W prostocie siła! I flaki też. [„Downrange”, 2017]

     Gdzieś pośrodku niczego psuje się terenówka, którą podróżuje szóstka młodych ludzi. Przebita opona uniemożliwia bohaterom dalszą jazdę. Gdy jeden z chłopców zabiera się za demontaż dziurawego koła, odkrywa, że tkwi w nim zużyty pocisk, wykonany z twardego metalu. Ktoś przestrzelił oponę tylko po to, by unieruchomić pasażerów samochodu na odludnej drodze. Wkrótce rozlegają się kolejne strzały…

Downrange2

     Snajperski slasher, w którym z zimną krwią mordowani są zarówno dorośli, jak i dzieci. Tak − w generalnym skrócie − można by podsumować „Downrange”, najnowszy, makabryczny horror Ryûheiego Kitamury. Fabuła jest tu umowna, wręcz minimalistyczna i bardzo przypomina tę z niskobudżetowego thrillera „The Wall” w reżyserii Douga Limana − pozbawiono ją jednak aspektu socjologicznego, by w efekcie powstał bezpretensjonalny film o fascynacji przemocą. „Downrange” wyzuty jest z głębszego sensu, ale nie pozostaje horrorem beznamiętnym. Zapewnia mnóstwo rozrywki, dostarczając przy tym wystarczająco dużo gorących emocji.

     Sceny, w których bohaterowie zmuszeni są do opuszczenia swoich kryjówek i trafiają na celownik czyhającego na ich życie psycho-snajpera, wbijają w fotel i przyprawiają o szybsze bicie serca. Już dwa pierwsze zabójstwa − a dochodzi do nich w dziesięć minut po starcie filmu − niepokoją swym szaleństwem. Antagonista, fan militariów i broni palnej, jest postacią bez osobowości, a męczone przez niego nastoletnie ofiary bardziej jawią się jako mięso armatnie − nie ludzie z krwi i kości − ale efekty gore współautorstwa Kurta Ewella, kolokwialnie rzecz ujmując, robią robotę. Zobaczymy w „Downrange” sporo trzewi, sporo roztrzaskiwanych czaszek i rozstrzeliwanych kończyn. Film bywa tak krwawy, że z łatwością można nazwać go duchowym sequelem pamiętnego „No One Lives” (również reżyserowanego przez Kitamurę).

Downrange3

     Choć miarowy i niepozbawiony sporadycznych dłużyzn, „Downrange” nigdy nie sprawia wrażenia dzieła monotonnego. Jest też projektem mocnym z technicznego punktu widzenia: atrakcyjnie sfotografowanym, kalifornijskie słońce spijającym niczym nektar. Ponad przeciętność wznoszą film eksperymentalne, choć przypuszczalnie zainspirowane „Intruderem” ujęcia − kamera zerka na bohaterów z wnętrza demontowanej opony lub z lufy karabinu. Interesują Kitamurę szerokie, panoramiczne wizje oraz nasycone przebłyski światła, dochodzące spoza zoomowanych głów, co nadaje projektowi niespodziane, art-house’owe zacięcie. Gorzej na ekranie prezentują się cięcia montażowe, które są teledyskowe, a niekiedy wręcz „movie-makerowe” − wykonane jakby w bezpłatnym edytorze wideo. Kiepsko wypadają w swych rolach niedoświadczeni aktorzy (Kelly Connaire wykazuje ekspresję godną modelki, bo i modelką jest; Rod Hernandez zalicza u Kitamury swój debiut filmowy). Kończy „Downrange” dowcipna konkluzja, która powoduje, że całość mamy ochotę obejrzeć jeszcze raz, od początku.

     Albert Nowicki – dziennikarz, tłumacz i copywriter, miłośnik kina, zwłaszcza filmowego horroru. Jego teksty pojawiały się między innymi na łamach serwisów Filmweb oraz Movies Room. Blog His Name Is Death prowadzi nieprzerwanie od 2012 roku.

Downrange4

07

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s