Filmowe podsumowanie 2018 roku: rozgrzewka

     Wreszcie! Przyszedł dzień, w którym mogę podzielić się z Wami swoim przeglądem najważniejszych horrorów mijającego roku (i tych trzecioligowych, wykreślonych poza margines − też). Jeszcze w styczniu powiedziałem sobie, że ograniczę ilość oglądanych nowości − bo przecież po co tracić czas na filmy, które na dziewięćdziesiąt dziewięć procent okażą się marne. Jako zapaleni horror junkies wiecie na pewno, jak trudno jest przepuszczać kolejne premiery przez sito i dokonywać selekcji − zwłaszcza przy rosnącym zapotrzebowaniu na kino grozy. W ciągu roku, pisząc recenzje, rozmyślałem więc zarówno nad „Zemstą” czy „Dziedzictwem. Hereditary”, jak i „Escape Roomem” lub „Slender Manem”. Omawiałem bystre, alegoryczne dreszczowce, pozycje okraszone ambiwalentnym komentarzem społecznym, ale też popcornowe straszaki − które wyrastają, jak grzyby po deszczu. 2018 był dla horroru rokiem kina mainstreamowego, bo widzowie coraz częściej chodzą do kina, by się bać. Ponieważ jednak filmy kontemplacyjne, korzystające z art-house’owych środków wyrazu są mi szczególnie bliskie, na pewno zaskoczę Was kilkoma tytułami indie, wartymi poznania − nazwijmy je moim asem w rękawie.

     Na podsumowanie roku złożą się cztery posty. Dwa poświęcone będą najlepszym pozycjom roku, których wybrałem aż dwadzieścia pięć. Wpis dotyczący filmów najgorszych będzie stanowił komentarz trzynastu tytułów. Całość rozpocznie, standardowo, rozgrzewka, a więc omówienie nieograniczonej ramami rankingu ilości horrorów – czasem niezłych lub całkiem dobrych, niekiedy niedomagających jakościowo, najczęściej zaś przeciętnych.

„Anihilacja”

Anihilacja

     Po części kobiecy remake „Predatora”, a po trosze duchowy sequel „Stalkera” Tarkowskiego. Historia inspirowana jest utworem Lovecrafta „Kolor z przestworzy”, w którym gazy tajemniczego meteorytu wywołują wśród ludzi straszliwą chorobę. Okazuje się jednak „Anihilacja” więcej niż body horrorem; to zarazem minimalistyczny w swej formie traktat, dotyczący natury ludzi i dziwnie im bliskiej autozagłady, impulsu masochistycznego.

     Film intryguje przede wszystkim od strony wizualnej, nie treściowej, bo pytania „jak?” i „dlaczego?” piętrzą się niemal bez umiaru. Być może zamiast o katastrofie ekologicznej prawi reżyser o katastrofie naszych ciał, o buncie ludzkich atomów. „Być może” warto tu wyraźnie zaakcentować. Zabrakło Garlandowi pomysłu na ciekawszą konkluzję; finał „Anihilacji” jest zawiły i niesatysfakcjonujący. „Ex Machina” zgrabniej prowadziła widza ku ostatnim minutom, nie była dziełem tak sennym, jak nowy projekt reżysera i z tego powodu prowokowała do refleksji. „Anihilacja” jest utworem równie eleganckim – o bajecznie zaaranżowanej przestrzeni kadru – ale mniej kontemplacyjnym, zwyczajnie nudniejszym, pomimo arsenału nieoczywistych korpuskuł w scenariuszu.

„Tajemnice Silver Lake”

UnderTheSilverLake

     Film frapujący i wieloaspektowy, stanowiący przeprawę przez labirynt mnożących się wątków oraz rewelacji. Mitchell gloryfikuje ekstrawagancję Los Angeles − bo nie ma drugiego takiego miejsca na Ziemi i warto tę niezwykłość uszlachetniać na ekranie. „Tajemnice Silver Lake” stanowią analizę kultury filmowej, są wglądem w świat chłopaka zafiksowanego na punkcie popkultury. Projekt wykracza poza najprostsze konwencje: zakrawa na pastisz kryminału, lecz przebijają się w nim akcenty horrorowe (w postaci morderczej kobiety-sowy czy dziko szczekających nimf). Posiada wiele niejednoznacznych podtekstów, sam w sobie jest szyfrem, który próbujemy rozwikłać z werwą godną bohatera przodującego. Prawda, na której zależy Samowi, leży pod powierzchnią (czego − tego zdradzał nie będę). Mitchell korzysta z lynchowskich motywów; posługuje się onirycznym językiem, znanym choćby z epickich łamigłówek: „Mulholland Drive” lub „Blue Velvet”. Jego postaci upajają się voyeuryzmem, niestraszne są im ostrzeżenia o grasującym mordercy (vide: „Body Double” i inne thrillery De Palmy). Za dwadzieścia lat „Tajemnice…” będą rozpamiętywane jako film kultowy.

„Endless”

Endless

     Benson i Moorhead specjalizują się w kręceniu mikro horrorów, a jako twórcy offowi zdążyli już wyrobić sobie odpowiednią renomę. „Endless” wygląda solidnie: jest dość nęcąco sfotografowany, zmontowany z wyczuciem psychodelicznego rytmu, jaki przez film przemawia. To obraz przystojny i tyle − a od straszaków, tych niezależnych i ambitniejszych, coraz częściej wymaga się wybitnej formy plastycznej. Przydałby się twórcom silniejszy budżet, lecz, co ważniejsze, zabrakło im atrakcyjnego konceptu. W ilu to już filmach − tych gatunkowych też − prawiono o mistycznej sile braterskiej więzi… Fabuła „Endless” jest ograna i odtwórcza, choć dywagacje na temat rutyny życia codziennego mogą urzec prozaicznością. W finalnym rozrachunku widzimy, że wykoncypowali Moorhead i Benson film o dorosłości, jednak, paradoksalnie, dojrzalej prezentowały się ich poprzednie projekty. „Endless” za daleko brnie w stronę komedii, w dodatku dość infantylnej: bawić mają nas choćby żarty o gwałcie oralnym.

„A Floresta das Almas Perdidas” (aka „The Forest of the Lost Souls”)

FlorestaDasAlmasPerdidas

     Filmowy poemat, w swych założeniach estetycznych ocierający się o surrealizm. Intryguje wizualnie, prowokuje do myślenia, jest abstrakcyjnym splotem ciężkich słów i eterycznych, czarno-białych obrazów. Reżyser, José Pedro Lopes, cytuje Virginię Woolf oraz Vincenta van Gogha, bo w jego filmie samobójstwo równa się zerwaniu z bólem, przy jednoczesnym unieśmiertelnieniu ego. Niektórych widzów rozczaruje fakt, że kontemplacje schodzą na drugi, może i trzeci plan, kiedy jedna z postaci chwyta za nóż, stając się śródleśnym maniakiem. Jako slasher „A Floresta…” broni się jednak lepiej niż na płaszczyźnie dramatycznej − może dlatego, że tematy suicydalne wymagają wnikliwości, której u Lopesa nie znajdziemy. Trochę porażka, ale ambitna, chwilami nawet korespondująca ze stanem, który nam w sercu gra.

„Wyleczeni”

Wyleczeni

     Myśleliście, że zombie horrory są passé? Żywe trupy „żyją” i mają się dobrze, czego dowodem ma być „The Cured” w reżyserii Davida Freyne’a (tytuł polski „Wyleczeni”). Nadal nie jest im łatwo, nadal pozostają niezrozumiane. To na tym konflikcie − na braku przymierza ludzi i osób nieumarłych − skupia się film z udziałem Ellen Page. Freyne dużo uwagi poświęca dylematom moralnym swoich bohaterów (zombie, zgodnie z tytułem, zostają uzdrowione i powracają do swych rodzin), ale „The Cured” to przede wszystkim emocjonujący horror. Akt trzeci filmu opiera się na nieustającej akcji, a Page − grającej Irlandkę − udaje się skopać co najmniej kilku pożeraczy mózgów. Freyne równoważy w „Wyleczonych” makabrę z metaforą. Jego film to horrorowy dramat − o przebaczeniu i potrzebie tolerancji − który bynajmniej nie jest nużący.

„Rok tygrysa”

RokTygrysa-Niemcy

     Film drapieżny, pozostawiający przestrzeń do szerokiej, bo polisemicznej interpretacji. Jest dziełem o sugestywnej mocy i nieoczywistej symbolice, ze względu na minimalizm narracji podobnym do „Ornitologa”, a właściwie do całej filmografii João Pedro Rodriguesa. To thriller o voyeuryzmie i innych natręctwach umysłu. W centrum wydarzeń umieścił Iben zamaskowanego homoseksualistę o autodestrukcyjnych pasjach i chorych fantazjach − mężczyznę pożeranego przez własną perwersję. Skonfrontowani zostajemy z problemem body shamingu, który, ze względu na kult ciała, w środowisku LGBT wydaje się być głęboko zakorzeniony. „Spierdalaj, świrze” − słyszy Tom (Alexander Tsypilev) w nocnych klubach i galeriach sztuki. Jest świrem z racji swojego szaleństwa i nieidealnych kształtów, które łatwo pomylić z „brzydotą”. Nic dziwnego, że tak jarają go maski. Iben uraczył nas kolejnym studium męskości − lepszym niż jego poprzednie filmy, bo ryzykownie niedopowiedzianym. W jego nowym filmie to właśnie tajemnica jest w mężczyznach najbardziej pociągająca.

„Hell Fest”

Hell-Fest-Tony-Todd

     Groza w wydaniu retro, opatrzona porywczą ścieżką dźwiękową, sfotografowana z wyczuciem nostalgii i ejtisowego stylu. Miejsce akcji jest odpowiednio euforyczne, ale też pogrążone w chaosie, co sprzyja wyrzynaniu nastolatków przez zamaskowanego antybohatera (jeden z chłopców zostaje uśmiercony przy pomocy wielkiego młota). Solidne tempo pozwala cieszyć się każdą minutą filmu, a w finale nie brakuje niespodzianek. Plotkin przypomina, w jak niepokojących czasach żyjemy: dziś nigdzie nie można bowiem czuć się w pełni bezpiecznie. Liczę na nadejście sequela.

„Upgrade”

Upgrade

     Najbardziej przeceniany film roku – mnie, niestety, nie porwał. Jest powolny, chwilami tandetny; Whannell nie potrafi zrównoważyć ze sobą kolejnych komponentów narracyjnych i zmian tonalnych („Upgrade” to zarówno kino zemsty, body horror, jak i cyberpunkowy akcyjniak, ale proporcje gatunkowe kłócą się ze sobą wzajemnie). Świetnie przedstawia się choreografia scen walki, a balsamem dla oczu jest prowadzenie kamery, która Logana Marshalla-Greena zawsze umieszcza w samym centrum obiektywu. Stylistycznie „Upgrade” reprezentuje sobą solidny poziom, ale to nadal film dla widowni z wysokim stopniem tolerancji na reżyserskie uchybienia.

„Nocne istoty”

NocneIstoty-Argentyna

     Jeśli warto dać „Nocnym istotom” szansę, to ze względu na przykładne, praktyczne efekty specjalne, których autorem jest Marcos Berta. Na widok kobiety masakrowanej przez niewidzialną siłę, albo martwego chłopca, zasiadającego przy ciasteczkach i szklance mleka, na pewno podskoczy Wam ciśnienie. Realizacyjnie film Rugni prezentuje solidny poziom − tym większa szkoda, że powstał na bazie dość błahego, wyświechtanego scenariusza. Brak tu głębszego kontekstu, który choćby z „Hereditary”, „Oblicza mroku” czy nawet „The Hollow Child” uczynił znacznie ciekawsze produkcje. To horror nieoryginalny, oparty na przewałkowanych zabiegach. Na ogół latynoskie straszaki posługują się własnym językiem. Tutaj go nie uświadczymy.

„The Hollow Child”

HollowChildThe

     Opowieść o złamanych ludziach, klimatem przypominająca zarówno prozę Stephena Kinga, jak i straszaki folklorystyczne à la „The Witch”. Czy nazwiemy „The Hollow Child” zaangażowanym społecznie horrorem na miarę „Get Out” lub „Under the Shadow”? Absolutnie nie. Choć oddany górnolotnym ideom i nasycony dramatycznie, film głęboko osadzony jest w retoryce kina klasy „B”. Tę gałąź reprezentuje jednak godnie i za sprawą łebskiej reżyserii wzbudza pozytywne odczucia. Udaną, pełną przekory rolę tworzy tu Jessica McLeod, której aktorską wrażliwość docenili jurorzy festiwalu Fantasporto. Spośród odtwórców to głos McLeod pobrzmiewa dowódczym tembrem; Hannah Cheramy, przykładowo, tworzy kreację rutynowo inwazyjną i jako demoniczne dziecko nikogo powyżej trzynastego roku życia nie nastraszy. Raczej nie podołały wyzwaniom kadry odpowiedzialne za efekty charakteryzatorskie, ale to jeszcze nie koniec świata: niektórzy chętniej spojrzą na „Hollow Child” jak na dramat obyczajowy, horrorem podbarwiony.

„Noc pożera świat”

NocPozeraSwiat

     Na poły ballada o izolacji, na poły zaskakująco krwawy chamber piecie. Sam (Anders Danielsen Lie) zamknięty zostaje w postapokaliptycznym świecie, opanowanym przez zombie. Popada w depresję, bo na co dzień towarzyszy mu wyłącznie bezwzględna cisza. „Noc…” to horror introwertywny i ludzki, nawet jeśli nad obsadą dominują żywe trupy. Lie obrazuje Sama w sposób tyleż obłędny, co opanowany. Jego wibrujące krzyki sugerują, że bohater odda wiele za szczyptę bliskości, ale przemawiają przez niego również logika i zaradność. Ciekawą kreację tworzy też Denis Lavant − aktor urodzony do odgrywania niemych, dysputujących wielkimi oczyma ekscentryków. Zombiakowi w jego interpretacji jeszcze zaczniecie współczuć.

„Leprechaun Returns”

LeprechaunReturns

     Karzeł powrócił w absolutnie kampowym stylu, a buty po Warwicku Davisie leżą na nim zaskakująco dobrze. „Leprechaun Returns” tym różni się od odsłony „Origins” (2014), że nie jest horrorem kręconym „na poważnie”, lecz krwawą farsą. Morderczy skrzat (Linden Porco) każdą ze swych ofiar straszy makabrycznymi rymowankami, a z zielonego rękawa sypie cringe’owym żartem. Obłędne są sceny gore, a młodzi bohaterowie giną w kuriozalnych okolicznościach – uśmiercani panelami słonecznymi czy ogrodowymi zraszaczami. Nie zabrakło w filmie kąśliwych momentów: w jednej ze scen Karzeł – ikona lat 90. – próbuje wytłumaczyć millenialsom, czym jest walkman. Dużym plusem „Returns” jest typowo slasherowe, śródleśne miejsce akcji – kolejnej wizyty Leprikona w Las Vegas, albo przestrzeni kosmicznej nie chciałby oglądać chyba nikt.

„Searching”

Searching

     Film brawurowo opowiedziany, niepozwalający przymknąć oczu nawet na moment. Na tle innych cyber-thrillerów „Searching” prezentuje się nienagannie. Jego reżyser ceni sobie suspens w najbardziej old-schoolowym wydaniu; zwroty fabularne serwuje na tyle umiejętnie, że ciężko je przewidzieć. Rozumiem, dlaczego media tak hype’owały tę produkcję. Przy użyciu najprostszych środków udało się podjąć niebanalny temat i wyciągnąć z niego otwierające oczy wnioski. Dawno nad salami kinowymi nie królowała pozycja równie mocno osadzona w rzeczywistości. PS. Dobrze było znów ujrzeć Debrę Messing na dużym ekranie!

„Naznaczony: Ostatni klucz”

Naznaczony4

     Sequel dopisany trochę na siłę, chociaż wcale niesprowadzający serii na manowce. Niektórym plot twistom i pomysłowości scriptwriterów na pewno warto przyklasnąć, ale są też chwile, gdy film niepotrzebnie spowalnia, staje się daremnie podniosły. Siłą „Naznaczonego” zawsze była postać Elise, a w tej odsłonie jest ona bohaterką centralną. Cieszy fakt, że Lin Shaye w wieku niemal siedemdziesięciu pięciu lat otrzymała główną rolę w dużym, hollywoodzkim horrorze. Na drugim planie świetnie wypada nadworny błazen, Angus Sampson, a zupełnie nie przekonuje do siebie Josh „Potrzebuję kofeiny” Stewart.

„Winchester. Dom duchów”

Winchester

     Pierwsze sceny „Winchester. Domu duchów” pokazują, jak Helen Mirren tuła się po tytułowym zamczysku w żałobnych welonach. Wygląda przy tym jak umęczona istota z zaświatów, co nadaje filmowi hammerowskiej poetyki. Później „Dom…” popada w ruinę, za sprawą kiepskich efektów komputerowych i nadmiaru oczywistości. Niewiele ujrzymy w filmie tytułowych upiorów oraz słynnych labiryntów, o których krążą legendy; poznamy jeszcze mniej koszmarnych tajemnic. Prosty, paranormalny horror przemienili bracia Spierig w dramat rodzinny, który jest jednak nużący i letargiczny. Jako leading man nie sprawdza się Jason Clarke, a dyskusja nad dostępem do broni palnej − dla której znaleziono miejsce w scenariuszu − jest jałowa i zbędna, bo Spierigów należałoby najpierw wysłać na warsztaty z retoryki.

„Prawda czy wyzwanie”

TruthOrDare

     Kolejny rok, kolejne pop-horrory trafiają do kin. „Prawda czy wyzwanie” do złudzenia przypomina „Oszukać przeznaczenie” lub − z pozycji nieco nowszych − „Wish Upon”, ale nie ma w tym nic złego. Zapotrzebowanie na teen-produkty jest spore, a znacznie lepiej sprawdzają się na ekranach młodzieżowe horrory kręcone choć z odrobiną zdrowego dystansu − nie śmiertelnie poważne wpadki jak „Slender Man”. „Prawda czy wyzwanie” ma tę przewagę nad swymi konkurentami, że jest filmem przyjemnie cheese’owym. Młodzi − o dziwo wcale nie tak wkurzający − bohaterowie uśmiercani są na kuriozalne sposoby: ktoś łamie kark, spadając ze stołu bilardowego, inny pechowiec kończy z długopisem w oku, a następnie uderza głową w ścianę − penetrując swoją czaszkę jeszcze bardziej. Niewdzięcznie wypadają efekty CGI, ale z tym też wiążą się niespodzianki: upiorne uśmiechy, które widzą uczestnicy „gry” na twarzach obcych ludzi, przypominają szczerzącego się Willema Dafoe. Kto widział aktora w popularnej parę lat temu komedii, „The Smile Man”, wie, że jego szeroko uśmiechnięta twarz to widok absolutnie paraliżujący. Dobrze, że do scenariusza wprowadzono postać gejowską − istnienie świata LGBT nadal bywa w horrorach marginalizowane.

„Fatum Elizabeth”

FatumElizabeth

     Dreszczowiec o zawiedzionym zaufaniu i niebezpieczeństwach wynikających z ciekawości (to przecież pierwszy stopień do piekła) – odrobinę zbyt sterylny i powolny w swym tempie. W scenariuszu dużo uwagi poświęcono pytaniu „kim jesteśmy?”, a bohaterom często zbiera się na pseudofilozoficzne bajdurzenie. Bardziej intryguje „Fatum…” od strony technicznej niż fabularnej. Nasycone są kolory, jakimi mieni się obraz − wizualnie film sprawia wrażenie wręcz konwulsyjnego. W bezdennie morskim błękicie oczu Lee można z przyjemnością zatonąć, doznania artystyczne wzmaga też depalmowski split screen. Plastycznie poskładany jest projekt z interesujących komponentów; jednocześnie jest też uszyty z wielu odwołań, niekiedy zapożyczeń narracyjnych. Widzimy w opowieści Gutierreza reinterpretację hitchcockowskiej „Rebeki”: uczestnikami dramatu są bowiem niedawna narzeczona, bogacz i jego misterna gosposia, która bacznie obserwuje młódkę z ukrycia. Scena z lotu ptaka, inaugurująca „Fatum Elizabeth”, pobrzmiewa „Lśnieniem”, a Lee przypomina Rosemary Woodhouse. Podniecają Gutierreza inne filmy oraz pozycje literackie tak gorączkowo, że ciężko nadążyć za jego inspiracjami − i logiką też.

„Summer of 84”

SummerOf84

     Twórcy „Turbo Kid” powrócili z nowym projektem. Znów skroili throwback w wydaniu indie, tym razem kultywujący ejtisowe slashery i Kino Nowej Przygody. Jako mikrobudżetowiec spełnia „Summer of 84” tę samą funkcję co poprzednia produkcja tercetu RKSS: stanowi odtrutkę na high-conceptowe efekciarstwo setek blockbusterów, które zalewają kina każdego roku. Uwagę zwracają nostalgiczna − i w swych sentymentach powściągliwa − ścieżka dźwiękowa oraz wyczucie warsztatowe. Panoramiczne ujęcia, zoomowane twarze, umiejętna gra światła z cieniem − wszystko to sprawia, że jest „Summer…” zjawiskiem optycznym, zresztą całkiem porywającym. W głowach bohaterów ekscytacja na myśl o dorosłości przeplata się z lękiem przed śmiercią. Film wymaga cierpliwości, bo tempo akcji nie wbija w fotel; dla entuzjastów horroru retro nie powinno to jednak stanowić znacznego problemu.

„Przebudzenie dusz”

PrzebudzenieDusz

     „Przebudzenie dusz” posiada charakter kompilacyjny, ale bardziej przypomina old-schoolowe brytyjskie dreszczowce niż, przykładowo, dylogię „ABCs of Death”. Wątki kolejnych nowelek są tu spójniejsze niż we współczesnych antologiach grozy, przez co projekt budzi wspomnienia po klasykach: „Dead of Night” (1945) czy „From Beyond the Grave” (1973). Ponieważ Nyman i Dyson w swoich dziełach z upodobaniem odwołują się do najbardziej cenionych pozycji gatunku, nie zabrakło w filmie scen, które automatycznie przypomną o „Martwym źle” lub dziełach Hitchcocka. Ich projekt to list miłosny, nostalgicznym atramentem pisany. Jump scare’ów znajdziemy w „Przebudzeniu…” kilka – nie miażdżąco dużo – a ich użycie sprawi, że całość spodoba się przeciętnemu zjadaczowi popcornu. Istotniejsze niż strachy na lachy okazuje się zagospodarowanie planu, który tonie w brązach, szarościach i odcieniach zieleni. Miejsce akcji jest upiorne, ale realistyczne: sprawia, że lęk, towarzyszący postaciom, możemy nabrać w płuca.

„Słudzy diabła”

SludzyDiabla-Indonezja

     „Słudzy diabła” są tym typem filmu grozy, w którym znajdziemy dosłownie wszystkie podgatunkowe lejtmotywy. Znalazło się w nowej opowieści Joko Anwara miejsce dla długowłosych, J-horrorowych upiorów, wystrojonych na czarno, zakapturzonych satanistów oraz żywych trupów, uparcie ciągnących za sobą połamane nogi. Nie brakuje w filmie paranormalnych objawień rodem z „Obecności”, opętańczych spazmów wpośród białej pościeli, odgłosów nie z tego świata. Metody straszenia uznać można za podręcznikowe, a upodobanie Anwara do strzelb Czechowa, bardziej niż wyrazem miłości wobec narracji literackiej, wydaje się dążeniem do efekciarstwa. Fanów popcornu ucieszą upiorne, choć zamerykanizowane sekwencje: na przykład ta, w której dwaj chłopcy rzucają prześcieradło na pewien przerażająco realistyczny portret. Imponująco prezentuje się też scena śmierci pod rozpędzonymi kołami – wygląda, jakby wycięto ją z nieco krwawszej wersji „Omenu”. Sprawności reżyserskiej wcale Anwarowi nie brak, ale „Słudzy diabła” to film wyraźnie nieautorski.

„Apostoł”

Apostol-Netflix

     Największe rozczarowanie minionej jesieni. „Apostoł” to film wyróżniający się świetną pracą kamery i solidnymi efektami FX, ale jest o tyle nieskładny, fabularnie tak dalece przesycony, że ciężko wydać mu ciepłą recenzję. Mnogość wątków zaczyna doskwierać zwłaszcza w chaotycznym finale, kiedy nasz marnie zarysowany heros (Dan Stevens) musi machnąć ręką na swojego dotychczasowego nieprzyjaciela – dosłownie znikąd wyłania się bowiem drugi czarny charakter. Film nie jest szczególnie wciągający, ma spore problemy z ustaleniem tempa akcji. Reżyseria Garetha Evansa – jak zwykle – jest pełna klasy, ale scenariusz „Apostoła” to materiał na co najmniej dwa odrębne horrory. Pozytywnie odbieram ulatującą z ekranu refleksję: religia to kajdany.

„Tragedy Girls”

TragedyGirls

     Skrzyżowanie „Heathers” i pierwszego lepszego slashera z lat 80. lub 90. Sadie i McKayla nie są postaciami tak ambiwalentnymi, jak grana przez Winonę Ryder Veronica Sawyer, choć na pewno obdarowano je tym samym cynicznym wdziękiem. Okazuje się film McIntyre’a wystarczająco burzycielski, by widzowie, w drodze do finału, kibicowali bohaterkom-socjopatkom w popełnianiu kolejnych zbrodni. To jednak projekt znacznie lżejszego kalibru niż powstałe dokładnie trzydzieści lat temu „Heathers”; film, który nikogo nie oburzy i nie obrazi, najprawdopodobniej nie zwali też z nóg. Zabrakło mu dramatyzmu, bo moralne wypaczenie współczesnego nastolatka potraktowali twórcy z dostojnością godną telewizyjnego „Krzyku”. Powierzchowność można McIntyre’owi wybaczyć, m. in. ze względu na poczucie sarkazmu, intertekstualną formę oraz zgrabne nawiązania do ikonografii filmowego horroru.

„Verónica”

Veronica-Netflix

     Wtórnej i prostej historii demonicznego opętania nadał Paco Plaza zacięcie artystyczne. Wszystko za sprawą abstrakcyjnego kadrowania obrazu i surrealistycznego w swej formie montażu. „Verónica” to film, w którym ważniejsze od kartek scenariusza są ilustracje: tekst wyraźnie wspierany jest tu obrazem, który ma znaczenie kardynalne. Nadworny kompan Plazy, Martí Roca, montując projekt, zastosował ciekawe manewry edytorskie. W jednej ze scen obserwujemy, jak zawieszona między dwoma światami bohaterka kroczy po Madrycie i gorączkowo szuka rozwiązania swych problemów. Bruk pod jej nogami nie bez powodu zmienia się w wertowaną książkę – kilka minut wcześniej powiedziano Verónice, że odpowiedzi na dręczące ją pytania ukryte są w literaturze ezoterycznej.

     Inne ujęcie pokazuje Verónikę, która uparcie idzie przed siebie, choć cały świat chodzi wspak (ciekawe, czy nawiązanie do „Przygody człowieka poczciwego” to wypadkowa podobieństwa fabularnego czy może zabieg celowy). Plaza i Roca z dużą wprawą operują też dźwiękiem. W jednej z sekwencji nocnych old-schoolowe materiały muzyczne, dobiegające z telewizora, nakładają się na narrację pierwszoplanową. W efekcie rodzina Veróniki przeżywa chwile grozy w rytm klasycznego horroru Narciso Ibáñeza Serradora, „Czy zabiłbyś dziecko?”.

„What the Waters Left Behind” (aka „Los olvidados”)

What-The-Waters-Left-Behind

     Pamiętacie braci Onettich? Jasne, że tak: parę lat temu ich giallowy throwback, „Francesca”, obił się szerokim echem wśród fanów grozy. Tegoroczny passion project rodzeństwa, „What the Waters Left Behind” (oryg. „Los olvidados”), odwołuje się do takich klasyków, jak „Teksańska masakra piłą mechaniczną” czy „Wzgórza mają oczy”. Tobe Hooper w swoim opus magnum zmierzył się z powojenną depresją i klimatem politycznym USA lat siedemdziesiątych − pod banalnym tytułem przechwycił głębsze treści. Film Onettich natomiast nie jest zaangażowany socjologicznie: powstał bowiem na bazie zerowego, przesyconego pustym sadyzmem scenariusza, w którym na żadną formę szacunku nie zasłużyli sobie nawet bohaterowie pierwszoplanowi. Ich ciała są masakrowane, ale mało kogo to wzruszy, bo nie łączy nas z postaciami żaden związek. „Los olvidados” wygląda wspaniale, między innymi za sprawą ambitnych tracking shotów oraz kilku niespodziewanych eksperymentów montażowych, choć zdarza się Onettim grać na czas i rozwlekać to, co już i tak nuży. Fascynujące jest miejsce akcji, a więc niesławny kurort Epecuén, który w latach 80. zatonął pod wezbraną wodą, potem wypłynął na powierzchnię lądu i od tego czasu straszy swą postapokaliptyczną szpetotą. Mogło wyjść z tego udane, slasherowe kino drogi − szkoda, że tak się nie stało.

„Unfriended: Dark Web”

UnfriendedDarkWeb

     „Unfriended: Dark Web” to produkcja zgrabna i postępowa z punktu widzenia montażu czy technik „zdjęciowych” (cały film jest w zasadzie efektem komputerowym lub, jeśli wolicie, efektem pracy komputera). Mimo to, scenariusz Stephena Susco napisany został dość klasycznie, bo ku przestrodze. Matias dokonuje drobnej kradzieży i spotykają go piekielne konsekwencje. Poprzedni właściciel przywłaszczonego komputera, Norah C., czytany wspak okazuje się Charonem − mitologicznym bogiem osób konających. Wśród haseł dostępu do nielegalnych źródeł znajdują się tak skomplikowane frazy, jak „abyssus abyssum invocat” (piekło przyzywa na pomoc piekło), a sam Charon okazuje się podwładnym tak zwanego Kręgu (w odwołaniu do dziewięciu kręgów piekła z poematu Dantego). Susco bawi i niepokoi nas zarazem; na pewno nie odmówimy mu ciekawej wizji. Całość wydaje się jednak nadto urozmaiconą wariacją na temat „The Den”, bo piekło jest tu metaforyczne, a bohaterowie grzęzną w świecie porwań, internetowych licytacji oraz nagrań typu snuff. Gdyby nie zbędny twist paranormalny, byłby to film znacznie spójniejszy.

„Blue My Mind”

BlueMyMind.jpg

     Film o nastoletnich sztormach i o tym, że dojrzewanie zawsze rozpoczyna się od niechcianego skoku na głęboką, wzburzoną wodę. Odrobinę aluzyjny, z półsurową puentą. W roli głównej świetnie odnajduje się Luna Wedler jako Mia – dziewczyna, która uczy się akceptować swoje „mutujące” ciało. „Blue My Mind” to obraz pełen prostych, ale efektownych metafor; po części coming-of-age movie, a po trosze body horror. Nie jest tak niepokojący, jak pokrewne „Mięso”, choć chwilami wywołuje dyskomfort. Dla Lisy Brühlmann jest to debiut reżyserski – projekt powstawał jako jej praca dyplomowa. Warto mieć szwajcarską artystkę na oku, bo może jeszcze namieszać na scenie filmowej: niewdzięczne tematy (przytłaczająca cielesność, przebudzenie seksualne) wcale jej nie deprymują.

„The Ranger”

RangerThe.jpg

     Grupa nastoletnich chuliganów ukrywa się w lesie, nad którym „czuwa” niezrównoważony strażnik przyrodniczy. Dochodzi do krwawego zderzenia dwóch całkowicie różnych kultur. „The Ranger” reżyserowany był przez Jenn Wexler − która wyprodukowała dla studia Glass Eye Pix tak udane pozycje, jak „Darling” czy „Najlepsza z wysp”. Film jest szorstką i bezpretensjonalną niskobudżetówką − łagodzoną jednak umiejętnie przez paletę neonowych barw, dość często padających na ekran. Wszystko zostaje tu wypowiedziane wprost; po oczach biją brutalne zabójstwa kolejnych postaci, a uszy chłostają agresywnie punkowe utwory muzyczne. W przypływie ambitnych, art-house’owych horrorów dobrze jest obejrzeć mniej wymagający, choć atrakcyjnie wykonany slasher. A takim straszakiem jest właśnie „Ranger”.

„Death House”

DeathHouse

     „Death House” od początku był projektem niewydumanym, bazującym na gwiazdorstwie ludzi, którzy zyskali renomę wśród maniaków grozy. Scenariusz Smitha nie wykorzystuje jednak potencjału swoich postaci (w tym oklepanych antagonistów), między innymi dlatego, że jego autor nie posiada zacięcia oratorskiego. Kane Hodder, z typową dla siebie, bad-assową manierą, rzuca do agentki Boon: „przelecę cię w piekle”. Przynajmniej dwie postaci kobiecie pytają swoich przyszłych oprawców, czy zostaną zgwałcone, a potem zabite. Dialogi bywają albo groteskowe, albo wyświechtane; czasem tak nienaturalne, że więdną od nich uszy. Sid Haigh, Felissa Rose czy Michael Berryman − dla których po film sięgamy − mają po trzydzieści sekund na zwrócenie uwagi widzów. To bardzo mało: kolejne role są kiepsko rozpisane, najczęściej nie mają dla fabuły znaczenia. Mierna jest jakość wykonania „Death House”, a wygenerowane komputerowo płomienie − w pewnym momencie zajmujące zakład karny − wyglądają tak żałośnie, że sami płoniemy ze wstydu.

„Hell House LLC: The Abaddon Hotel”

HellHouseLLCTheAbaddonHotel

     Pierwszy „Hell House LLC” był sprawnym filmowym rzemiosłem, żerującym na najprostszych instynktach widzów. Nakręcony został horror found footage, który miał w sobie autentyzm, nie był pretensjonalny i potrafił nieźle nastraszyć. W tegoroczny sequel wpleciono wiele scen ze śniadaniowego talk show – historia nawiedzonego hotelu zainteresowała bowiem media. Pojawia się wątek metafikcyjny, a suche, „telewizyjne” dialogi biorą górę nad tym, co ważniejsze: piwnicznymi upiornościami, pobudzonymi do życia manekinami. Najbardziej creepfactorowe są sceny finalne, gdy bohaterowie stają oko w oko z dawnym właścicielem demonicznej noclegowni. Widzów podzielą one na dwa obozy: jednych rozczaruje dywagujący absurd, gustom drugich schlebiać będzie bezwstydne żonglowanie reżysera sprawdzonymi motywami – znanymi z innych horrorów paranormalnych. „Hell House LLC II: The Abaddon Hotel” w znacznej mierze opiera się na biciu piany i nie stanowi właściwie potrzebnej kontynuacji. Jeśli naszła Was jednak ochota na quasi-halloweenowe widowisko – takie spowite sztuczną pajęczyną, z pokrwawionymi klaunami kryjącymi się w cieniu – dajcie projektowi Stephena Cognettiego szansę. Wiedzcie tylko, że brakuje tu subtelności, znanej z poprzedniej odsłony.

„Children of the Corn: Runaway”

ChildrenOfTheCornRunaway

     W „Dzieciach kukurydzy” dorośli protagoniści gubią się zazwyczaj na prowincji Środkowo-Zachodnich Stanów, by potem odpierać ataki uzbrojonych w widły i sierpy wyrostków. Z Ruth (Marci Miller) jest inaczej, bo sama należała niegdyś do mrocznej szajki, a potem została matką. To frapująca protagonistka sprawia, że poświęcamy segmentowi „Runaway” swój czas. Ruth jest kobietą złamaną, lecz po każdej kolejnej porażce wstaje na równe nogi. Ciężka relacja matka-syn jest olejem, który napędza nietypową – dla serii wręcz kuriozalną – intrygę. Nowy sequel „Dzieci…” ma cechy psychologicznego tragi-horroru – potraktowanego jednak po macoszemu, niewywlekającego z przysłowiowej szafy żadnych „trupów”. Film posiada mniej „letni” klimat niż inne odsłony serii, jego kolorystyka bywa bardzo jesienna; niestety, to tylko ornament estetyczny. Czarne chmury, które zawisły nad Oklahomą, bardziej straszą bohaterów przed ulewą niż cisną w nich piorunami. A szkoda: warto było podlać pola kukurydzy i wreszcie zapewnić im trochę urodzaju.

„The Lodgers. Przeklęci”

LodgersThe

     Film nakręcony z wyczuciem stylu i melancholią w sercu, ogniskujący się m. in. wokół tematu perwersji rodzinnych oraz pułapek tradycji. Jest delikatny, starannie wykadrowany, nieodparcie piękny wizualnie. Brianowi O’Malleyowi obce nie są ani klasyczne powieści Poego (scenariusz ewidentnie zainspirowała „Zagłada domu Usherów”), ani szlagiery wytwórni Hammer. Projekt chętnie korzysta z retoryki horroru gotyckiego, niektórzy okrzykną go, nomen omen, duchowym spadkobiercą „Innych” czy „Kobiety w czerni”. Już od pierwszych minut charakteryzują się „Przeklęci” uderzająco upiorną atmosferą, czego wyznacznikiem może być podśpiewywana przez bohaterów piosenka o nocnych marach i gościach, których pod żadnym pozorem nie wolno wpuszczać do domu. Te mroczne akcenty doskonale współgrają z chłodnymi zdjęciami: operator rozkochany jest bowiem w morskich zieleniach i chętnie nasyca obraz odcieniami zniszczenia. Kompozycję kadru buduje na dekompozycji − co widać choćby po fundamentach rozpadającego się domostwa, w którym żyją bohaterowie.

„Oblicze mroku”

LookAway

     Niektórzy uznają „Oblicze mroku” za horror oparty na kliszach i schematyzmie. Nic bardziej mylnego. Choć w przeszłości powstały dziesiątki straszaków o lustrzanych niebezpieczeństwach i istotach skrytych za szklaną taflą, niewiele z nich miało coś ciekawego do powiedzenia. Assaf Bernstein podnosi sobie poprzeczkę wyżej. Zabiega w swoim filmie o to, by nikomu nie zostały udzielone proste odpowiedzi: to projekt ambiwalentny i najczęściej niedopowiedziany, dla reżysera mający wymiar osobisty. W lustrach Bernsteina odbijają się brzydkie prawdy o rzeczywistości − demoniczne moce nie mają na nie większego wpływu. Uwagę zwraca dualistyczna kreacja centralna: Indię Eisley poznajemy zarówno w wersji krnąbrnej i wyzwolonej (jako Airam) oraz tej ograniczanej wewnętrznymi hamulcami (Maria). Jej rola zbudowana została na silnym kontraście, który ma tu swoje uzasadnienie: „Oblicze mroku” to przecież film o horrorach dojrzewania, o usilnym dążeniu do zerwania z alienacją i outsiderstwem. Błyszczy też Jason Isaacs jako biernie-agresywny ojciec, któremu podczas gonitwy za perfekcją plączą się nogi.

„Romina”

Romina-Netflix

     Meksykański slasher „Romina” kręcony był z myślą o dystrybucji VOD i ukazał się w sieci w piątek, 13 lipca. Netflix – który na tym etapie swej działalności emituje co popadnie – tak opisuje fabułę filmu: „Szokujący napad wywołuje lawinę przemocy, gdy grupa nastolatków spotyka na odludnym kempingu dziewczynę ze swojej szkoły”. Streszczenie jest bardzo zwodnicze. Reżyser Diego Cohen, owszem, zdaje się być zafascynowany przemocą, ale brakuje mu odwagi, by frywolnie epatować nią na ekranie. Miejsce akcji „Rominy” stwarza doskonałe warunki, by wybijać kolejne postaci z impetem godnym Jasona Voorheesa. Niestety, Lago Cristal zbyt rzadko spływa czerwoną farbą; do wybuchów agresji też dochodzi incydentalnie. Fajnie jest czasem pooglądać, jak fikcyjne postaci cierpią – po to właśnie powstały podgatunki, jak slasher czy giallo. „Romina”, obojętna na niemoralne potrzeby widzów, jest brutalna w swej anty-brutalności. To wytwór sprawiający wrażenie projektu dyplomowego – a nie w pełni profesjonalnego filmu.

„Blood Fest”

BloodFest-Egerton

     W „Blood Fest” Owena Egertona uczestnicy horrorowego konwentu (organizowanego na wielką skalę) stają się bohaterami nowego, jak najbardziej prawdziwego filmu grozy. Atakuje ich grupa chorych emocjonalnie klaunów, a także zastęp seksownych wampirzyc. Psychopaci w świńskich maskach ostrzą sobie na nich piły mechaniczne. W teorii brzmi to wszystko zabójczo, ale „Blood Fest” to, niestety, film nudnawy, głupi i przekombinowany. Egerton nadużywa meta-zagrywek i stale ignoruje fakt, że podobnych produkcji mamy już na pęczki („Hell Fest”, „The Funhouse Massacre”). To projekt fanboyowy i z tego powodu wykonany z sercem, ale też niemrawy, unikający odpowiedzi na wprost zadane w scenariuszu pytania – np. dlaczego tak uwielbiamy horrory. Obejrzyjcie, jeśli lubicie praktycznie wykonany gore i z przyjemnością słuchacie, jak bohaterowie recytują klasyczne straszaki niczym biblię.

„Wildling”

Wildling

     Krzyżówka „Ginger Snaps” z „Pozwól mi wejść”, atrakcyjnie sfotografowana przez Toby’ego Olivera (znanego dzięki pracy nad „Uciekaj!”). To film o transformacji w kobietę na oczach zdominowanego przez mężczyzn społeczeństwa oraz o nauce bliskości, o otwieraniu się na człowieka. Symbolicznie przytoczona zostaje też opowieść o dojrzewaniu i godzeniu się ze swoim ciałem. Anna (Bel Powley) jest bestią, która przejdzie przez długą i krętą drogę zanim odnajdzie w sobie dziką wolność. Na uwagę zasługują old-schoolowe, praktyczne efekty FX oraz rozjuszony utwór tytułowy, który Linda Perry skomponowała z myślą o napisach końcowych. Nie brak w filmie uproszczeń, przez co całość wydaje się chwilami naciągana, ale Fritz Böhm z fantazją odwołuje się do folkloru wilkołaczego.

„Zakonnica”

NunThe

     Od czasu „Dead and Loving It” rumuńska wieś nigdy nie wyglądała równie groteskowo. W „Zakonnicy” bogobojna Amerykanka wysłana zostaje do klasztoru na południowym wschodzie Europy, by tam zbadać sprawę pewnej tajemniczej śmierci. Wkracza do świata znanego z gotyckich horrorów. Nic nie trzyma się tu kupy i Taissa Farmiga też musiała to dostrzec, bo jej rola jest bardzo chałturnicza. Pretekstowa fabuła i nadmiar jump scare’ów nie służą filmowi zbyt dobrze, ale nie mógłbym napisać o „The Nun”, że jest to najgorszy horror z zapoczątkowanego przez Wana uniwersum. Zaskoczeń nie ma: to po prostu jeden z najbardziej sztampowych tytułów roku.

„Powstrzymać mrok”

HoldTheDark

     Spośród wszystkich produkcji Jeremy’ego Saulniera „Powstrzymać mrok” oceniam najniżej (tak – uwzględniam tu również „Murder Party”). Jeżeli Waszym idolem jest mistrz lirycznej makabry, Sam Peckinpah, dajcie „Hold the Dark” szansę, ale szykujcie się na dość mozolny film, zagmatwaną historię i rozczarowujący finał. Przeszywający klimat to nie wszystko…

„Pierwsza noc oczyszczenia”

FirstPurgeThe.jpg

     Seans „Pierwszej nocy…” zaliczam do udanych, bo: a) jest to prosty, ale w gruncie rzeczy solidnie wykonany popcorniak; b) sceny akcji popisowo podnoszą poziom adrenaliny; c) wielu bohaterów otrzymało od scenarzystów „sensowny” powód do przeprowadzania czystek. To film stricte rozrywkowy i przyjemnie odmóżdżający − czasem nie potrzeba nic więcej.

„Predator”

Predator-Rhodes

     Bardzo starał się być śmieszny; nie osiągnął nawet tego. Ciekawie przedstawia się hierarchia wśród aktorów. Black nadużywa komiksowego Boyda Holbrooka, a zdolniachom − Trevantemu Rhodesowi, Jacobowi Tremblayowi − każe stać w tle. Tytułowy drapieżca z kosmosu nie budzi tych emocji, co trzydzieści lat temu; w swych ruchach wykazuje ogładę. Nie jest to zły blockbuster, po prostu rozczarowujący sequel. Nawet widzowie Polsatu mogą mieć z nim problem.

„Venom”

Venom-Hardy

     Niektórzy wciąż łudzą się, że filmy o superbohaterach to artystyczne metafory dla wyrafinowanych widzów, ale umówmy się: przede wszystkim mają dawać one szansę na eskapizm − oto ich główne zadanie. „Venom” cierpi chwilami z powodu schematycznego scenariusza, lecz ma w sobie pierdolnięcie, którego brakuje wielu komiksowym megaprodukcjom − nie jest więc pasożytem, jakiego zrobili z niego krytycy. Tom Hardy w roli Eddiego Brocka wypada jak aktor szekspirowski; jego łamliwy głos okazuje się ujściem dla głębokich emocji, których nie oczekiwalibyśmy po bohaterze blockbustera. Z zaciekawieniem przyglądamy się też bromance’owi Hardy’ego oraz tytułowego antagonisty. Czyli co − „DCU zaorane”?

„The Keeping Hours”

KeepingHoursThe

     „The Keeping Hours” niby został wyprodukowany przez Jasona Bluma, ale to dość nietypowe ghost story. Reżyserka Karen Moncrieff (znana z niedocenionych „Siedmiu żyć”) maluje obraz rodziny, która rozpadła się na tysiąc kawałków po utracie syna. Jest gorzko, ale też ciepło; chwilami może trochę hallmark-channelowo. Kinowej jakości nadają filmowi role główne, bo aktorów łączy hipnotyzująca chemia (propsy należą się zwłaszcza Lee Pacemu, który dawno nie grał tak wieloznacznie). Mógł wyjść z tego rozpaczliwy schmaltz fest, a powstał niezły, melancholijny tragi-horror.

„Red Eye”

RedEye-Clay

     Dziesięć tysięcy dolarów budżetu i dziewiętnastolatek za kamerą. Co może pójść nie tak? Praktycznie wszystko. I rzeczywiście, „Red Eye” Tristana Claya nie należy do horrorów najwyższej próby. Clay to fascynat gatunku i niezły psychol (wśród linii dialogowych pojawiają się obsceniczne frazy, na przykład: „użyję twojej krwi jako lubrykantu”). Może kiedyś uda mu się spłodzić świeży i zaskakujący slasher – „Red Eye” to jedynie mało wymyślny, a przy tym kiepski technicznie throwback, w którym ledwo słyszymy głos aktorów, a za ścieżkę dźwiękową służy playlista z Winampa. Producenci większość zebranego kapitału przeznaczyli na ujęcia z drona – i wyglądają one atrakcyjnie, zwłaszcza, gdy Clay sili się na nawiązania do „Lśnienia” – lecz to wiarygodne efekty FX ucieszyłyby widzów bardziej. Bohaterowie „Red Eye” są chodzącymi stereotypami, a finał filmu powtarza motyw znany z co najmniej kilku starszych backwoods horrorów.

„Fashionista”

Fashionista

     „Fashionista”, dedykowana wspaniałemu Nicolasowi Roegowi, urzecze każdego fana filmowych eksperymentów. To projekt rozbrzmiewający gorączkową, elektroniczną muzyką, chaotycznie zmontowany i wymagający powtórnego seansu, stanowiący właściwie 110-minutową, fabularną układankę. Jest multigatunkowy − mowa w nim o zdradzie, zazdrości i zaburzeniach percepcji własnego ciała, a więc o horrorach naszego umysłu; z łatwością można sklasyfikować go jako psychosexual drama. Obok Ethana Embry’ego świetną, bo żarliwą kreację tworzy Amanda Fuller („Orange is the New Black”). Nie okrzykniemy „Fashionisty” mianem kinowego haute couture, ale to wciąż film nad wyraz stylowy.

„Poroniony”

StillBorn

     Kolejny kanadyjski horror, który okazuje się o niebo ciekawszy niż dokonania sąsiadów z USA. W większości niedopowiedziany, film wymaga od widza ciągłej interpretacji. Gdy odwołuje się do demonów fantastycznych, to do tych zupełnie zapomnianych przez kulturę; gdy zaś do ludzkich, wewnętrznych – to wyciąga z bohaterki tylko najtrudniejsze, najbardziej skonfliktowane emocje. „Poroniony” nie jest łatwy w odbiorze – jak na przykład „Zakonnica” – choć teoretycznie skonstruowany został ze schematów. Całość przypomina „Dziecko Rosemary” i „Babadooka”, niekiedy też nadużywa reżyser jump scare’ów, ale finalnie mamy poczucie, że obejrzeliśmy horror wcale nie banalny, „swojski” równie bardzo, jak angażujący. Nieźle broni się otwarty finał.

„Bez słowa”

Mute-Netflix

     Eklektyczny miszmasz wszystkiego i niczego – posklejany, jakby na oślep, z chybionych pomysłów, gnający w gruncie rzeczy donikąd. Widzowie z ekscytacją wyczekiwali nowego filmu Duncana Jonesa, a on zafundował im bezdennie puste doświadczenie: ponad dwugodzinną podróż po cyberpunkowym świecie przyszłości, zbudowanym ze scenograficznych odpadów po „Łowcy androidów”. Scenariusz filmu jest przekombinowany, pozbawiony myśli przewodniej. Za blamaż uznamy też kreację Aleksandra Skarsgårda. Aktor łamie się pod uciskiem roli przodującej; jego prostota i monotonia sugerują, że nawet robot zagrałby Beilera lepiej.

„Zegar czarnoksiężnika”

HouseWithClockOnItsWallsThe

     Toż to najdziwniejsza transformacja reżyserska od lat: Eli Roth, znany z takich shockerów jak „Hostel” czy „The Green Inferno”, nakręcił film familijny. Jego nowa propozycja powinna przypaść do gustu zarówno fanom „Harry’ego Pottera”, jak i (pozwolę sobie dodać − lepszego) „Hokus pokus”. Obraz wyprodukowany został przez Amblin Entertainment i duchem bliski jest nowo-przygodowym klasykom, które studio poczyniło lata temu (vide: „Goonies”). Przy bardzo infantylnych żartach niejedna para oczu zacznie przewracać się ze wstydu, choć nie brakuje tu również przesłania. Puenta ciskana z ekranu jest prosta, ale wymowna i przyklaśnie jej niejeden czwartoklasista: bądź freakiem, nie ma w tym nic złego.

„Victor Crowley” (aka „Hatchet IV”)

VictorCrowley

     Film stanowi nieznaczny progres względem „Toporu III”, który zbyt często grzązł w hałdach nieudolności. „Victor Crowley” jest mniej niezgrabny, a humor, który napędza zarówno szczątkową fabułę, jak i ekspresyjność aktorów, wydaje się tu bardziej skondensowany niż w prequelach. Jest „Crowley” horrorem komediowym, bliższym trylogii „Feast” niż, na przykład, „Wysypowi żywych trupów”, i warto podejść do niego ze świadomością, że 42-letniego Adama Greena wciąż bawią infantylne wygłupy (anatomicznie niemożliwe zabójstwa, sucharowe role cameo). Na planie świetnie odnajduje się Felissa Rose, wcielająca się w lekomankę o ciętym języku, prawdziwą chodzącą aptekę. Green strzela do widza śmiechem, trochę na oślep; grozą ciśnie z ekranu rzadziej, podobnie zresztą jak w poprzednich odsłonach serii. Nie brak w filmie scen przegadanych i zwyczajnie nużących, ale sytuację leczą pokazy niczym nieposkromionego okrucieństwa. Nie jestem na tyle prostoduszny, by nazwać się fanem Crowleya, ale przyznam szczerze: „jego” ostatni film obejrzałem z pewną oględną przyjemnością.

„Ostatnie Rekinado: Ząb czasu”

TheLastSharknadoItsAboutTime

     Typowe: wszystkie poprzednie „Rekinada” okazywały się kosmiczną stratą czasu, a teraz − gdy Anthony Ferrante wreszcie dowiódł, że stać go na udany sequel − seria zostaje anulowana. „The Last Sharknado” może być równie dobrze jedyną odsłoną, której poświęcicie swoją uwagę, bo absurd podniesiony zostaje tu do kwadratu. Macie moje słowo, że to najlepszy możliwy film o walce z wirującymi w powietrzu rekinami − niech dodatkowym potwierdzeniem jego jakości będą komiczne epizody aktorskie w wykonaniu Lesliego Jordana, Dee Snidera, Tori Spelling czy Dextera Hollanda. Tara Reid i Ian Ziering świetnie bawią się w swoich rolach i tak naprawdę nikt nie powinien nudzić się przy „Ostatnim Rekinadzie” (choć niektórym na pewno pomoże solidne walnięcie w palnik). To film, w którym drag queens występują jako średniowieczne wiedźmy, a Hitler i Kleopatra Wielka goszczą na ekranie w jednej i tej samej scenie.

„Like Me”

LikeMe-2017

     Hybryda dramatu i kryminału, skąpana w estetyce horroru oraz refnowskich, neonowych kolorach. W roli głównej bryluje Addison Timlin, obdarzona smarkatym urokiem. Kiya uwielbia junk foody, rozkochuje w sobie starszych mężczyzn i ma nierówno pod sufitem; jej szaleństwo ma być jednak czymś naturalnym, niewymagającym żadnej argumentacji. Film nie został skonstruowany w oparciu o tradycyjne techniki narracyjne – może pochwalić się ciekawymi bohaterami, lecz niekoniecznie ciekawą historią. Reżyser prawi o samotności, zepsuciu obyczajów, o tym, jak sztuczne jest „życie” prowadzone w sieci, ale finalnie jest „Like Me” doświadczeniem audiowizualnym – nie pożywką dla umysłu. Nie brakuje tu ujęć i rezonansów nie z tego świata. Zastosowano w filmie efekt podwójnej ekspozycji, komputerowo wygenerowano quasi-lynchowskie kurioza, a ścieżkę audio poddano scrubbingowi. W efekcie powstał projekt bez reszty psychodeliczny.

„Psychopaths”

Psychopath-Keating

     „Psychopaths” jest filmem narracyjnie wybrakowanym, z ubogo rozpisanymi postaciami, ale jego psychodeliczna forma i biegłość techniczna łatają te ubytki. Keating przenosi nas w świat rodem ze snu, miejsce zawieszone w czasie i przestrzeni. Zainspirowały młodego twórcę – podobnie jak Davida Lyncha w złotej dla niego erze – nerwowe lata 50. Film powstał w oparciu o niewielki budżet, ale umiejętnie wykorzystuje swój skromny kapitał. Ujrzymy w nim perfekcyjnie wykadrowane ujęcia sponad głowy, precyzję w operowaniu światłem i barwą, a także elegancko skomponowane mastershoty. Ciekawie prezentują się sekwencje dzielące ekran na pół – wyraźnie zapożyczone z arcydzieł Briana De Palmy – a nasycona kolorystyka przywodzi na myśl kryminał Paula Schradera, „Dwa światy” (1979). Miesza się w „Psychopaths” pojęcie „kata” i „ofiary”: dama w opałach potrafi przeobrazić się w dużego, złego wilka (patrz: postać Angeli Trimbur), a uzbrojonemu bohaterowi tytułowemu przychodzi klęczeć u jej stóp. Całość urzeka chaotycznością.

„Distorted”

Distorted

     Christina Ricci cierpi z powodu zaburzeń afektywnych dwubiegunowych i wprowadza się na strzeżone osiedle. Myślała, że uwolni się od obsesyjnych myśli o (prawdopodobnie) wyimaginowanym prześladowcy, ale była w błędzie. Coś wisi w powietrzu; bohaterka mogła stać się marionetką w niebezpiecznej grze. „Distorted” to przykład filmu, który oglądamy wyłącznie dla znanych nazwisk. Aktorski pazur Ricci na przestrzeni lat wcale się nie stępił. John Cusack − wierzcie lub nie − też ma fanów i powinni oni wiedzieć, że w „Distorted” rola ich idola jest co najmniej groteskowa. Całość nie usypia, potrafi trzymać w napięciu (za sprawą odwołań do tzw. syntetycznej telepatii), rozsypuje się dopiero w przekombinowanym finale. Niemniej widzieliście lepsze horrory o kontroli umysłu („Niepoczytalna”, „Dziecko Rosemary”). Najciekawszym aspektem „Distorted” był jego interaktywny, fantomatyczny zwiastun.

„13 kamer”

13Cameras.jpg

     Film o dość wątłym scenariuszu i mało efektownym finale; jego pierwszy akt jest jednak o tyle ciekawy, że przyciąga uwagę, jednocześnie nas odstręczając. Duża w tym zasługa głównego antagonisty, którego karykaturalny manieryzm pomylić można z zaburzeniem psychoruchowym: poznajemy mężczyznę nerwowo ciągnącego za sobą nogę i przemawiającego głosem żywego trupa. Codzienne rytuały mouthbreathera Geralda (niezły Neville Archambault) sprawią, że po powrocie do domu impulsywnie zamknięcie za sobą drzwi – a później sprawdzicie, czy na pewno to zrobiliście. W „13 kamerach” teoretycznie przedstawiona zostaje świeża historia, choć osobiście przyrównałbym projekt do rówieśniczego „Hangmana” (2015) − horroru, w mojej ocenie, upiorniejszego, o napastliwej wręcz naturze, której tu zabrakło.

„14 Cameras”

13Cameras2-Sequel

     Przeciętny horror doczekał się drętwej kontynuacji, o którą nikt nie pytał. To film wtórny, często odtwarzający zagrywki z „13 kamer”. Widzimy, jak Gerald oblizuje szczoteczkę do zębów nieświadomej niczego dziewczyny, albo igra z poczytalnością swoich ofiar. Nie wiedzieć czemu, obleśność i szaleństwo antybohatera nadal są usprawiedliwianie, co grozi nadejściem kolejnego sequela. Kiepska charakterystyka niemal wszystkich postaci i pomijanie wprowadzonych do scenariusza wątków są jak sól w oku, ale nic nie szczypie bardziej niż nuda, która wylewa się z ekranu. Kto by pomyślał, że dreszczowiec oparty na eksploatacji ciała, na podglądactwie i internetowych fetyszach może być tak niezajmujący? Ciekawie robi się dopiero, gdy Gerald przedstawiony zostaje jako zapalony fan surfowania po dark webie, ale intrygą tą fabularzysta nie jest szczególnie zainteresowany.

„Dom otwarty”

OpenHouseThe.jpg

     Pomimo tragicznie słabych recenzji (i opinii widzów też), „Dom otwarty” to chyba jeden z lepszych styczniowych horrorów. Jest przyjemnie niespieszny, umiejętnie dawkuje napięcie i grozę, ma upiorne miejsce akcji. Tak, jego zakończenie wydaje się zanadto urwane i niedopracowane, ale czasem warto powiedzieć mniej niż rzucać wszystkie odpowiedzi w twarz. Matt Angel nakręcił dojrzały dreszczowiec o tym, jak katastrofalne skutki przynosi brak kontroli nad własnym życiem. Średnia ocena na Filmwebie i IMDb (~3,5/10) wydaje się dziecinadą.

„Living Among Us”

LivingAmongUs

     Nagroda dla najlepszego horroru found footage na tropikalnym South African Horrorfest. Czy fani grozy z Afryki Południowej mogli się mylić? Mogli, bo chociaż „Living Among Us” do góry nogami przewraca pojęcie horroru wampirycznego, to powstało w ostatnim czasie co najmniej parę lepszych straszaków ff (np. „Searching”). W filmie Briana A. Metcalfa przede wszystkim uwagę zwracają dziury narracyjne, choć trzeba przyznać, że historia wciąga i intryguje, a kilku zdolnych aktorów (Sadler, Keegan) podnosi całości ocenę. Co wampiry robią w ukryciu? Podejrzewam, że duet Jemaine Clement-Taika Waititi udzieliłby na to pytanie ciekawszej odpowiedzi.

„Rampage: Dzika furia”

Rampage-Johnson

     „Rampage: Dzika furia” to blockbuster dziko zły − i to nie w znaczeniu „so bad it’s good”. Film jest jednostajny, wypruty z akcji i emocji, przydługi i nieangażujący. Konrad Zarębski podsumowałby go, pisząc: „dla fanów łubu-du”, ale nawet pojedynki zmutowana małpa vs. The Rock rzadko goszczą na ekranie, bo twórcy ewidentnie oszczędzali na budżecie. W efekcie powstała adaptacja gry, która niewiele ma wspólnego z zabawą, a bardziej niż cheesefestem okazuje się niewydarzonym traktatem o porozumieniu ludzi i zwierząt. Porażka na całego.

„Pod ciemnymi gwiazdami”

BeastMovie

     Dojrzały stylistycznie thriller o zabójcy grasującym w małym miasteczku, ale też opowieść o rodzinie w chwili kryzysu, o mrocznych popędach, którym trudno się oprzeć. W roli pierwszoplanowej psychoseksualne dylematy i świetna Jessie Buckley, za swój występ wyróżniona nagrodą BIFA. Scena, w której główna bohaterka zasypia w trupim padole to − w skali całego roku − najbardziej nieoczywiście piękny urywek filmowy. Pozycja dla niepoprawnych nihilistów, ludzi skrzywdzonych przez tytułowe bestie oraz tych, którym rzygać chce się na myśl o prowincjonalnej mentalności.

„Eat Me”

EatMe.jpg

     Horror o brutalności i zwierzęcych popędach – chwilami dość ciężki do przełknięcia. Realistycznie nakręcony, swoim aktorom daje pełne pole do popisu, do tańca w ferworze dzikich uniesień. Nieznani szerszej widowni Jacqueline Wright i Brad Carter kreują postaci o mocno pokiereszowanej psychice, a otoczka rape and revenge, którą umiłował sobie reżyser-sadysta, jest tak naprawdę motywem „zdobniczym” i zwodniczym: „Eat Me” to bowiem rasowy dramat psychologiczny, lubujący się w międzygatunkowych wojażach. Film o traumach, dla ludzi, którzy traum nie bagatelizują.

„Delirium”

Delirium-TopherGrace

     Jeśli szukacie pomysłu na reset mózgu, dobrym rozwiązaniem może okazać się „Delirium” w reżyserii Dennisa Iliadisa. To typowa niskobudżetówka wydana przez BH Tilt, ale za to trzymająca w napięciu, cały czas zmierzająca w przeciwstawnych kierunkach narracyjnych. Film zaskakuje, zwłaszcza w finale. Topher Grace może i nie jest wydajnym leading manem, lecz na drugim planie lepiej spisuje się tercet scream queens: Patricia Clarkson, Daisy McCrackin, Genesis Rodriguez. Propozycja dla fanów „The Boy” (2016) i „Sieroty” (2009).

„Party Bus to Hell”

PartyBusToHell-Reid

     Neopogański festiwal pośrodku pustyni, czciciele Szatana, ożywione mumie i grupa seksownych idiotów, którzy nawet nie wiedzą, że są w niebezpieczeństwie. Twórcy „Party Bus to Hell” ewidentnie chcieli urządzić imprezę pod gołym niebem, a zabawa w reżyserowanie nie była dla nich żadnym priorytetem. Zebrali więc ekipę mało doświadczonych aktorów, z Tary Reid uczynili wabik marketingowy i poszli – czy właściwie pojechali – w długą. W efekcie powstał film absurdalny i pozbawiony ogłady, ale cholernie dowcipny. Sam chętnie wsiadłbym do takiego autobusu.

„Paradoks Cloverfield”

CloverfieldParadox

     Film, któremu trochę zabrakło ikry, chociaż dzięki utalentowanej obsadzie (O’Down, Debicki) nie ogląda się go źle. Z cloverfieldowym uniwersum nie zazębia się tak zgrabnie, jak dreszczowiec Dana Trachtenberga sprzed dwóch lat, lecz sprawdza się niezależnie, jako historia wyodrębniona z serii − oczywiście wówczas, gdy tak na nią spojrzycie. Dla fanów grozy spod znaku kosmicznej izolacji.

„Day of the Dead: Bloodline”

DayOfTheDead-Bloodline.jpg

     Remake zbędny, odpustowy, choć chwilami podnoszący adrenalinę. Widać, że kręcony był w Bułgarii (a to żaden komplement), jednak sceny przemocy – dla całości chyba najważniejsze – nie rażą niskim budżetem. Zabijcie mnie, jeśli chcecie, ale napiszę wprost: Johnathon Schaech świetnie odnajduje się w roli Maksa – niegdysiejszego Buba z filmu Romero. Więcej grzechów nie pamiętam.

„Amerykańskie pieszczochy”

AmericanPets.jpg

     Niewiążąca, B-klasowa odpowiedź na „Dzień szarańczy” − retro thriller w reżyserii Johna Schlesingera. Film powstał, by napędzać brudne fantazje o amerykańskim śnie; jego bohaterami są jednostki socjopatyczne, do celu gnające po trupach. Hipnotyzująca Lesley Ann Warren znika z ekranu zbyt szybko, ale kadry Carlo Jelavica są na tyle rozpoetyzowane, że reszta filmu łatwo układa się pod oczami. W niczym nie zawadza krótki czas trwania (1 godz., 18 min.).

„Ruin Me”

Ruin-Me.jpg

     Intertekstualne nawiązania do lubianych tytułów nie budują filmu − są co najwyżej ozdobnikiem. W recenzjach „Ruin Me” przytaczane były zaś jako jeden z największych atutów. Dużo mówi to o samym projekcie, który jest wtórny, chwilami oczywisty − pomimo próby nakręcenia czegoś odkrywczego. „Ruin Me” nie sprawdza się jako horror o uzależnieniu, a jako krwawy slasher jest, w najlepszym wypadku, zdatny do obejrzenia.

„Cynthia”

Cynthia.jpg

     Zgryźliwy killer kid movie, który tematykę pro-life zgłębia w czarująco kampowy, ironiczny sposób. Jeśli uda Wam się machnąć ręką na niedostatki budżetowe, być może zaliczycie lekki, niezobowiązujący seans. To film należący do Sida Haiga i Scout Taylor-Compton, ale najbardziej zaskakująca rola przypadła w udziale Billowi Moseleyowi. Kogo aktor gra tym razem i dlaczego jest to crossdresser? Przekonajcie się sami.

„Dead Shack”

DeadShack.jpg

     „‚Goonies’ meets ‚Night of the Living Dead’”. Tak okrzyknięto „Dead Shack” na ubiegłorocznym Splat!FilmFest w Lublinie. Określenie jest trochę na wyrost, bo film nigdy nie osiągnie kultowego statusu tych klasyków. Humor bywa tu zbyt infantylny, chociaż droga do finału jest łatwa, chwilami przyjemna, a efekty gore są co najmniej dopieszczone. Na krwawą przekąskę w sam raz, ale Peter Ricq nie zgotował żadnego wybitnego dania.

„Ouija House”

OuijaHouse

     „Ouija House”, czyli co by było gdyby spirytystyczną planszą był cały dom, a amatorzy okultyzmu pełnili rolę pionków w diabelskiej grze. W obsadzie Dee Wallace, Tara Reid i Mischa Barton; sam film zrealizowano zaś w dwa tygodnie. I chwilami bardzo to widać, ale fani opowieści z dreszczykiem powinni skusić się na… seans (see what I did here?). Wiedzcie tylko, że to taka asylumowa odpowiedź na horrory współfinansowane przez Hasbro Studios.

„Mohawk”

Mohawk

     Gatunkowy miszmasz – wyraźnie ograniczony przez budżet, ale z ciekawym podtekstem socjopolitycznym, bez skrępowania odwołujący się do brzydkich prawd o historii Stanów Zjednoczonych. Trwając zaledwie półtorej godziny, potrafi się dłużyć i nie wciąga tak, jak poprzedni projekt Geoghegana. Mimo to, zasługuje na uwagę ciekawskich – między innymi za sprawą brawurowych kreacji aktorskich.

„Feral”

Feral

     Jeżeli kręcą Was backwoods horrory à la „Cabin Fever”, „Feral” w reżyserii Marka Younga może wkraść się w Wasze łaski. To także gratka dla fanów Scout Taylor-Compton − uznanej scream queen, filmowej Laurie Strode z rebootów „Halloween”. „Feral” daleki jest od ideału, ale jego średnia ocena na IMDb − 4,1/10 − to spora przesada. Uwagę zwracają tu wątek miłości lesbijskiej (i pozytywna reprezentacja postaci LGBT), precyzja operatorska oraz, w niektórych scenach, niezła jatka. Gdyby film był ciut bardziej oryginalny, zyskałby na tym wiele.

„You Might Be the Killer”

YouMightBeTheKiller

     „You Might Be the Killer”, czyli przydługi skecz „SNL”. Oryginalny zamysł to za mało, by powstał film, z którym będziemy chcieli spędzić dziewięćdziesiąt minut swojego życia i projekt Bretta Simmonsa dowodzi tej tezie. Summer-campowy klimat, znany z pierwszych „Piątków, trzynastego” idzie w parze z humorem i zgrabnie skrojonymi efektami gore, ale film pozbawiony jest ciekawej kulminacji, bo konstrukcja fabuły uniemożliwia mu naprawdę wstrząsnąć widownią. Nie liczcie, że „YMBtK” zaskoczy Was w jakikolwiek sposób − pomimo pewnych niestandardowych chwytów, widzieliście ten film wiele razy, pod innymi tytułami.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s