„I died for you. Why shouldn’t you return the favor?” [„Dead of Night” aka „Deathdream”, 1974]

     W bujanym fotelu siedzi dwudziestojednolatek. Jest apatyczny, zahipnotyzowany pustą przestrzenią, pozbawiony życia − zresztą w dosłownym tych słów znaczeniu. Andy (Richard Backus) właśnie wrócił z frontu i wydaje się doszczętnie wypalony. Jego rodziców poinformowano, że syn został rozstrzelany przez Wietnamczyków, jednak nazajutrz dochodzi do cudu, a chłopak staje w drzwiach, jak nowo narodzony. Choć witany jest jak bohater, Andy’ego nie przepełnia patriotyczna duma − młody żołnierz nie czuje w zasadzie nic, sprawia wrażenie skostniałego i oziębłego. Posługuje się tylko językiem milczenia. Odgłos starego krzesła, które kołysze się na skrzypiących biegunach, doprowadza do szału głowę rodziny; ognisko domowe powoli gaśnie, a tłamsi je emocjonalna martwica Andy’ego.

Deathdream2

     W „Dead of Night” − pierwszym cenionym filmie Boba Clarka − ukazany zostaje stadialny rozpad amerykańskiej rodziny. Brooksowie popadają w obłęd i uzależnienia (od alkoholu czy ślepej wiary), bo Andy powraca z Wietnamu nie jako wyidealizowany chojrak o wiecznie podniesionej głowie, a jako żywy trup, który budzi przerażenie samą aparycją. Chłopak zmaga się nie tylko ze zgasłym pulsem, ale przede wszystkim z pourazowym stresem, który pcha go prosto ku zatracie. Postradawszy poczucie tożsamości, Andy miota się nocą po mieście, wypatruje pożywki dla destrukcyjnych instynktów. Jak wielu wojskowych po bitewnej traumie, ukojenia szuka u boku strzykawki; jego nałogiem nie jest jednak heroina, a ludzka krew (à la „The Addiction” Abla Ferrary). Clark nigdy nie wyjaśnia, co uczyniło z żołnierza zombie − w końcu zakończenie wojny wietnamskiej przyniosło Amerykanom więcej pytań niż odpowiedzi. W słowa nie zostają ubrane wewnętrzne konflikty Brooksów − w tym Andy’ego, jako sfatygowanego weterana − ani społeczne niepokoje, które ogarnęły Stany na początku lat 70. „Dead of Night” to film antywojenny, ale niezwykle subtelny, chwilami nawet wyrafinowany.

     Sąsiedzi Andy’ego nie wiedzą, a może nie chcą wiedzieć, że w Wietnamie chłopak co rusz stawał twarzą w twarz ze śmiercią. Jedynie miejscowy listonosz (Arthur Anderson) nie tkwi w stanie głębokiego zaprzeczenia: sam jest weteranem wojennym i zna horrory z placu boju. Wpojono w „Dead of Night” pacyfistyczne doktryny; Clark ewidentnie potępia ideę konfliktu zbrojnego. Pop pręgierzem ustawia też samych Brooksów: ich obraz zostaje w filmie wypaczony, obnażane są hipokryzyjne zapędy każdego z domowników, zwłaszcza ojca-alkoholika. To Charles (John Marley) wysłał swojego pierworodnego do wojska, bo nie chciał, by wyrósł na „synka mamusi” (w myśl zasady, że tylko ciskanie amunicją we wroga uczyni z chłopca „prawdziwego” mężczyznę). Uderzająca jest scena, w której upiornie blady Andy sugeruje, że naprawdę poległ na froncie, a skonfundowani Brooksowie zaczynają śmiać się do rozpuku. Zbliżenia na rozbawione twarze ujawniają, że za każdym okrzykiem radości kryje się teatralna sztuczność; że uśmiech to maska, zasłaniająca niepewność, konsternację, może nawet obawę. Śmiech to kamuflaż, a salon rodzinny staje się polem emocjonalnej szarpaniny − której drastyczność będzie się nasilać wraz z upływem kolejnych dni.

Deathdream3

     Rola Backusa wydaje się „niedograna” i, nomen omen, trupia, ale to część głębszego spektaklu. Na pewno tworzy aktor kreację bardzo stoicką. Jego spojrzenie niby jest martwe, ale kryje się w nim przenikliwa nienawiść do otoczenia. Backus nie mówi wiele, lecz jego złowróżbne milczenie wyraża więcej niż tysiąc słów − występ ożywi w Was wspomnienia „Frankensteina”, a już na pewno niewypowiedzianej melancholii, jaką wykrzesał ten film w Borisie Karloffie. Niemal werterowska jest sekwencja finałowa, w której gnijący Andy znajduje ukojenie na cmentarzu. Chłopak marzy o samozniszczeniu: nie bacząc na matczyne łzy, wykopał już nawet własny grób, bo wie, że tylko zakopany pod ziemią dozna spokoju.

     Nie brakuje w „Dead of Night” ciekawych zagrywek operatorskich, zabaw z ogniskiem i kątem obiektywu oraz umiejętnego manewrowania cieniem. Wyborna jest sekwencja, w której matka (Lynn Carlin) siedzi w przyciemnionym pomieszczeniu i modli się o powrót syna z wietnamskiego piekła (Clarka wyraźnie zainspirowała nowela W. W. Jacobsa „The Monkey’s Paw”, która spopularyzowała frazę „uważaj, czego sobie życzysz”). Christine trzyma w dłoni zapaloną świeczkę, której płomień powoli i efektownie przeinacza się w przednie światła ciężarówki − siedzi w niej, oczywiście, wpółmartwy Andy. Ujęcie rejestrowane z perspektywy syna wracającego do domu pod osłoną nocy musiało dać Carpenterowi impuls do nakręcenia identycznej sceny w młodszym o kilka lat „Halloween”. Co ciekawe, bardzo podobny do kinowego plakatu „Dead of Night” (1974) jest kolorowy poster, który promował „Świt żywych trupów” (’78) w krajach anglojęzycznych. Jeśli intrygują Was horrory o patologiach amerykańskiego społeczeństwa lub zgrabne filmowe metafory w ogóle, po seansie „Dead of Night” obejrzyjcie też „Martina” w reżyserii George’a Romero − gdzie to wampir, nie żywy trup, musi odnaleźć się w brutalnym świecie osób śmiertelnych.

     Albert Nowicki – dziennikarz, tłumacz i copywriter, absolwent studiów filmoznawczych Instytutu Sztuki PAN. Miłośnik kina, zwłaszcza filmowego horroru. Jego teksty pojawiały się między innymi na łamach serwisów Filmweb, Movies Room oraz Filmawka. Blog His Name is Death prowadzi nieprzerwanie od 2012 roku.

Deathdream4

7-i-pol

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s