Kiya goes nuts. [„Like Me”, 2017]

     Ileż to już powstało filmów, w których internetowy ekshibicjonizm i dramaty napędzane przez social media składają się na główną oś fabularną? Ano powstało ich sporo. W ubiegłym roku podziwialiśmy Aubrey Plazę jako zaburzoną instagramerkę w „Ingrid Goes West”, jeszcze wcześniej o pułapkach sieci i mediów społecznościowych prawił Werner Herzog, w swym dokumencie „Lo and Behold, Reveries of the Connected World”. Teraz pod modną tematykę postanowił podpiąć się debiutant, Robert Meckler. Obok jego pierwociny nie można przejść obojętnie. „Like Me” to hybryda dramatu i kryminału, skąpana w estetyce horroru oraz refnowskich, neonowych kolorach.

LikeMe-02

     Film jest tak przejaskrawiony, że wymiękają przy nim „Spring Breakers”. Główną bohaterkę, Kiyę (Addison Timlin), poznajemy, gdy nocą napada na spożywczaka. Choć terroryzuje kasjera przy pomocy spluwy, szybko okazuje się, że jest tylko pozerką: pistolet kupiony został w sklepie z zabawkami, a poniżenia mężczyzny transmitowane są na YouTubie. O Kiyi dowiadujemy się jedynie, że uwielbia junk foody i ma nierówno pod sufitem. Mecklera nie obchodzi jej pochodzenie, status materialny, nawet przeszłość. Reżyser z łatwością mógł zamieścić w filmie retrospekcję, w której ośmioletnia Kiya molestowana jest przez ojca, albo ostro gnębiona przez rówieśników. Jej szaleństwo ma być jednak czymś naturalnym, niewymagającym żadnej argumentacji. Widzimy więc, jak pożera dziewczyna słodycze z zaangażowaniem godnym Nutty’ego – bohatera „Happy Tree Friends”, ale dlaczego to robi i skąd biorą się w niej tak patologiczne odruchy – tego Meckler nie objaśnia.

Czytaj dalej Kiya goes nuts. [„Like Me”, 2017]

Reklamy

Only dead fish follow the stream. [„Tilt”, 2017]

     Rok 2016. Młody montażysta filmowy Joe Burns (Joseph Cross) w pocie czoła pracuje nad swoim nowym projektem: dokumentem ogniskującym się wokół amerykańskiego kapitalizmu. Ponieważ temat nie jest zbyt chodliwy, żona Joego wyrzuca mu, że nie okazuje rodzinie odpowiedniego wsparcia, żyjąc marzeniami. Wkrótce w domu Burnsów zawita niemowlę i wygląda na to, że będzie na nie zarabiała wyłącznie Joanna. Joe walczy nie tylko z kryzysem twórczym, ale też z napastliwymi halucynacjami. Osamotniony od rana do wieczora, wreszcie zaczyna fantazjować o krzywdzeniu innych. Przed telewizyjnymi kamerami coraz głośniej krzyczy Donald Trump. Czy kryzys polityczny i napięte stosunki społeczne mają negatywny wpływ na psychikę bohatera?

Tilt6

     „Tilt” w reżyserii Kasry Farahaniego – film o narodzinach psychozy – nad wyraz przypomina starszą o parę lat perłę mumblecore’u „They Look Like People”. Jest to horror równie kontemplacyjny, szukający odpowiedzi na niełatwe pytania. Podstawowe z nich brzmi: dlaczego nie potrafimy przyznawać się do własnych słabości? Dlaczego wolimy się zadręczać, udawać, że wszystko jest w porządku zamiast wyciągnąć dłoń do najbliższych? „Tilt” to przykład horroru egzystencjalnego; jego scenariusz medytuje nad lękami, jakie trawią cywilizację zachodnią. Udało się Farahaniego nakręcić kino niespokojne, pulsujące dramatyzmem.

Czytaj dalej Only dead fish follow the stream. [„Tilt”, 2017]

„Every serial killer lives next door to someone”. [„Summer of 84”, 2018]

     Twórcy „Turbo Kid” powracają z nowym projektem − niestety, nie sequelem swego opus magnum. Znów skroili throwback w wydaniu indie, tym razem kultywujący ejtisowe slashery i Kino Nowej Przygody. W „Summer of 84” grupa czternastolatków szpieguje sąsiada podejrzanego o bycie mordercą. Nie jest to osiedlowy dziwak, a poważany stróż prawa − z tego powodu przestrogi chłopców uznane zostają za wymysły. Najdzielniejszy z dzieciaków, Davey (Graham Verchere), za wszelką cenę chce znaleźć dowód potwierdzający jego sugestie. Rozpoczyna się polowanie na… dorosłego.

Summer84-5

     Film jest mniej wyrazisty niż „Turbo Kid”; są chwile, gdy nie jest równie frapujący. Wymaga cierpliwości, którą nie każdy mu ofiaruje, bo tempo akcji bywa nierówne i − co tu dużo mówić − nie wbija w fotel. Jako mikrobudżetowiec spełnia jednak „Summer of 84” tę samą funkcję co poprzednia produkcja tercetu RKSS: stanowi odtrutkę na high-conceptowe efekciarstwo setek blockbusterów, które zalewają kina każdego roku. Niewielki budżet upodabnia film do gatunkowych pozycji klasy „B”, które ponad trzy dekady temu były bliskie tak wielu sercom (i które są szalenie ważne dla niektórych przedstawicieli młodszego pokolenia). Podobieństwa między „Summer…” a oryginalnym „Fright Night” bynajmniej nie są przypadkowe.

Czytaj dalej „Every serial killer lives next door to someone”. [„Summer of 84”, 2018]

Rzeź w wielkim mieście. [„Piątek, trzynastego VIII: Jason zdobywa Manhattan”, 1989]

     Wydawało się, że Jason Voorhees to mit. Przeciwnicy porachowali mu kości, złoili skórę, na koniec dobili go telekinezą. Jason miał spoczywać w wodnym grobie, na dnie Crystal Lake, przez co jego widmo pojawiałoby się co najwyżej w miejskich legendach. Wyładowania atmosferyczne pozwoliły mu jednak stanąć na równe – choć nadbutwiałe – nogi. W efekcie szoku elektrycznego Jason ożywa. Jego nieumarłe, dziurawe ciało ukrywa się na statku Lazarus, którym do Nowego Jorku udają się absolwenci okolicznego liceum. Parowiec dotrze do celu podróży bez problemu. Nie wszyscy pasażerowie dożyją jednak tego momentu.

Friday13thJasonManhattan-3

     „Piątek, trzynastego VIII: Jason zdobywa Manhattan” – jeden z ostatnich slasherów, jakie zrealizował Paramount za czasów złotej ery horroru klasy „B” – to film spowity nicią legendy. Nie dlatego, że jest nad zwyczaj dobry – raczej z tego powodu, że stanowi synonim absurdu, dowodzi, jak daleko ponosi producentów fantazja na etapie dojenia „złotej krowy”. Złotodajną krową jest, oczywiście, Jason – można go też nazwać, mniej obelżywie, maszynką do zarabiania pieniędzy. Gdy film, w którym łomot spuszcza Voorheesowi nawiedzona, quasi-kingowska panna, nie podpalił notowań box-office’u, postanowiono zaostrzyć walkę o widza. W końcu kto nie chciałby zobaczyć mordercy w słynnej hokejowej masce na ulicach okalających Times Square?

Czytaj dalej Rzeź w wielkim mieście. [„Piątek, trzynastego VIII: Jason zdobywa Manhattan”, 1989]

„He gets in your head like a virus”. [„Slender Man”, 2018]

     Kto by pomyślał, że po napisaniu tak mrocznego, przejmującego thrillera, jakim był „Elle”, David Birke rozpocznie prace nad ekranizacją creepypasty. Na filmowego „Slender Mana” swego czasu czekały wszystkie czternastolatki. Poczekały rok, dwa lata, wreszcie pięć wiosen. Teraz są u progu dorosłości i horror bazujący na internetowym, w dodatku przestarzałym, fenomenie być może już ich nie interesuje… Mnie rajcował średnio, ale postanowiłem dać mu szansę, pomimo kiepskiego reżysera za sterami (Sylvain White − „Koszmar kolejnego lata”). Swojej decyzji żałuję.

SlenderM2

     Fabuła filmu jest szczątkowa, a scenariusz nie obfituje w znaczące wydarzenia. Wren (Joey King) obserwuje, jak jej szkolne koleżanki przepadają bez śladu lub tracą zmysły. Za wszystko odpowiada tytułowy Slender Man − supernaturalny upiór, który żywi się strachem i obsesją swoich ofiar. Wywołać można go dzięki przypadkowemu klipowi wideo, wesoło hulającemu po serwisach streamingowych. Straszliwa istota o nieludzko długich ramionach objawia się w lasach, przy cmentarzach, a czasem też w snach. Kto się przed nią nie schowa, ten ma przewalone.

Czytaj dalej „He gets in your head like a virus”. [„Slender Man”, 2018]

Zakazany owoc. [„Fatum Elizabeth”, 2018]

     Piękna, choć naiwna Elizabeth (Abbey Lee, „Neon Demon”) zamieszkuje w posiadłości świeżo poślubionego męża-noblisty (Ciarán Hinds). Nie jest to zwyczajny dom, a ociekający bogactwem i nowoczesnością pałac. Henry obsypuje dużo młodszą małżonkę biżuterią, drogimi kreacjami i wszystkim, czego mogłaby zapragnąć. Prosi ją tylko o jedno: by nie schodziła do piwnicy, gdzie znajduje się jego biuro − niedostępne dla nikogo poza nim samym. Miesiąc miodowy przerywa nagły wyjazd mężczyzny w podróż służbową. Znudzona i osamotniona Elizabeth łamie przyrzeczenie i postanawia odkryć, co znajduje się za tajemniczymi drzwiami.

ElizabethHarvest2

     Reżyserem „Fatum Elizabeth” jest Sebastian Gutierrez, autor scenariuszy do „Gothiki” i hollywoodzkiego remake’u „Oka”. Jego najnowszy projekt garściami czerpie z mrocznej baśni Charlesa Perraulta, „Sinobrodego”. „Opowieść o Sinobrodym zawsze mnie fascynowała i zarazem, w równym stopniu, przerażała” − powiedział Gutierrez przed premierą filmu na tegorocznym festiwalu SXSW. Historię uwspółcześniono, choćby barokowe zamczysko podmieniając na willę zbudowaną w stylu high-tech. „Fatum Elizabeth”, faktycznie, mogłoby przerażać, bo traktuje o zawiedzionym zaufaniu i niebezpieczeństwach wynikających z ciekawości (to przecież pierwszy stopień do piekła). Film okazuje się jednak zbyt sterylny i powolny w swym tempie. W scenariuszu dużo uwagi poświęcono pytaniu „kim jesteśmy?” oraz powierzchownym rozmowom o pochodzeniu życia. Tematy to co najmniej trudne. Kolejne dylematy znajdują wprawdzie swoje odpowiedzi − inaczej zabrakłoby morału − ale droga do ich rozwikłania nie jest zbyt ciekawa, bo często zbiera się bohaterom na pseudofilozoficzne bajdurzenie.

Czytaj dalej Zakazany owoc. [„Fatum Elizabeth”, 2018]