„He gets in your head like a virus”. [„Slender Man”, 2018]

     Kto by pomyślał, że po napisaniu tak mrocznego, przejmującego thrillera, jakim był „Elle”, David Birke rozpocznie prace nad ekranizacją creepypasty. Na filmowego „Slender Mana” swego czasu czekały wszystkie czternastolatki. Poczekały rok, dwa lata, wreszcie pięć wiosen. Teraz są u progu dorosłości i horror bazujący na internetowym, w dodatku przestarzałym, fenomenie być może już ich nie interesuje… Mnie rajcował średnio, ale postanowiłem dać mu szansę, pomimo kiepskiego reżysera za sterami (Sylvain White − „Koszmar kolejnego lata”). Swojej decyzji żałuję.

SlenderM2

     Fabuła filmu jest szczątkowa, a scenariusz nie obfituje w znaczące wydarzenia. Wren (Joey King) obserwuje, jak jej szkolne koleżanki przepadają bez śladu lub tracą zmysły. Za wszystko odpowiada tytułowy Slender Man − supernaturalny upiór, który żywi się strachem i obsesją swoich ofiar. Wywołać można go dzięki przypadkowemu klipowi wideo, wesoło hulającemu po serwisach streamingowych. Straszliwa istota o nieludzko długich ramionach objawia się w lasach, przy cmentarzach, a czasem też w snach. Kto się przed nią nie schowa, ten ma przewalone.

     „Slender Man” to wprawdzie film dla pokolenia YouTube’a, ale jego podobieństwo do „Koszmaru z ulicy Wiązów” i innych gatunkowych klasyków jest niezaprzeczalne. Najbardziej projekt White’a przypomina „The Ring”, który szesnaście lat temu w wielu widzach budził strach przed własnym telewizorem. „Slender Man” nie napędza żadnych fobii − ani przed technologią, ani tym bardziej przed fikcyjną kreaturą, która w zamierzeniu ma straszyć, a tego nie robi (chcecie się bać − powróćcie w objęcia Samary). Do „Ringu” przybliżają „Slender Mana” surrealistyczne nagrania, znalezione przez bohaterki w sieci, oraz kompozycyjnie atrakcyjne kadry, skąpane w zimnych szarościach i granatach. Niestety, w gruncie rzeczy są to dwa bardzo różniące się od siebie horrory.

SlenderM3

     By odnaleźć Samarę, Naomi Watts musiała wszcząć skomplikowane śledztwo. Jej wysiłki i próby odkrycia jakiejś niewyobrażalnej tajemnicy uczyniły z „The Ring” film, do którego po latach wraca się z przyjemnością. Joey King wpada na trop Slender Mana natychmiastowo: wystarczy, że wrzuci w Google’a najbardziej dosłowną frazę. Reżyserowany przez White’a film jest banalny i odtwórczy, co samo w sobie nie stanowiłoby wielkiej tragedii − gdyby nie fakt, że teoretycznie frapującą historię zupełnie odarto tu z dramatyzmu. Nieciekawe bohaterki terroryzowane są przez nieciekawego antybohatera. Co gorsza, niemal w ogóle nie widzimy go na ekranie. Javier Botet − nasz Slender Man − jest jak ten zajebisty znajomy naszego znajomego, o którym słyszymy tyle dobrego, ale którego nigdy w zasadzie nie mieliśmy okazji poznać. Kiedy Botet wreszcie gości w kadrze, jest tak bardzo zatuszowany przeciętnymi efektami CGI, że jego występu nijak nie da się ocenić.

     Efekty komputerowe szpecą też twarze innych postaci: w scenach „grozy”, gdy któraś z dziewcząt doświadcza „przerażających” wizji na jawie. Bardzo nieefektownie wygląda Slender Man pod postacią demonicznego pająka. Montaż filmu jest teledyskowy i frenetyczny, zakończenie zaś − zbyt mętne. Wiemy, że tytułowy antagonista jest jak internetowy bakcyl. W finale voice-overowy głos informuje nas, że to my rozprzestrzeniamy tego wirusa; że całe zło, które szerzy się poza siecią, wywołane jest przez człowieka. W 2014 roku legenda o Slender Manie „ożyła”, a dwie dziewczynki niemal zabiły swoją koleżankę w lesie. Czy takiego kalibru morał jest jednak wakacyjnemu horrorowi klasy „B” potrzebny?

SlenderM4

     W „Slender Manie” zagrała między innymi Kallie Tabor. W jednym z pierwszych zwiastunów widzimy ją jako nastolatkę, która, cała pokrwawiona, wychodzi z lasu i zmierza w kierunku policyjnych radiowozów. Sceny z jej udziałem nie znalazły się jednak w filmie, który właśnie trafia na ekrany kin. Montażysta pozbył się też sekwencji z dźganiem oka skalpelem oraz wyrywaniem języka (je również znajdziecie w trailerach). Na początku roku jedna z osób, które ucierpiały w wydarzeniach sprzed czterech lat, oprotestowała szykowany do wydania film. Pomiędzy styczniem − gdy ukazał się prymarny zwiastun − a sierpniem „Slender Man” przynajmniej parokrotnie padł ofiarą cenzorskich nożyc. Przemontowany, chwilami bywa wręcz bezsensowny, a na pewno niepotrzebnie ugrzeczniony. Rozumiem, że, z racji incydentu w Wisconsin, wydaniu „Slender Mana” musiały towarzyszyć kontrowersje, ale w trakcie grubo ponad stu lat swojego życia kino zniosło już wiele kłopotliwych premier. Kto wie, być może reżyserska wersja filmu, zamiast na dwójczynę, zasłużyłaby sobie na czwórkę z minusem.

     „Slender Man” to horror, którego highlightem ma być rutynowa, tylko nieźle wyreżyserowana scena pogoni między bibliotecznymi zaułkami. To film, w którym cykadokształtne insekty śpiewają głośniej niż aktorki krzyczą i właśnie one są królowymi nocy. To zupełnie nieprzekonujący straszak z kategorią wiekową PG-13, idealny na piżama party.

     Albert Nowicki – dziennikarz, tłumacz i copywriter, absolwent studiów filmoznawczych Instytutu Sztuki PAN. Miłośnik kina, zwłaszcza filmowego horroru. Jego teksty pojawiały się między innymi na łamach serwisów Filmweb, Movies Room oraz Filmawka. Blog His Name is Death prowadzi nieprzerwanie od 2012 roku.

SlenderM5

3 i pol

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s