A man’s man’s world. A woman’s woman’s vengeance. [„Zemsta”, 2017]

     W 1966 roku James Brown wydał swój największy szlagier, „It’s a Man’s Man’s Man’s World”, który na przestrzeni lat zyskał status utworu ikonicznego. Jednak podczas 49. ceremonii wręczenia nagród Grammy cover piosenki wykonała Christina Aguilera – i na horyzoncie pojawiło się wiele głosów sugerujących, że jej interpretacja soulowego przeboju jest jeszcze lepsza niż oryginał. Utwór o tym, że męski świat obróciłby się w próżnię bez istnienia kobiet został zagarnięty przez żeńską wokalistkę i, dzięki niej, wszedł do kanonu muzyki współczesnej. A przecież Aguilera w świecie showbiznesu krytykowana jest nieustannie (i najczęściej niepotrzebnie) – zazwyczaj dlatego, że wymaga się od niej nieposzlakowanej perfekcji. Jej występ z 2007 roku ukrócił wszelkie lamenty malkontentów.

Revenge4

     W „Zemście”, debiutanckim filmie Coralie Fargeat, pojawia się postać Jen (Matilda Lutz) – dziewczyny, od której też oczekuje się bardzo dużo. Trzej bohaterowie męscy będą usiłowali uprzedmiotowić atrakcyjną towarzyszkę, a gdy ta zaprotestuje – wymierzą jej siarczysty, patriarchalny policzek. Upokorzą ją i zgwałcą – czując, że są do niej uprawnieni – a potem pozostawią na pewną śmierć pośrodku niczego; wszystko, aby uniknąć konfrontacji z niewygodną prawdą i własną potwornością. Stan (Vincent Colombe) uznaje Jen za ćwierćmózga; to dla niego kawałek mięsa, osoba, która nie ma do powiedzenia nic mądrego. Jakież będzie jego zdziwienie, gdy krucha i żałosna niewiasta powstanie na równe nogi, a potem zaplanuje wymyślny odwet.

     „Zemsta” traktuje feminizm w bardzo przewrotny sposób: Fargeat długo każe nam oglądać cierpienia Jen, ale finalnie to jej postać nasyca siłą, o jakiej pozostali bohaterowie (Colombe, Kevin Janssens, Guillaume Bouchède) mogą tylko marzyć. Mężczyźni – pasjonaci broni palnej – z dzikim entuzjazmem uczestniczą w polowaniach na zwierzynę: już pierwsza scena, gdy widzimy Stana i Dimitriego w wojskowych łachach, zwiastuje nadejście kłopotów. Jednak podział na łowcę i ofiarę ulegnie rewaloryzacji, kiedy Jen z upodlonej lolitki przeobrazi się w nieustraszoną heroinę. Od tego momentu górę nad akcją wezmą krwawe pragnienia: zgwałcona dziewczyna na drodze do upragnionej wendety nie cofnie się przed niczym. Usłyszymy w „Zemście” naprawdę niewiele dialogów, ale będą one zbędne, bo najgłośniej huczy w filmie suspens. Ciekawa inscenizacja i mocne efekty gore sprawią, że blisko dwugodzinny seans ani przez chwilę nie wyda się nudny. Kamera stale podąża za bohaterami; jest na miejscu nawet wówczas, gdy przebita gałęzią Jen dokonuje zabiegu antyseptycznego przy użyciu zardzewiałego noża.

Revenge6

     „Revenge” jest filmem o gwałcie, pomście i niczym więcej, a jednak zrealizowano go w sposób transgresyjny. By odrodzić się na nowo, Jen musi najpierw spłonąć. Jej nabite na drzewo ciało jest unieruchomione, bo nie sięga ziemi. Sprytna bohaterka podpala więc konar, na który się nadziała, by w ten sposób runąć na glebę. Po chwili – oszołomiona i poturbowana, ale żywa – powstaje z popiołów. Później piętnuje swoją ranę rozpaloną puszką piwa (o wdzięcznej nazwie Phoenix Beer) i w rezultacie jej zmaltretowane ciało zdobi symbol majestatycznego ptaszyska z mitu o zmartwychwstaniu. W parze z podniosłymi metaforami Fargeat serwuje też krzykliwą plastyczność. Muzyka w filmie brzmi carpenterowsko, kościec fabularny przypomina historie znane ze starych horrorów rape and revenge, a popis wizualny godzien jest samego Refna. Ujęcia złocistej pustyni palą w oczy; barwy światła zmieniane są za sprawą kolorowych filtrów, które natychmiast nasuwają na myśl takie tytuły, jak „Neon Demon” czy „L’étrange couleur des larmes de ton corps”. W efekcie powstaje film tyleż porównywalny do innych horrorów europejskich, co jedyny w swoim rodzaju, porywający młodzieńczą werwą.

     Świeże jest również podejście Fargeat do sztuki montażu: cięcia w „Zemście” są wprawdzie teledyskowe, ale w nowej definicji tego słowa – nie odmówimy im innowacji. Pomimo jaskrawej formy, film pozbawiony jest humoru. Gdy scenarzystce zbiera się już na dowcip, bywa on brutalny i bezkompromisowy – w stylu Quentina Tarantino. Produkcji o męskim uprzywilejowaniu i toksyczności chromosomów XY powstaje ostatnio sporo; tej szansę powinni dać nawet mizogini.

     Albert Nowicki – dziennikarz, tłumacz i copywriter, absolwent studiów filmoznawczych Instytutu Sztuki PAN. Miłośnik kina, zwłaszcza filmowego horroru. Jego teksty pojawiały się między innymi na łamach serwisów Filmweb, Movies Room oraz Filmawka. Blog His Name is Death prowadzi nieprzerwanie od 2012 roku.

Revenge5

08

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s