnię gruntu. Nie wiedzieć czemu, członkowie załogi popadają w hipnotyczny trans i usiłują pozabijać się nawzajem. To dopiero początek mrożących krew w żyłach sytuacji. „Aura” to ziemia niczyja – jest martwa i opustoszała, nie wykazuje warunków odpowiednich do życia. Co więcej, nie podlega prawom natury. Bohaterami zaczynają targać paranormalne moce.

PlanetOfTheVampires5

     „Planeta wampirów” była trzecim filmem science-fiction w reżyserii Mario Bavy (poprzednie, „La morte viene dallo spazio” i „Caltiki – nieśmiertelny potwór”, nie uchodzą wśród fanów reżysera za pozycje wysoko cenione). To jednak sci-fi bardzo niezwykłe, wyraźnie czerpiące z metafizyki kina fantasy oraz horroru. Dźwięki wystrzałów, dobiegających z laserowych celowników, wtórują tu kompozycjom na wskroś podobnym do nagrań Bernarda Herrmanna. Fruwające talerze zawiązują komitywę z żywymi trupami, które próbują wydostać się z worków na zwłoki: w kosmosie nikt nie usłyszy krzyku zagubionych naukowców, ale ich strachu wcale nie musi napędzać zielony humanoid z przerośniętą głową i czarnymi oczyma. Nie kiedy na horyzoncie pojawia się… zombie. Widmo rychłej śmierci i niewytłumaczalny powrót zza grobu – „Noc żywych trupów” antydatujące o dobrych kilka lat – mają stanowić tkankę przewrotowego koszmaru.

Czytaj dalej Bliskie spotkania żywego z martwym. [„Planeta wampirów”, 1965]

His so-called life. [„Mój przyjaciel Dahmer”, 2017]

     W tragi-horrorze „Mój przyjaciel Dahmer” wykonana zostaje wiwisekcja bardzo specyficznej psychozy. Reżyser, Marc Meyers, nakręcił film o niesławnym psychopacie, który w kartach historii USA zapisał się nad wyraz krwawymi zgłoskami. Z tytułowego (anty)bohatera uczynił swoją muzę: jego najnowsza produkcja, w stu procentach skupiona na licealnych przeżyciach przyszłego seryjnego mordercy, to ballada o postradanym rozumie, o samotności i braku podstawowej kompetencji społecznej. Jeffrey Dahmer ukazany zostaje jako postać zblazowana własnym obłędem; osoba wyrażająca swoje „ja” tylko za pośrednictwem dziwactw, ekscentryzmu, umiłowania do brzydoty i pasywnej brutalności. Rówieśnicy nie tyle Jeffreya nienawidzą, co go nie dostrzegają. Chłopak nosi niezgrabne okulary i wysoko zaciągnięte, workowate spodnie – znaki rozpoznawcze każdej ofermy. Nikt w Revere High nie podejrzewa, że za kilkanaście lat będą o Jeffie mówili wszyscy amerykańscy dziennikarze.

MyFriendDahmer2

     W latach 1978-1991 Dahmer zamordował siedemnastu mężczyzn i chłopców. Był gwałcicielem, kanibalem, prawdopodobnie też nekrofilem. Jego sprawa od dawna fascynuje nie tylko kryminologów, ale też zwykłych ludzi, bo domaga się interpretacji i analizy. Projekt Meyersa może stanowić punkt wyjścia dla bardzo wnikliwej eksplikacji. Reżyser podchodzi do tej palącej historii na spokojnie; jego film okazuje się zaskakująco chłodny i intymny. „Mój przyjaciel Dahmer” podbarwiony został horrorem, ale to przede wszystkim subtelny portret chłopaka usiłującego rozgryźć swoją skorupę od wewnątrz; chcącego odkryć, kim właściwie jest. Boleści nastoletniego Jeffa różnią się od typowych szkolnych rozterek. Jego najlepsze – przynajmniej w teorii – lata usłane były obsesyjnymi myślami, chorymi pragnieniami, ale też przeczuciami – że najgorsze dopiero nadejdzie. Meyers nie próbuje przedstawić Jeffreya jako człowieka, bo przez sto minut seansu filmowego wyraźnie widzimy w przyszłym mordercy ludzkie odruchy. Niech dowodem tej tezy będzie często słyszany, zdrobniały zwrot „Jeff”, jakiego używają poszczególni bohaterowie. Jeff nie był więc potworem – był człowiekiem złamanym. W pewnej scenie z ust chłopaka padają słowa: „chciałbym mieć przyjaciela”. Nieopodal siedzą kumple, którzy przyłączyli go do swojej kliki tylko dlatego, że miewa „chore odpały”.

Czytaj dalej His so-called life. [„Mój przyjaciel Dahmer”, 2017]

„Porażka najlepszym nauczycielem jest”. [„Gwiezdne wojny: Ostatni Jedi”, 2017]

     Po wydarzeniach przedstawionych w „Przebudzeniu Mocy” Kylo Ren (Adam Driver) planuje raz na zawsze unicestwić Ruch Oporu. Do walki z jego oddziałami staną nieustraszony pilot Poe Dameron (Oscar Isaac), szturmowiec Finn (John Boyega) oraz Rey (Daisy Ridley), której udało się odnaleźć zaginionego przez wiele lat Luke’a Skywalkera (Mark Hamill). Słynny wojownik jest zmęczony życiem, ale postanawia pomóc Rey w treningach Jedi. Dziewczyna chce poznać tajniki Mocy i przy takim rycerzu, jak Luke, może dopiąć swego. Gwiezdna przygoda nie dobiegła jeszcze końca…

StarWarsLastJedi2

     Dziwny dualizm. Tymi słowa warto opisać „Gwiezdne wojny: Ostatniego Jedi” – jeden z najlepiej zarabiających blockbusterów ubiegłego roku. W reżyserowanym przez Riana Johnsona filmie nie brakuje ani patosu, ani autoparodystycznej lamówki. Niestety, jeśli nazwiemy projekt parodią, to tylko nieudaną. Sceny, w których Skywalker szkoli Rey na wojowniczkę, pozwalają sobie na zbyt wiele skierowanych do widza mrugnięć; są jak pastisz bagnistych treningów, znanych z „Imperium kontratakuje”. Kiedy indziej robi się natomiast zbyt pretensjonalnie. Przydługie sceny dramatycznych monologów zawsze zatopione są w kaskadach deszczu; księżniczka – już teraz generał – Leia, przeprawiająca się przez galaktyczną próżnię niczym Superman, nie tyle porusza, co zwyczajnie śmieszy do łez.

Czytaj dalej „Porażka najlepszym nauczycielem jest”. [„Gwiezdne wojny: Ostatni Jedi”, 2017]