Filmowe podsumowanie 2018 roku: 13 najgorszych horrorów

„Honorable” mention: „The Cleanse” (aka „The Master Cleanse”)

CleanseThe

     Johnny Galecki próbuje poskładać swoje życie do kupy, a wydarzenia przedstawione w filmie stanowią alegorię jego wewnętrznej podróży. Całość nie angażuje ani trochę, a najmądrzejszym bohaterem okazuje się „urocza”, płazopodobna poczwara − że niby demon wewnętrzny, o mylącej fizjonomii. Już 12. sezon „Teorii wielkiego podrywu” ogląda się lepiej…

13. „Hellraiser: Judgment”

HellraiserJudgment

     Jednym z wielu mankamentów nowego „Hellraisera” jest jego uboga, niskobudżetowa oprawa. Tunnicliffe przyznał, że do nakręcenia filmu zainspirowały go dzieła Cronenberga, Davida Lyncha i malarza Francisa Bacona. Biorąc pod uwagę, w jakie łachmany został „Judgment” przystrojony, deklaracja ta wydaje się wręcz żałosna. Dezorientujący montaż, bardziej niż na ustaleniu logiki scen, opiera się na efekciarskich, tylko teoretycznie biegłych warsztatowo cięciach, które szybko zaczynają męczyć. Migawkowe zajawki bynajmniej nie składają się na wydumaną, filmową łamigłówkę à la „Mulholland Drive”, bo swemu idolowi-surrealiście Tunnicliffe mógłby co najwyżej czyścić buty. Kolejnym zdarzeniom brakuje związku przyczynowo-skutkowego (po ucieczce z czyśćca detektyw zachowuje się jakby wrócił do domu po męczącym dniu w pracy), finalne minuty sprawiają natomiast, że umiera „Judgment” w agonii. Piękny, splatterpunkowy poemat – jakim był pierwszy „Wysłannik piekieł” – przeobraził reżyser w impulsywne mumbo jumbo o grzechu, odkupieniu i religijnym szaleństwie.

12. „Slender Man”

SlenderMan-BTTM

     Nieprzekonujący straszak z kategorią wiekową PG-13, idealny na piżama party. Jest banalny i odtwórczy, co samo w sobie nie stanowiłoby wielkiej tragedii − gdyby nie fakt, że teoretycznie frapującą historię zupełnie odarto tu z dramatyzmu. Nieciekawe bohaterki terroryzowane są przez nieciekawego antybohatera, który na ekranie pojawia się odświętnie − i tak zatuszowany przeciętnymi efektami CGI. „Slender Man” to horror teledyskowo i frenetycznie zmontowany, na dodatek niepotrzebnie ugrzeczniony (wycięto z niego większość szokujących scen). To film, w którym cykadokształtne insekty śpiewają głośniej niż aktorki krzyczą i właśnie one są królowymi nocy. Może kolejna ekranizacja creepypasty przyniesie hollywoodzkim oligarchom obfitsze plony: o „Slender Manie” zapomniano już w tydzień po premierze.

11. „Devil’s Gate”

DevilsGate-Ventimiglia

     Najbardziej niekonsekwentny i przekombinowany film roku. „Devil’s Gate” epatuje estetyką slashera, ale bywa też quasi-fincherowskim kryminałem oraz horrorem satanistycznym. Reżyser, Clay Staub, odnosi się do historii i doświadczeń rdzennych Amerykanów, ale kręte nawiązania do sytuacji prawnej plemienia czirokeskiego nijak nie trzymają się kupy – bo film zbudowany został na antytezach i sprzeczności. Staub wyciąga – niczym z magicznego kapelusza – psychopatów, demony, wreszcie kosmitów i… Indian. Zamiast fabuły, formuje się bezkształtna, amorficzna bajda. Sztuczki reżysera bynajmniej nie zasługują na aplauz, a podniosłe frazy z trudem przechodzą przez gardło zmieszanym aktorom. „To nie oni są tu Indianami”, wyklepuje jedna z postaci, w odniesieniu do obcych, którzy nawiedzili Ziemię – „to my”. Potem dodaje: „Mój dziadek powtarzał, że w jednej szesnastej jest Czirokezem. Tak bardzo się tym chełpił.” W innej scenie, według uznania, przytoczony zostaje fragment Biblii. W końcu kosmita też człowiek; jego ziemskie cierpienia śmiało można przyrównać do męki jezusowej. Błyskotliwe symbole i metafory malują się wyłącznie w głowie Stauba – my obserwujemy, jak na pełnych obrotach pracuje silnik napędzający spiralę kiczu.

10. „4/20 Massacre”

420Massacre-BTTM

     Horrory z feministycznym zacięciem cieszą się ostatnio sporym uznaniem widzów. Niestety, „4/20 Massacre” w pamięci zapisze się wyłącznie jako pierwszy oficjalny „stoner-slasher” − nie progresywny film gatunkowy. Bohaterkami uczyniono tu grupę zaradnych i niezależnych stonerek, ale charakterystyka postaci jest płytka, pisana na kolanie. Kolejne morderstwa (poza jednym, ubarwiającym 60. minutę seansu) zieją nudą. Film bywa przegadany i, z technicznego punktu widzenia, imponuje jedynie bad-assowym closing shotem. Oszpecono go stockową, natarczywą muzyką, która zanadto inspirowana jest twórczością Harry’ego Manfrediniego. Choć reżyser podejmuje usilne próby rozbawienia widzów, „4/20 Massacre” nie jest bardziej zgrywny niż „Tucker and Dale vs. Evil” czy nawet „Happy Death Day”. Zjawisko „guerilla growingu” może stanowić ciekawy punkt wyjścia dla śródleśnego slashera. U Reynoldsa pozostaje natomiast niewykorzystanym potencjałem: film nigdy nie niepokoi, bo brakuje mu dramatyzmu, ciekawego konfliktu lub morału.

9. „Big Legend”

BigLegend

     Justin Lee to facet z urojeniami. Nie stawia w Hollywood pierwszych kroków; pracował m. in. nad jedną z serialowych adaptacji „Resident Evil”. Mimo to, przykład jego nowego horroru, „Big Legend”, dowodzi, że mało wie on o branży filmowej. Końcówka „BL” sugeruje, że Lee ma apetyt na zbudowanie całej serii nieciekawych animal attacków. Filmem, który Sasquatcha przedstawia jako potulną kupę sierści, i którego udźwiękowienie utrudnia wsłuchiwanie się zarówno w dialogi, (generyczny) soundtrack, a już na pewno dialogi zmiksowane z (generycznym) soundtrackiem, na pewno jednak wiele nie zdziała. „Big Legend” wlecze się okropnie − to nawet nie slow burn, a slow bore − a przy tym zupełnie marnuje potencjał takich ikon horroru, jak Lance Henriksen, Adrienne Barbeau i Amanda Wyss (wszyscy błąkają się bez celu po drugim planie). Protagonista, z którym spędzamy niemal każdą minutę, jest jednowymiarowy, sztywny i sztampowo napisany. Nie czekajcie na kontynuację („The Monster Chronicles”), lepiej podobną tematykę zgłębił choćby Bobcat Goldthwait w swoim „Willow Creek”.

8. „Slice”

Slice-BTTM

     Austin Vesely wspina się w swym pełnometrażowym debiucie na wyżyny absurdu, serwując historię o bitwie wilkołaków, wiedźm, duchów i… dostawców pizzy. „Slice” nie wkupi się w upodobania widza z łatwością, bo zamiast pieścić kubki smakowe, woli je maltretować. Film przeładowany jest mnożącymi się wątkami i postaciami, a Vesely’emu brakuje ogłady, reżyserskiej intuicji, przez co całość wydaje się niespójna. Miało wyjść pyszne quattro stagioni, a powstał zakalec, który terminowi „cheese factor” nadaje nowego znaczenia. Projekt pozbawiony jest ładu i składu, bywa też przestylizowany. Nadużywane przez reżysera efekty slo-mo sprawdzają się w jednej-jedynej sekwencji: gdy na ulicach miasta dochodzi do rozróby, a duchy atakują żywych mieszkańców. Jak na psychotronic movie pozostaje „Slice” zbyt nieśmiały, za mało drapieżny: Vesely nie myśli bowiem nieszablonowo, on po prostu szasta konwencjami, gatunkami, chybionymi ideami.

7. „The Meg”

MegThe

     Jon Turteltaub nie wydaje się zapalonym znawcą horroru, choć do kilku z nich − świadomie lub też nie − nawiązuje. Strawna scena, w której megalodon wywołuje panikę na przeludnionej plaży, bezwstydnie rip-offuje kluczowe sekwencje ze „Szczęk”. Brakuje tu jednak ukłonu dla oryginału; Turteltaub nie puszcza widzom oka i w rezultacie nie wiadomo, czy odwołanie było zamierzone. Kiedy indziej − zabieg to równie bezcelowy − przypomina „The Meg” pozycje z ciut niższej półki. Jonas Taylor (Jason Statham) to więc wykapany Bill Johnson (Johnny Messner) − beefcake ze znienawidzonej kontynuacji „Anakondy”; pozostali zaś bohaterowie bywają równie przerysowani, jak postaci z serii „Sharknado”.

     W jednym rzędzie z „Rekinadem” stawiają film zaskakująco marne efekty specjalne. Budżet „The Meg” był kolosalny, a na ekranie nie widać tego wcale: przeskakujący nad statkiem rekin prezentuje się trochę konsolowo i mocno film sabotuje, podobnie zresztą jak inne komputerowe imaginacje (nawet ujęcia na morską wodę, która tak często faluje za plecami bohaterów, wygenerowano niedbale). Na dokładkę uderza przewidywalność scenariusza (wiadomo, kto i kiedy wpadnie do oceanu; wiadomo, w którym momencie nastąpi „niespodziewany” atak wodnej kreatury), a Statham wspina się na wyżyny aktorskiej nędzy. Jego heroizm jest wręcz komiksowy, a rolę oparto na samych stereotypach − traktowanych zbyt uroczyście. Statham gra bardzo na serio − choć nie powinien, bo występuje w horrorze sci-fi o prehistorycznym zabójcy.

6. „Inoperable”

Inoperable

     Jeśli kiepskie kino łykacie bez popijania, „Inoperable” nie powinien stanąć Wam w gardle. Film Christophera L. Chapmana to siódma woda po „Dniu świstaka” i nieco nowszym „Śmierć nadejdzie dziś” – nakręcona z dbałością o B… C-klasowe niuanse. Scenariusz nie trzyma się tu kupy, bohaterki rozmawiają o mascarze, kiedy dookoła ściele się trup, a miejsce akcji odcięte jest od świata za sprawą jakiejś wiekopomnej nawałnicy, którą jedna z postaci nazywa „T-Rexem wśród huraganów”. Propozycja wyłącznie dla fanów wiecznie młodej Danielle Harris (bądźmy jednak szczerzy: choć zdolna z niej aktorka, nie każdy chłam potrafi przekształcić w złoto).

5. „Sejf”

VaultThe

     Reżyser Dan Bush nie posiada ani zmysłu artystycznego, ani poczucia estetyki – jego projekt wykonany został siermiężną ręką, opiera się na grafomańskim montażu oraz mało skondensowanej narracji. Zaburzona jest w filmie nawet struktura trzech aktów. James Franco, w materiałach promocyjnych figurujący jako główny bohater, w istocie plasuje się bardzo nisko w hierarchii obsady i postaci – ot, szczwana, marketingowa zagrywka. Zabieg mógłby wzbudzić zainteresowanie – jak w przypadku „Mother, May I Sleep with Danger?” – być może nawet zbudować wokół bohatera Franco jakąś tajemnicę, ale scenarzyści machnęli na tę alternatywę ręką. Nominowany do Oscara aktor – ostatnimi czasy role dobierający jakby na oślep – w „Sejfie” przeważnie milczy, stojąc lub siedząc, czasem też flegmatycznie pręży wąsa; nigdy natomiast nie ma do wygłoszenia nic ciekawego. Jego rola jest zdawkowa i najzwyczajniej niedopracowana – charakteru nabiera dopiero podczas długo odwlekanego finału. Film wykazuje grobowy dynamizm i wywołuje szczątkowe emocje. Tytułowy sejf jest tu bytem nie tyle opresyjnym, co cholernie odtwórczym, wyprutym z grozy.

4. „Escape Room”

EscapeRoomWernick

     Reżyserowana przez Willa Wernicka farsa o morderczej rozgrywce w tytułowym pokoju zagadek. Wielkodusznie można by ją określić jako brzydszą kuzynkę wanowskiej „Piły”, chociaż fabularne podobieństwa bynajmniej nie sprawią, że oba dzieła postawimy w jednym rzędzie. „Piła” dysponowała asem w postaci pikantnych efektów gore, stanowiła kryminalną łamigłówkę, którą rozwikłać chciał każdy widz. Słowem: bawiła i intrygowała, nawarstwiała narracyjne enigmy oraz zwroty akcji. „Escape Roomowi” brakuje tej złożoności; to film bardzo jałowy, oparty na zanadto uproszczonym scenariuszu. Wernick-manipulator do klasyki kina gore tylko nawiązuje, zdaje się obiecywać, że zelektryzuje nasze mózgi, a przy okazji pokaże nam wnętrza swych postaci – mianowicie ich wyprute trzewia. Rzuca jednak słowa na wiatr: „Escape Room” jest niemal bezkrwawy, a jego pozbawiony rozstrzygnięcia finał pobrzmiewa dźwiękiem pustki. Drażnią też tępi bohaterowie, którzy zaczynają panikować dopiero, gdy ich ciała topią się za sprawą oparów kwasu.

3. „Bad Apples”

BadApples

     Bryan Coyne starał się wyczarować sprawny horror; korzystał z podobnych trików co John Carpenter, choć nie jest ani trochę tak utalentowany. W „Bad Apples” przywołane zostały zagrywki z „Halloween” − kamerę ukazano z punktu widzenia zamaskowanych nożowniczek. Scenom mordu brakuje jednak kunsztu − są one wyłącznie odtwórczym zapożyczeniem, budzącym negatywne skojarzenia, bo nawiązującym do arcydzieła. Inne ujęcie pokazuje, jak drzwi do sypialni rąbane są siekierą. Coyne’owi, poza kompetencją, brakuje też wstydu. Kiepska, niekiedy wybrakowana jest jakość dźwięku, a brzydkie i sterylne miejsca akcji sprawiają, że pragniemy je opuścić. Dajcie porwać się innym produkcjom z katalogu Uncork’d Entertainment − jak „Pitchfork” czy „American Pets”. Po „Bad Apples” tylko się rozchorujecie.

2. „Us and Them”

UsAndThem

     Oto film, w którym fabuła jest absolutnie pretekstowa, reżyser dywaguje bardziej niż skupia się na tym, co istotne (w teorii − na budowaniu grozy, aury osaczenia), a natarczywie pretensjonalny montaż dźwięku/obrazu bardziej odwraca uwagę od ciągu akcji niż wzbudza uznanie. To projekt niedopracowany, za to mocno przestylizowany, trudną tematykę socjopolitycznych konfliktów w Wielkiej Brytanii strasznie spłycający. „Us and Them” garściami czerpie z klasyków Tarantino i wczesnych dzieł Guya Ritchiego, ale Joemu Martinowi brakuje talentu oratorskiego − i jasnego planu na cały film też.

1. „Selfie from Hell”

SelfieFromHell-FullFeature

     Selfie from Hell” to film, w którym lekarz zaleca pacjentce zażywać specjalistyczne tabletki, ale nie wydaje jej żadnej recepty, bo jest bohaterem epizodycznym i musi prędko zniknąć z ekranu. To film, w którym wszelkie widniejące w sieci informacje należy czytać na głos, a wiedzę, w jaki sposób dostać się do darknetu, pozyskuje się – no wiecie – googlując hasło „jak dostać się do darknetu”… Lepszym cyber-horrorem okazał się nawet „Friend Request” z Alycią Debnam-Carey jako nastolatką nawiedzaną przez Facebooka. Twórcy „SfH” mentalnie zatrzymali się chyba na etapie lat 90., bo ich projekt usłany jest przestarzałymi stereotypami na temat internetu. Nawet tytułowe selfie zyskuje dzięki scenarzyście nową definicję: może nim być nie tylko fotografia autoportretowa, ale też zdjęcie, które wykonuje za nas ktoś inny.

     Scenariusz – bazujący na viralowej krótkometrażówce – ewidentnie pisano bez żadnego przyświecającego pomysłu. Historia jest rozcieńczona do granic i z trudem wypełnia siedemdziesiąt minut filmowego materiału; w głowach scriptwriterów rodzą się idiotyczne plot twisty („13. selfie będzie twoim ostatnim”). Czekam na horror o nawiedzonych hashtagach.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s