„He just wants to play with dolls”. [„Ghostland”, 2018]

     Pascal Laugier znów to zrobił. Dokładnie dziesięć lat po premierze kontrowersyjnego „Martyrs. Skazani na strach” ponownie zamknął niewinne dziewczęta w piwnicy i poddał je ostrym torturom. Pamiętam, że po obejrzeniu jego opus magnum nie mogłem dojść do siebie przez dobry tydzień: tak bestialski, odbierający wiarę w dobro był to film. „Pech” chce, że pozostają produkcje Laugiera świetnie skonstruowane, zaskakujące w swym okrucieństwie. Nie nazwiemy ich zwykłymi shockerami, bo to znaczące niedopowiedzenie. Jakkolwiek niepokojące nie byłyby fantazje 46-letniego Francuza, talentu reżyserskiego odmówić mu nie można.

Ghostland2

     Nowy projekt Laugiera, „Ghostland”, porusza się na dwóch płaszczyznach narracyjnych − przeskakuje pomiędzy snem a rzeczywistością, między przeszłością a chwilą aktualną. Beth (Emilia Jones) i Verę (Taylor Hickson) poznajemy, gdy wraz z matką wprowadzają się do wiejskiego domu, odziedziczonego po ekscentrycznej ciotce. Posiadłość szpecą setki upiornych, mechanicznych lalek, które wyskakują zza luster i wydają z siebie transylwańskie wręcz chichoty. Beth, fanka Lovecrafta i aspirująca pisarka, dowiaduje się, że w okolicy grasują mordercy. Choć nowiny te mogłyby stanowić dla niej literackie natchnienie, na obracanie piórem nie ma czasu: późną nocą do drzwi byłych mieszczanek pukają bowiem nieznajomi. Spotkanie przyniesie bardzo drastyczne skutki…

     Akcja zagęszcza się w „Ghostland” nad wyraz szybko: jeszcze przed dziesiątą minutą wiele dowiadujemy się o bohaterkach oraz antagonistach, a około minuty 20. mamy już za sobą pierwszy akt filmu. Tempo wydarzeń jest dynamiczne, ale nie przesadne. Sam film dostarcza wielu intensywnych emocji; dostaje się głęboko pod skórę i tam zostaje. Bywa bolesny − jak „Martyrs” − chociaż uderzenia Laugiera są tym razem lżejsze. Pomimo znacznej dawki ekranowego sadyzmu, nie nazwiemy „Ghostlandu” ordynarną, gore’ową popisówą. Sceny bezpośredniej przemocy goszczą w kadrze rzadziej niż w przypadku „Skazanych na strach”: co i raz malują się na celuloidzie sekwencje snów oraz halucynacji, które wyrywają nas z piekła gwałtu, odrazy, agresji. Widzimy, jak Ogr (Rob Archer) trzyma Beth w powietrzu, obwąchuje ofierze krocze i sprawdza, czy menstruuje, ale jej policzkowanie zastępuje rzut kamery na koszmarne lalki. Obraz tortur seksualnych, których doświadcza piętnastolatka, budzi, oczywiście, dyskomfort i niepokój. Przemoc w filmie jest niczym nieumotywowana, a przez to straszna. Pomimo groteskowej otoczki (marionetkowych strojów, ukrytych w domu tajnych przejść), rany i opuchlizna na twarzach aktorek nie wydają się ucharakteryzowane.

Ghostland3.jpg

     Drugiego poza Archerem antybohatera gra Kevin Power − wokalista i aktor sceniczny. W napisach końcowych jego postać figuruje jako „Candy Truck Woman”. Laugiera nazwano już transfobem − pani w upiornej sukni to tak naprawdę pan − chociaż nie o to powinien być oskarżany. Filmowy zwyrol przejawia zamiłowanie do crossdressingu, ale nie kryje się za tym gestem żaden komentarz społeczny, nie szczerzy zębów żadna krytyka lub napaść na mniejszość. Ujawnienie tożsamości „Candy Truck Woman” przynosi w pewnym stopniu zaskoczenie, jest sztuczką narracyjną, bynajmniej nie skandalizującą. „Ghostland” zaszedł niektórym widzom za skórę i szybko owiany został złą sławą, ale macie moje słowo: to solidny, „przyjemnie” odpychający horror, któremu trzeba dać należną szansę.

     Film jest ciężki w odbiorze, bo wpisuje się w nurt post-torture porn. Niemniej zachwyca też psychodeliczną, nieco baśniową scenografią oraz ponurymi, głęboko nasyconymi i pięknie wykadrowanymi zdjęciami, które, po części, budują aurę grozy. Nie pozostaje „Ghostland” bezmyślną sieczką: to historia o dojrzewaniu, o powolnym zrywaniu z dziecięcą fantazją. W rękach oprawców bohaterki uczą się dorosłości, stają się zaradne, odnajdują w sobie pokłady nadludzkiej siły. Zarówno Hickson, jak i Jones wypadają w swoich kreacjach przekonująco: na tytuł „scream queen” obie zapracowały sobie bardzo skrupulatnie. Na godziwą uwagę zasługuje ambiwalentne zakończenie. Laugier długo kazał czekać na swój nowy film; na szczęście był on wart gry na zwłokę.

     Albert Nowicki – dziennikarz, tłumacz i copywriter, miłośnik kina, zwłaszcza filmowego horroru. Jego teksty pojawiały się między innymi na łamach serwisów Filmweb oraz Movies Room. Blog His Name Is Death prowadzi nieprzerwanie od 2012 roku.

Ghostland4

7-i-pol

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s