„You don’t believe in the Boogeyman? You should”. [„Halloween”, 2018]

     Już w przyszłym tygodniu polskie kina nawiedzi reboot „Suspirii”. Obecnie ekrany należą jednak do Michaela Myersa, za sprawą którego widzom znów urywają się z gardzieli głośne okrzyki. Na sequel „Halloween” − a przy tym jedenastą odsłonę dochodowej serii − czekali wszyscy fani horroru. Opłaciło się powierzenie kontynuacji Jasonowi Blumowi − bo choć nie zmiecie ona nikogo z nóg, i tak wypadła naprawdę przyzwoicie. Blum obrał sobie za cel przywrócenie Myersa do życia po latach filmowych upokorzeń (takich, jak „Halloween: Resurrection”). W czołówce intensywnie pomarańczowym creditsom towarzyszy animacja mocno nadgniłej dyni, która powoli wraca do swej październikowej formy i odzyskuje dawną chwałę. To dokładnie ten sam lampion, który wykorzystany został w prologu oryginalnego „Halloween” (1978).

Halloween-2018-3

     Produkcja Bluma − reżyserowana przez Davida Gordona Greena − raczej nie zyska tak chwalebnego statusu, jak pierwowzór. John Carpenter nakręcił horror bezpretensjonalny, chwilami minimalistyczny, ale napędzany wrzącym suspensem. Green zadbał, by zawarto w sequelu przynajmniej kilka scen, które zjeżą widowni włos na głowie, ale sam film jest znacznie mniej ascetyczny. Cisza i prostota z dawnych lat w najnowszym „Halloween” wydaje się pokaleczona, co najbardziej akcentuje wątek Ranbira Sartaina (Haluk Bilginer) − doktora o podejrzliwym usposobieniu. To postać szalenie przerysowana, finalnie wręcz komiksowa; jej cele i motywacje są natomiast, na złość scenarzystom, do bólu przewidywalne. Poza Sartainem wprowadzono do skryptu wiele nowych postaci, między innymi rezolutną scene stealerkę Vicky (Virginia Gardner), która − niefortunnie − przekonuje się, że w niektóre miejskie legendy warto wierzyć. Przywróceni zostali też bohaterowie oryginału: w finale pojedynek z Myersem toczy jego największy wróg, Laurie Strode. Dla Jamie Lee Curtis to moment powrotu do świetności. By zmierzyć się z Michaelem, Laurie nie musiała wcale dorosnąć: już w pierwszym „Halloween” była bystra i dojrzała. Transformacja postaci ma inny wymiar − z damy w opałach staje się ona krzepkim bad assem.

     Nie ma w filmie bohaterów miałkich i bezbarwnych, co doskonale widać na przykładzie Laurie. Jej przemianę − a już na pewno przebieg walki z Myersem − można uznać za pewien absurd. Oto bowiem blisko sześćdziesięcioletnia kobieta ściga niebezpiecznego mordercę po naszpikowanym pułapkami domu, w rękach trzymając dubeltówę. Ale finał „Halloween” ma sens: by unicestwić „niezniszczalnego” psychopatę, trzeba podjąć radykalne kroki. Myers zaszlachtował tak wiele kochających życie niewiast, że zemsta, jakiej dokonują na nim Laurie, jej córka oraz wnuczka, ma niemal feministyczny wymiar. W 2018 roku final girl to już nie tylko archetypiczna, slasherowa heroina − to emancypantka walcząca o lepszy świat. By wykazać się bohaterstwem nie trzeba być uzbrojoną po zęby sześćdziesięciolatką. Allyson Strode (grana przez nieznaną aktorkę Andi Matichak − bo przecież Curtis też była w ’78 nieznana) ma w sobie więcej chuci niż Kristen Parker i Julie James razem wzięte.

Halloween-2018-1

     Obok Curtis największą gwiazdą „Halloween” pozostaje, oczywiście, Michael Myers. Ponownie uczyniono z niego dziką siłę natury, a jego głowy nie zaprzątają już cierniste kulty czy udział w reality show. Po ucieczce z więzienia Myers kierowany jest wyłącznie żądzą mordu. Świetnie wypadają sceny toczące się po zmroku, 31 października. Ulubiony złoczyńca kinomanów spaceruje po ulicach z kuchennym nożem w dłoni i nikogo ten fakt nie zastanawia, bo przecież wszyscy już dawno założyli swoje kostiumy. Michael „odwiedza” mieszkańców Haddonfield w ich własnych domach i nadrabia zaległości − których przez czterdzieści lat uzbierało się sporo (Green nakręcił sequel retconowy, ignorujący wszystko, co miało miejsce po „Halloween” z roku 1978). Gdy ujrzycie, jak zamaskowany zabójca skrywa się w ciemnościach, czekając na kolejne ofiary, wzdrygniecie w fotelu. Jego ruchy znów są powolne, a precyzja w niczym nieumotywowanym uśmiercaniu − iście diabelska. Obserwujemy Michaela, który − niczym kocur − jest nieśpieszny, ale pełen gracji, a swoją ofiarę i tak zawsze dogoni. Przed nim nie ma ucieczki. Morderstwa, popełniane przez antybohatera, są brutalne i odważne: komuś urwana zostaje szczęka, głowa kogoś innego zostaje zadeptana i wypływają z niej płyny ustrojowe. Film kręcono szybko (zdjęcia ruszyły w styczniu, a na początku września całość pokazano na festiwalu w Toronto), jednak w reżyserii Greena zauważalna jest biegłość oraz wiedza, czego oczekują fani serii. Budżet był relatywnie niski − wynosił bowiem dziesięć milionów dolarów − ale do kin nie wszedł horror o wątpliwej jakości, a wyglądający świetnie. Scena, w której pod nóż Myersa trafia para brytyjskich podcasterów, powleczona została grubą warstwą suspensu. Potem poddano ją przemyślanemu montażowi, tylko ją jeszcze intensyfikując.

     Imponuje dbałość o szczegóły, cieszą odwołania do starszych filmów z serii. Gdy głośniki rozbrzmiewają nagranym na dyktafonie głosem Sama Loomisa, jest on nader podobny do tembru Donalda Pleasence’a. Kiedy Michael zaczyna przelewać siódme poty przy wyrządzaniu innym krzywdy, nikogo nie powinien dziwić fakt, że na tyle wysiłku stać ponad sześćdziesięcioletniego mężczyznę. Wcześniej dowiadujemy się, że w szpitalu psychiatrycznym, gdzie skazaniec przebywał, wszyscy podlegają zdrowej diecie i otoczeni są stałą opieką. Michael musi więc być w doskonałej formie. Stację benzynową, na której giną podcasterzy, skonstruowano tak, by do złudzenia przypominała tę z „Halloween 4” (1988). Znalazła się też w filmie scena, w której Myers rzekomo chowa się przed Laurie… w ściennej szafie.

Halloween-2018-2

     Ścieżkę dźwiękową do nowego „Halloween” stworzył John Carpenter − jest więc ona nostalgiczna, pełna retrospekcyjnego czaru. Również zdjęcia przypominają te z pierwowzoru, za sprawą przestrzennych, panoramicznych kadrów oraz wysokiej głębi ostrości. Film osadzony jest na przedmieściach i ponownie łamie mit amerykańskiej idylli, ale pewne rozwiązania fabularne, jak i pewne pokerowe niuanse odróżniają go od carpenterowskiego klasyku. Na pierwszy plan wysuwa się tu, rzecz jasna, dom-zasadzka, w którym to Laurie próbuje upolować Michaela Myersa. Sceny finałowe bronią się dynamizmem i przewrotnością, choć z minimalizmem pierwszego „Halloween” nijak nie są w stanie konkurować: to był bowiem horror niepokojący i stale trzymający w napięciu, a najnowszy sequel więcej wspólnego ma z sensacją, jest niebywale charyzmatyczny − co, naturalnie, też jest zaletą. Danny McBride dopisał do scenariusza ironiczne dialogi dwóch policjantów o orientalnych croissantach − i nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby rozmowy te toczyły się w okolicznościach innych niż krwawa, halloweenowa noc. Krytycy uznali, że film Greena to pierwszy udany sequel w serii. Nie zgodzę się z tym twierdzeniem − nie, kiedy powstało chociażby „20 lat później” Minera. Najnowsza odsłona jest solidna i zwyczajnie angażująca, ale nie tak drapieżna, jak rebooty Roba Zombiego − w swojej osobistej hierarchii przedkładam je wyżej niż wariację Greena.

     Albert Nowicki – dziennikarz, tłumacz i copywriter, absolwent studiów filmoznawczych Instytutu Sztuki PAN. Miłośnik kina, zwłaszcza filmowego horroru. Jego teksty pojawiały się między innymi na łamach serwisów Filmweb, Movies Room oraz Filmawka. Blog His Name is Death prowadzi nieprzerwanie od 2012 roku.

Halloween-2018-4

07

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s